Efekt cieplarniany a zmiany klimatu. Proces Kalifornia przeciwko Big Oil
Sprawa Kalifornia przeciwko Big Oil nie rozstrzygnie, czy planeta się ociepla. Rozstrzygnie, czy prawo potrafi pociągnąć do odpowiedzialności przemysł, który przez pół wieku kazał w to wątpić.
r. pr. Robert Nogacki | Kancelaria Prawna Skarbiec
Wątpliwość jako produkt
We wrześniu 2023 roku stan Kalifornia pozwał pięć największych koncernów naftowych świata (Exxon, Shell, Chevron, ConocoPhillips i BP) wraz z ich organizacją branżową, American Petroleum Institute. Pozew, People of the State of California v. Big Oil, wniesiono do Sądu Wyższego hrabstwa San Francisco; sygnują go gubernator Gavin Newsom i prokurator generalny Rob Bonta. Zarzut nie brzmi, że koncerny przyczyniały się do emisji dwutlenku węgla, co niewątpliwie było legalne. Spór dotyczy tego, że przez dziesięciolecia wiedziały, iż ich produkty ocieplają planetę, ale wiedzę tę ukrywały i prowadziły kampanię nakłaniającą opinię publiczną do wątpienia w nią. Kalifornia żąda, by sfinansowały usunięcie powstałej szkody, zapłaciły odszkodowanie i kary cywilne oraz zaprzestały wprowadzającej w błąd reklamy środowiskowej.
W połowie 2026 roku sprawa jest zamrożona. W kwietniu 2026 roku sędzia prowadzący zawiesił całe postępowanie do czasu, aż Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych rozstrzygnie powiązaną sprawę z Kolorado, Suncor Energy v. Boulder County; rozprawa spodziewana jest jesienią 2026 roku, a orzeczenie około połowy 2027 roku, i to ono przesądzi, czy roszczenia takie jak kalifornijskie w ogóle mogą być rozpoznawane przez sąd stanowy.
* * * * * * *
W listopadzie 1959 roku, na sympozjum Energy and Man zorganizowanym przez American Petroleum Institute na Uniwersytecie Columbia, amerykański przemysł naftowy świętował setną rocznicę swoich narodzin. Gościem honorowym był Edward Teller: fizyk, współtwórca bomby wodorowej, człowiek, którego trudno podejrzewać o ekologiczną egzaltację. Teller przyszedł mówić o przyszłości energii. Powiedział też coś, czego zgromadzeni woleli nie usłyszeć. Że spalanie paliw kopalnych uwalnia dwutlenek węgla, że dwutlenek węgla wywołuje efekt cieplarniany, i że wzrost jego stężenia o dziesięć procent wystarczy, by stopić czapy lodowe i zatopić Nowy Jork. Transkrypt tego wystąpienia odnalazł po latach, w archiwum dawnej fabryki prochu w Delaware, historyk nauki Benjamin Franta.
To jest właściwy punkt wyjścia dla każdej rozmowy o sprawie People of the State of California v. Big Oil. Nie dlatego, że Teller był prorokiem. Przeciwnie: dlatego, że nie był. Był po prostu kompetentnym fizykiem relacjonującym stan wiedzy swoich czasów. Ostrzeżenie padło nie na barykadzie, lecz w świątyni: na własnym przyjęciu urodzinowym branży, z ust zaproszonego przez nią eksperta. Wiedza, o którą dziś toczy się spór wart miliardy dolarów, w roku 1959 była na tyle oczywista, że wygłaszano ją jako mowę okolicznościową.
Fizyka jest stara
Fizyka stojąca za tym ostrzeżeniem była już wtedy leciwa. Joseph Fourier opisał mechanizm zatrzymywania ciepła przez atmosferę w latach dwudziestych XIX wieku. John Tyndall zmierzył w laboratorium zdolność dwutlenku węgla i pary wodnej do pochłaniania promieniowania cieplnego w roku 1859, dokładnie sto lat przed mową Tellera, co historia ułożyła z niemal literacką symetrią. Svante Arrhenius w 1896 roku obliczył, o ile podniesie się temperatura, jeśli stężenie CO2 ulegnie podwojeniu, a jego szacunek do dziś mieści się w przedziale przyjmowanym przez współczesną klimatologię.
