Obywatelstwo USA przez urodzenie zostaje. Sąd Najwyższy blokuje dekret Trumpa

Obywatelstwo USA przez urodzenie zostaje. Sąd Najwyższy blokuje dekret Trumpa

2026-07-03

30 czerwca 2026 r. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych rozstrzygnął jeden z najpoważniejszych sporów konstytucyjnych ostatnich dekad. W sprawie Trump v. Barbara (nr 25-365) orzekł, że obywatelstwo USA przez urodzenie przysługuje również dzieciom rodziców przebywających w Stanach Zjednoczonych nielegalnie lub tymczasowo. Rozstrzygnięcie zapadło stosunkiem sześciu głosów do trzech, ale jego konstytucyjne uzasadnienie poparło tylko pięciu sędziów, i ta różnica, jak się okaże, ma znaczenie. Prezydencki dekret, który miał tę zasadę znieść, uznano za sprzeczny z konstytucją. Na pozór spór został zamknięty. W rzeczywistości w liczącym 194 strony wyroku kryją się cztery wątki, które umkną większości komentarzy: kompromitacja metody, którą wszyscy sędziowie deklarują, furtka ustawowa pozostawiona przez sędziego Kavanaugha, pytanie o to, co spory o prawo ziemi mówią o kondycji imperiów, oraz paradoks znany doradcom podatkowym od dawna. Nagroda w tym sporze jest bowiem jednocześnie dożywotnim zobowiązaniem.

 

Dekret, który miał przedefiniować XIV Poprawkę

W dniu inauguracji, 20 stycznia 2025 r., prezydent Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze nr 14160 (executive order to akt wydawany jednoosobowo przez prezydenta, bez udziału Kongresu, wiążący administrację federalną). Rozporządzenie stanowiło, że dzieci urodzone w USA rodzicom przebywającym tam nielegalnie lub tymczasowo nie podlegają „jurysdykcji” Stanów Zjednoczonych, a zatem nie nabywają obywatelstwa ani na podstawie konstytucji, ani ustawy imigracyjnej.

Cały spór toczył się o cztery słowa. Klauzula obywatelstwa XIV Poprawki, uchwalonej w 1868 r. po wojnie secesyjnej, brzmi: wszystkie osoby urodzone lub naturalizowane w Stanach Zjednoczonych „i podlegające ich jurysdykcji” (subject to the jurisdiction thereof) są obywatelami Stanów Zjednoczonych. Administracja przekonywała, że fraza ta wyklucza dzieci osób bez prawa stałego pobytu. Rodzice dzieci, których dekret miał pozbawić obywatelstwa, pozwali rząd. Sąd pierwszej instancji przyznał im rację i wstrzymał wykonanie dekretu wobec całej, certyfikowanej na poziomie ogólnokrajowym klasy dzieci. Warto odnotować mechanikę: po tym, jak w 2025 r. Sąd Najwyższy ograniczył praktykę ogólnokrajowych zakazów sądowych, pełnomocnicy osiągnęli ten sam efekt narzędziem pozwu grupowego. Sąd Najwyższy przejął następnie sprawę w trybie przyspieszonym, jeszcze przed wyrokiem sądu apelacyjnego. Dla tej administracji to kolejne w krótkim czasie starcie z najwyższą instancją: podobnie zakończył się spór o cła Trumpa, o którym pisaliśmy.

 

Prawo ziemi: cztery wieki od Calvin’s Case do Wong Kim Ark

Dla polskiego czytelnika punktem wyjścia musi być rozróżnienie, którego amerykańska debata nie tłumaczy, bo nie musi. Świat zna dwa modele nabycia obywatelstwa z mocy prawa: ius sanguinis, prawo krwi (obywatelstwo po rodzicach), oraz ius soli, prawo ziemi (obywatelstwo z racji miejsca urodzenia). Polska, jak niemal cała Europa, opiera się na prawie krwi. Bezwarunkowe prawo ziemi przetrwało głównie na półkuli zachodniej: w USA, Kanadzie i większości państw obu Ameryk. Z perspektywy kontynentalnej amerykański spór jest więc egzotyczny, i tym ciekawszy.