Efekt cieplarniany nie jest hipotezą ani ideologią. Jest dziewiętnastowiecznym podręcznikiem fizyki. Termometr, w odróżnieniu od człowieka, nie ma w tej sprawie interesu i z nikim się nie spiera.
Od wiedzy do milczenia
Branża wiedziała, i to nie z gazet. Pozew Kalifornii dokumentuje, że naukowcy zatrudniani przez koncerny rozumieli zagrożenie najpóźniej w latach sześćdziesiątych. Pod koniec lat siedemdziesiątych American Petroleum Institute powołał wewnętrzny zespół do spraw CO2 i klimatu. W 1980 roku zaproszony przezeń naukowiec ze Stanforda ostrzegał, że przy utrzymaniu zużycia paliw kopalnych globalne ocieplenie będzie „ledwie zauważalne” około 2005 roku, by w latach sześćdziesiątych obecnego stulecia przynieść „globalnie katastrofalne skutki”. W tym samym roku API apelowało do rządów o potrojenie światowego wydobycia węgla.
W tym właśnie punkcie przyszłość rozwidla się na dwie możliwe ścieżki. Pierwsza, oczywista, prowadziła do ostrzeżenia konsumentów i włączenia się w transformację, którą Teller zapowiadał jako nieuniknioną. Druga prowadziła do czegoś znacznie bardziej pomysłowego. Zamiast zaprzeczać wiedzy, którą posiadano, postanowiono wyprodukować wątpliwość co do niej u wszystkich pozostałych.
Maszyna do produkcji wątpliwości
Tu zaczyna się część, której pozew poświęca najwięcej miejsca i która powinna interesować prawnika najbardziej. Wyprodukowanie wątpliwości jest bowiem sztuką subtelniejszą niż kłamstwo.
Wzorzec nie był nowy. Dostarczył go przemysł tytoniowy. W wewnętrznej notatce jednego z koncernów papierosowych padło zdanie, które stało się mimowolnym mottem całej branży: „wątpliwość jest naszym produktem”. Logika jest następująca. Aby ochronić sprzedaż, nie trzeba przekonać opinii publicznej, że nauka się myli; to zadanie beznadziejne. Wystarczy przekonać ją, że nauka nie jest pewna. A ponieważ nauka rzeczywiście nigdy nie jest pewna w stu procentach, zawsze pozostaje przecież margines niepewności co do tempa, skali i momentu, wystarczy ten naturalny margines rozdmuchać do rozmiarów fundamentalnego sporu.
Techniki były już zatem opracowane. Po pierwsze, finansowano garstkę dysponujących tytułami naukowymi kontrariuszy i wzmacniano ich głos daleko ponad ich rzeczywistą wagę w nauce. Historycy nauki Naomi Oreskes i Erik Conway opisali tę grupę w książce, której tytuł, Merchants of Doubt (Handlarze wątpliwości), przylgnął do zjawiska na stałe; pozew Kalifornii powołuje ją wprost. Ci sami eksperci, którzy wcześniej kwestionowali szkodliwość papierosów, pojawiali się teraz w sprawie klimatu.
Po drugie, wykorzystano dziennikarski odruch równowagi. Jeśli redakcja sadza naprzeciw siebie jednego naukowca „za” i jednego „przeciw”, widz wynosi wrażenie sporu pół na pół, podczas gdy proporcja w literaturze naukowej wynosiła mniej więcej dziewięćdziesiąt siedem do trzech. Fałszywa symetria jest jednym z najtańszych i najskuteczniejszych narzędzi dezinformacji, bo posługuje się cnotą, bezstronnością, przeciw prawdzie.
Po trzecie, budowano grupy fasadowe. Pozew opisuje The Advancement of Sound Science Coalition, organizację stworzoną pierwotnie przez przemysł tytoniowy, by udawać oddolny ruch obywatelski i podważać związek biernego palenia z rakiem, a następnie wypożyczoną sprawie klimatu. Opisuje Global Climate Coalition. Opisuje powołany w 1998 roku przez API zespół do spraw komunikacji o nauce klimatu, w którym nie zasiadał ani jeden klimatolog, za to zasiadali lobbysta Exxonu i przedstawiciel Chevronu. Cel tej wielomilionowej kampanii był rozbrajająco szczery: doprowadzić do tego, by przeciętny obywatel uwierzył, że podstawy naukowe zmian klimatu są wątpliwe. Zwycięstwo miało nastąpić w chwili, gdy wątpliwość stanie się elementem zdrowego rozsądku.