Większość, w imieniu której pisał prezes Roberts, poprowadziła wywód od angielskiego common law. W Calvin’s Case z 1608 r. i u Blackstone’a dziecko urodzone na terytorium suwerena, który je w chwili narodzin chroni, winne mu jest „naturalną wierność” i jest jego poddanym, choćby pobyt rodziców był „chwilowy i niepewny”. Wyjątki były wąskie: dzieci obcych dyplomatów, urodzeni na terenach poza kontrolą suwerena, a w Ameryce dodatkowo dzieci członków quasi-suwerennych plemion indiańskich. Ta reguła przepłynęła Atlantyk i obowiązywała we wszystkich stanach młodej republiki.

Cień, o który biją się w tym wyroku wszyscy, nosi nazwisko Dred Scott. W 1857 r. Sąd Najwyższy orzekł, że o obywatelstwie decyduje krew, nie ziemia, i że potomkowie niewolników obywatelami być nie mogą. Wyrok wywołał wstrząs, przyspieszył wojnę secesyjną, a XIV Poprawka była jego świadomym pogrzebem. W 1898 r., w sprawie United States v. Wong Kim Ark, Sąd potwierdził, że dziecko chińskich imigrantów (którym ówczesne ustawy w ogóle zakazywały naturalizacji) jest obywatelem z urodzenia. Klucz do pojęcia „jurysdykcji” Sąd wziął przy tym ze sprawy Schooner Exchange z 1812 r., w której chodziło o zajęty statek: jurysdykcja to pełna i wyłączna władza państwa na własnym terytorium, a wyjątki od niej mają charakter dyplomatyczny. Jest pewna ironia w tym, że konstytucyjny los milionów dzieci rozstrzyga definicja ukuta w sporze o żaglowiec.

 

Pięciu sędziów, trzy wersje historii

Najbardziej pouczające w wyroku nie jest samo rozstrzygnięcie, lecz to, jak do niego doszło. Sąd Najwyższy USA liczy dziewięciu sędziów powoływanych dożywotnio i wszyscy uczestnicy tego sporu, większość i dysydenci, deklarują tę samą metodę: odczytanie pierwotnego znaczenia tekstu z 1868 r. Problem w tym, że każdy obóz przyniósł na salę inną historię.

Większość (Roberts, a z nim Sotomayor, Kagan, Barrett i Jackson) czyta klauzulę jako konstytucjonalizację common law: ziemia plus podległość władzy państwa. Sędzia Thomas, wspierany przez Gorsucha, zbudował konkurencyjną, „osadniczą” wizję: obywatelem staje się ten, kto urodził się w kraju i ma w nim domicyl, czyli prawny dom; dzieci „tymczasowych przybyszów” pozostają obcymi. Sędzia Alito poszedł jeszcze dalej, żądając w chwili urodzenia wierności wyłącznie wobec Stanów Zjednoczonych, a regułę większości nazywając wprost średniowieczną. Trzy oryginalizmy, trzy nieprzystające wyniki.

Większość bezlitośnie punktuje słabość stanowiska rządu: zapytany, kiedy Ameryka miała zerwać z brytyjskim rozumieniem wierności, rząd datował to zerwanie kolejno na koniec XVIII wieku, początek XIX wieku i epokę Rekonstrukcji, a wymagany „poziom” wierności określał na przemian jako pierwotną, wystarczającą, pełną i wymaganą. Wniosek nasuwa się sam i wykracza poza tę sprawę: metoda wykładni, która w rękach dziewięciu wyznawców daje trzy sprzeczne odpowiedzi, przestaje pełnić funkcję metody, a staje się kostiumem. Sędzia Jackson dołożyła w opinii zgodnej puentę: rząd i główny dysens, wywodząc obywatelstwo z więzi rodziców, proponują w istocie powrót do rdzenia Dred Scott, czyli pochodzenia jako przepustki. Obie strony sporu biją się o spadek po tym samym potępionym wyroku.

 

Furtka sędziego Kavanaugha, czyli spór wcale się nie skończył

Najdonioślejsza może się okazać opinia, która formalnie przegrała. Sędzia Kavanaugh zgodził się z wynikiem (to jego głos dopełnia stosunek sześć do trzech), ale nie z uzasadnieniem: jego zdaniem dekret nie narusza konstytucji, narusza natomiast ustawę (8 U.S.C. §1401(a), przepis powtarzający brzmienie klauzuli obywatelstwa). Konsekwencja jest wyrażona czarno na białym: Kongres mógłby, w zgodzie z XIV Poprawką, uchwalić ustawą dokładnie te wyjątki, które zawierał dekret.