Po czwarte, i najtrwalej, przesunięto ramę sporu. Gdy otwarte zaprzeczanie stało się nie do utrzymania, branża wykonała zwrot. Pewien pracownik Shella ujął to bez ogródek: firma „nie chciała wpaść w tę samą pułapkę co koncerny tytoniowe, które uwikłały się we własne kłamstwa”. Odtąd publicznie przyznawano, że klimat się zmienia, twierdząc równocześnie, że koszt działania jest zbyt wysoki wobec nierozstrzygniętych niepewności. Jak ogłosił w 1998 roku jeden z dyrektorów API, „spór nie dotyczy działania albo bierności”, lecz tego, jaki zestaw działań jest zgodny z naszym stanem wiedzy i dobrobytem. Zdanie to brzmi rozsądnie. Na tym właśnie polega jego skuteczność. Przeniosło ono dyskusję z pytania „czy to się dzieje”, które było już przegrane, na pytanie „czy warto teraz reagować”, które można toczyć w nieskończoność.
Po piąte wreszcie przyszedł greenwashing: przemalowanie koncernu paliwowego na przedsiębiorstwo „zielonej energii”, reklamowanie jednego procenta inwestycji w odnawialne źródła i przemilczanie dziewięćdziesięciu dziewięciu procent, które pozostają kopalne. To właśnie ten ostatni etap czyni sprawę żywą tu i teraz, bo dotyczy reklam, które konsument w Kalifornii ogląda dzisiaj, a nie archiwaliów z lat siedemdziesiątych.
Warto zatrzymać się nad tym, dlaczego to działa, mechanizm jest bowiem psychologiczny, zanim stanie się polityczny. Kłamstwo można zbić; wątpliwość nie podsuwa niczego do zbicia, więc nigdy do końca nie przegrywa. Umysł postawiony wobec kilkunastu konkurujących hipotez nie waży ich cierpliwie i nie wybiera: rozsądzenie sporu technicznego jest mozolne, a laik nie ma na to ani czasu, ani narzędzi, więc przytłoczony nadmiarem niepewności odkłada całą rzecz i odwraca się od niej. Kampania nie musiała zostać uznana za prawdziwą; musiała jedynie sprawić, by myślenie męczyło. Opinia publiczna, której powiedziano, że eksperci jeszcze się nie zgodzili, robi wówczas jedyną rzecz, która nic jej nie kosztuje, to jest odracza, a odroczenie nosi maskę roztropności, wykonując pracę przyzwolenia. Niepewność nie jest wstrzymaniem się od decyzji. Jest decyzją, podjętą po cichu, na rzecz tego, co i tak już trwa.
Z całości wyłania się spostrzeżenie decydujące, a zarazem niepokojące. Produkowanie wątpliwości jest tańsze i skuteczniejsze niż produkowanie przekonania. Nie trzeba nikogo przekonać, że ocieplenie jest fikcją. Wystarczy uczynić go na tyle niepewnym, by odłożył decyzję. Zwłoka jest produktem. I produkt ten dostarczono w ilościach hurtowych: opóźnienie reakcji liczone w dekadach.
Czego naprawdę dotyczy ten proces
Tu dochodzimy do sedna, które łatwo przeoczyć, jeśli przyjmie się ramę narzuconą przez samą nazwę sprawy. „Pozwy klimatyczne” sugerują, że Kalifornia próbuje ukarać koncerny za emisję dwutlenku węgla. Gdyby tak było, obrona dysponowałaby racją łatwą: nie sposób pozwać kogoś za sprzedaż legalnego produktu, którego używał cały świat, łącznie z samym powodem.
Lecz pozew, jeśli przeczytać go uważnie, nie jest sprawą o emisję. Jest sprawą o oszustwo. Siedem roszczeń, które stan zgłasza, układa się w jedną logikę: naruszenie porządku publicznego (public nuisance), zniszczenie zasobów naturalnych, reklama wprowadzająca w błąd, nieuczciwy marketing środowiskowy, nieuczciwe praktyki handlowe oraz odpowiedzialność za produkt z tytułu zaniechania ostrzeżenia, w wariancie zarówno na zasadzie ryzyka (strict liability), jak i niedbalstwa. Tkanką łączną wszystkich tych zarzutów nie jest węgiel. Jest nią wiedza, zatajenie i brak ostrzeżenia. Istota zarzutu nie brzmi „emitowaliście CO2”, lecz „wiedzieliście, ukryliście, kłamaliście i sprzedawaliście bez ostrzeżenia”.