To odbezpieczona broń położona na stole. Po pierwsze, spór przenosi się z sali sądowej do Kongresu, gdzie wystarczy zwykła ustawa, a nie zmiana konstytucji. Po drugie, konstytucyjna większość liczy pięć głosów i wisi na jednej przyszłej nominacji. Po trzecie, sędzia Gorsuch zostawił w swoim zdaniu odrębnym sygnał proceduralny: skarżący zaatakowali dekret w całości, a węższe, punktowe spory (na przykład wyłącznie o dzieci osób przebywających legalnie, lecz tymczasowo) mogą wrócić na wokandę na łagodniejszych dla rządu warunkach. Co pewne: taka jest treść opinii. Co prawdopodobne: próby legislacyjne szlakiem wytyczonym przez Kavanaugha. Co niepewne: trwałość linii orzeczniczej przy zmienionym składzie. Wyrok Wong Kim Ark przetrwał 128 lat; Trump v. Barbara ma konstrukcję znacznie kruchszą.

 

Obywatelstwo jako narzędzie imperiów: szerszy plan

Warto na koniec odsunąć kamerę, bo prawo obywatelstwa nigdy nie było neutralną techniką legislacyjną: to jeden z najstarszych instrumentów polityki imperialnej, z dwoma trybami pracy. Mocarstwa w fazie ekspansji poszukują obywateli i wchłaniają ich, bo potrzebują żołnierzy, podatników i osadników. Rzym po wojnie ze sprzymierzeńcami nadał obywatelstwo całej Italii, a w 212 r. edykt Karakalli rozciągnął je na ogół wolnych mieszkańców imperium; historyk Kasjusz Dion tłumaczył ten gest bez sentymentów, jako sposób na poszerzenie bazy podatku spadkowego. Sama Calvin’s Case była polityką imperialną w sędziowskiej todze: rzeczywistym klientem był Jakub I, który potrzebował prawnego stopu Szkotów i Anglików w jedno poddaństwo. Francja wzmocniła prawo ziemi w 1889 r. między innymi po to, by synowie imigrantów podlegali poborowi. Przeciwny biegun również ma swój archetyp: Ateny, które obywatelstwa skąpiły (prawo Peryklesa z 451 r. p.n.e. wymagało dwojga ateńskich rodziców), pozostały miastem.

Na tym tle stawiamy tezę, którą doktrynalny spór zasłania: silne cywilizacje wchłaniają ludzi, bo ufają własnej sile przyciągania; przed ludźmi zaczyna bronić się ten, kto przestał wierzyć, że ich zasymiluje, czyli ten, kto przestał imponować. Sekwencja historyczna jest tu poszlaką, nie dowodem, ale poszlaką spójną: Wielka Brytania zniosła czyste prawo ziemi w 1981 r., gdy imperium, dla którego tę regułę stworzono, już nie istniało; Irlandia ograniczyła je w referendum w 2004 r.; Francja je warunkowała; Indie z niego zrezygnowały. Państwa zaostrzają definicję członkostwa po zakończeniu fazy ekspansji, nie w jej trakcie.

Rzetelność wymaga kontrargumentu: tę samą sekwencję można czytać nie jako schyłek, lecz jako dojrzewanie, dostosowanie dziewiętnastowiecznych reguł do epoki masowej mobilności, w której urodzenie na terytorium bywa przypadkiem logistycznym, a nie deklaracją przynależności. Trzeba też odnotować, że większość w Trump v. Barbara zasadę wchłaniania obroniła. A jednak na poziomie megatrendu wymowny jest sam fakt procesu: hegemon pewny swojej mocy asymilacyjnej nie procesuje się o własną otwartość, tak jak człowiek pewny swojej pozycji nie sprawdza jej co rano w lustrze. Kontekst geopolityczny dopowiada resztę: gdy Waszyngton debatuje, jak produkować mniej obywateli, Moskwa produkuje ich hurtowo za granicą, rozdając paszporty w Abchazji, Osetii Południowej i Donbasie jako wysunięte przyczółki suwerenności. W rywalizacji, w której jednostką rozliczeniową znów stają się ludzie, a nie wyłącznie kapitał, Ameryka rozegrała tę rundę defensywnie. Edykt Karakalli poszerzał obywatelstwo, by poszerzyć bazę podatkową; zaraz zobaczymy, że akurat tej rzymskiej lekcji Ameryka nie zapomniała.

 

Paszport z dożywotnim podatkiem

I tu dochodzimy do wątku, którego nie znajdą Państwo w amerykańskich komentarzach, bo dla tamtejszego czytelnika jest oczywisty, a dla europejskiego bywa odkryciem. Stany Zjednoczone są, obok Erytrei, jedynym państwem świata opodatkowującym swoich obywateli od dochodów światowych niezależnie od miejsca zamieszkania. Obywatelstwo amerykańskie to nie tylko paszport: to dożywotnia jurysdykcja podatkowa.

Dziecko „turystki urodzeniowej”, o którym z przekąsem pisze sędzia Alito, wygrywa więc konstytucyjną loterię i jednocześnie dziedziczy amerykański urząd skarbowy. Praktyczne skutki: obowiązek składania rocznych zeznań w USA niezależnie od kraju zamieszkania, raportowanie zagranicznych rachunków (FBAR), a od strony banków automatyczna wymiana informacji na podstawie FATCA, przez którą polskie instytucje finansowe identyfikują i zgłaszają klientów z amerykańskim obywatelstwem. Kto zechce się obywatelstwa pozbyć, przechodzi sformalizowaną procedurę zrzeczenia, a przy większych majątkach płaci podatek od wyjścia (exit tax). Zjawisko „accidental Americans„, osób, które o swoim amerykańskim obywatelstwie dowiadują się od banku, jest lustrzanym odbiciem tego wyroku: gdy jedni procesują się przed Sądem Najwyższym o prawo do obywatelstwa, inni płacą, by się go pozbyć. Rynek domyka ten obieg z trzeciej strony: dla tych, którym paszportu brakuje, istnieją programy obywatelstwa ekonomicznego, w których członkostwo we wspólnocie politycznej kupuje się jak usługę.

Dla polskiej rodziny wniosek jest konkretny. Dziecko urodzone podczas kilkuletniego kontraktu w Stanach Zjednoczonych, po wyroku Trump v. Barbara bezspornie, nabywa obywatelstwo USA z chwilą urodzenia. Akt urodzenia jest w tym samym momencie dokumentem paszportowym i podatkowym. To decyzja, którą warto podejmować świadomie, z rachunkiem korzyści i kosztów rozpisanym na dekady, a nie odkrywać jej skutki przy pierwszym liście z banku.

 

Co wyrok oznacza w praktyce

Trump v. Barbara utrzymuje w mocy zasadę, na której od 1868 r. opiera się amerykańska tożsamość konstytucyjna: kto urodził się na amerykańskiej ziemi i podlega amerykańskiemu prawu, jest obywatelem. Zarazem wyrok pokazuje, jak cienka jest linia, na której ta zasada wisi: pięć głosów, ustawowa furtka i metoda wykładni, która okazała się kostiumem do wynajęcia, a w tle pytanie, czy mocarstwo nadal wierzy we własną siłę przyciągania. Dla czytelnika w Polsce najistotniejsze są skutki praktyczne: obywatelstwo USA przez urodzenie pozostaje faktem, a wraz z nim pozostają FATCA, obowiązki sprawozdawcze i dożywotni związek z amerykańskim fiskusem.

Kancelaria Prawna Skarbiec doradza w sprawach międzynarodowej rezydencji podatkowej, obowiązków wynikających z FATCA i międzynarodowej wymiany informacji podatkowych oraz planowania sytuacji rodzin o statusie transgranicznym, w tym rodzin z dziećmi posiadającymi obywatelstwo amerykańskie. Jeżeli opisane zagadnienia dotyczą Państwa sytuacji, zapraszamy do kontaktu: pierwszym krokiem jest zwykle uporządkowanie stanu faktycznego i ocena, które obowiązki już powstały, a którymi można jeszcze zarządzić.

 

Inne publikacje

Przeprowadzka do Stanów Zjednoczonych. Skutki podatkowe dla polskiego rezydenta

FATCA (ang. Foreign Account Tax Compliance Act) 2026