To przesunięcie ramy stanowi całą stawę, prawną i retoryczną. Bezprawiem nie jest tu spalanie paliwa. Bezprawiem jest fabryka wątpliwości. Kalifornia nie żąda, by sąd wyznaczył globalną politykę energetyczną; żąda, by koncerny sfinansowały usunięcie szkody, zapłaciły odszkodowanie i kary oraz zaprzestały dalszych wprowadzających w błąd przekazów. Stan domaga się także kary po dwa i pół tysiąca dolarów za każde naruszenie przepisów o reklamie. Przy skali kampanii arytmetyka staje się poważna.
Najmocniejsze karty obrony
Uczciwość intelektualna wymaga, by zacząć od argumentów drugiej strony, są one bowiem mocniejsze, niż chciałby przyznać entuzjasta pozwu.
Najpoważniejszym jest prawo federalne. Obrona twierdzi, że emisje gazów cieplarnianych są zjawiskiem międzystanowym i międzynarodowym, regulowanym przez prawo federalne (w szczególności Clean Air Act), i że pojedynczy stan nie może za pomocą prawa deliktowego wyznaczać de facto polityki klimatycznej dla całego kraju i świata. Nie jest to argument fasadowy. Sąd Najwyższy stanu Maryland przyznał mu rację w marcu 2026 roku, oddalając pozwy Baltimore i Annapolis jako takie, których „nie sposób poważnie rozważać”. W zdaniu odrębnym sędzia Killough nazwał emisyjne ujęcie większości „klasycznym chwytem pozornym”, skoro koncerny pozwano za to, co zataiły, nie za to, co emitowały, a to właśnie rozróżnienie jest osią tej sprawy. Kilka innych sądów oddaliło lub zawęziło analogiczne roszczenia, na odmiennych podstawach proceduralnych i doktrynalnych. Powstał rozłam: sądy najwyższe Hawajów i Kolorado dopuściły analogiczne sprawy do rozpoznania, sąd Maryland je zamknął. Rozłamy tego rodzaju są właśnie tym, co skłania federalny Sąd Najwyższy do interwencji.
Grunt federalny przesunął się ponownie w lutym 2026 roku, gdy Agencja Ochrony Środowiska uchyliła swoje ustalenie z 2009 roku, że gazy cieplarniane zagrażają zdrowiu publicznemu; cofnięcie to może, paradoksalnie, osłabić ten wątek obrony preemptywnej, który opiera się na zajęciu pola regulacyjnego przez Clean Air Act, mniej bowiem zostaje regulacji federalnej do wyparcia, choć głębsze zastrzeżenie ustrojowe pozostaje nienaruszone.
Drugą kartą jest związek przyczynowy. Jak przypisać konkretne kalifornijskie pożary i susze konkretnym pozwanym spośród miliardów emitentów na przestrzeni stulecia? To problem dobra wspólnego w czystej postaci, a nauka o atrybucji, choć szybko dojrzewa, pozostanie polem zaciekłego sporu dowodowego. Warto dodać, że żaden sąd na świecie nie pociągnął dotąd koncernu paliwowego do odpowiedzialności finansowej za szkody wynikłe z emisji gazów cieplarnianych; teoria ta, mimo całej swej dokumentacyjnej siły, pozostaje niesprawdzona w wyroku.
Trzecią jest Pierwsza Poprawka. Część zarzutów dotyka wypowiedzi, a udział w debacie publicznej i prawo do petycji są chronione konstytucyjnie. Granica między lobbingiem i perswazją a karalnym oszustwem handlowym jest cienka i sporna; obrona próbowała już raz wykorzystać ją w kalifornijskim wniosku w trybie anti-SLAPP, bezskutecznie, gdyż sąd uznał, że zastosowanie znajduje wyłączenie dotyczące wypowiedzi komercyjnej.
Uczciwość każe poczynić jeszcze jedno ustępstwo, idące pod prąd oskarżycielskiej logiki tego wywodu. Nie każda niepewność była wyprodukowana. Sama fizyka jest rozstrzygnięta od XIX wieku, a ludzki udział w obecnym ociepleniu należy dziś do najlepiej ugruntowanych ustaleń tej dziedziny; lecz dokładna czułość klimatu na daną ilość węgla, moment i rozkład geograficzny szkód, prawdopodobieństwo tego czy innego punktu krytycznego, a nade wszystko porównawczy koszt i sens redukcji emisji teraz wobec adaptacji później, przy jednoczesnym przyspieszeniu technologii (w tym energetyki jądrowej), które mogłyby wykonać tę pracę taniej, mieściły się w autentycznych i uprawnionych przedziałach sporu. Traktować każdy taki argument jako dezinformację znaczy spłaszczać realną i trudną przestrzeń kompromisu: głód energii w krajach rozwijających się, prozaiczny fakt historyczny, że tanie paliwo kopalne napędziło nowoczesną gospodarkę i wydźwignęło z biedy ogromną liczbę ludzi, niewygodną prawdę, że konsumenci i rządy domagający się dziś odszkodowania są zarazem tymi, którzy produkt kupowali i spalali. Fabryka wątpliwości istniała. Nie wynika z tego, że każda wątpliwość była jej wyrobem.
Istnieje też zastrzeżenie ustrojowe, które rozważny sędzia odczuje, choćby potępiał samo postępowanie. Powództwo odszkodowawcze tego rodzaju żąda od sądu stanowego, by za pomocą prawa deliktowego uczynił to, co konstytucja powierza raczej Kongresowi, agencjom federalnym i władzy traktatowej: rozdzielił odpowiedzialność za globalne dobro wspólne, jakim jest atmosfera, i w istocie wyznaczył politykę energetyczną kraju i świata. Orzeczenie, które odrzuci to zaproszenie, nie musi być dziełem sądu „przejętego” przez przemysł; może być dziełem sądu, który zna różnicę między bezprawiem a właściwym forum. A nawet najdalej idące zwycięstwo powoda pozostawiłoby problem zasadniczy mniej więcej tam, gdzie go zastało. Proces jest narzędziem tępym wobec szkody rozproszonej: potrafi ukarać udokumentowane oszustwo, co jest słuszne i spóźnione, lecz nie wyceni emisji dwutlenku węgla, nie wyda pozwolenia na reaktor, nie sfinansuje badań ani nie zwoła dyplomacji, której wymaga sama fizyka. Pozew jest rozliczeniem z przeszłością. Nie jest, i nigdy nie miał być, polityką klimatyczną.
Należy zatem rozróżnić trzy poziomy pewności. Pewne jest, że fizyka jest słuszna i że koncerny wiedziały wcześnie; to udokumentowane. Prawdopodobne jest, że dezinformacja opóźniła reakcję polityczną; teza ta jest spójna, lecz jej dowiedzenie w procesie będzie trudne. Niepewne pozostaje, czy prawo, zwłaszcza po orzeczeniu obecnego składu Sądu Najwyższego, w ogóle dopuści odszkodowanie. Sąd, który przyjął sprawę Boulder do rozpoznania, nie uczynił tego po to, by ją potwierdzić.
Gdzie sprawa jest dzisiaj
Dlatego dziś sprawa Kalifornii jest zamrożona. W kwietniu 2026 roku sędzia Ethan Schulman z Sądu Najwyższego hrabstwa San Francisco zawiesił całe postępowanie, uznając, że „leży to w interesie wymiaru sprawiedliwości”, dopóki federalny Sąd Najwyższy nie rozstrzygnie sprawy Suncor Energy v. Board of County Commissioners of Boulder County. To spór z Boulder stał się papierkiem lakmusowym dla ponad trzydziestu analogicznych postępowań w całym kraju.
Sąd Najwyższy przyjął sprawę do rozpoznania w lutym 2026 roku i sformułował dwa pytania: czy prawo federalne wyłącza oparte na prawie stanowym roszczenia dotyczące skutków międzynarodowych emisji, oraz węższe pytanie, czy Sąd Najwyższy w ogóle może badać nieprawomocne (wpadkowe) orzeczenie sądu stanowego. Rozprawa spodziewana jest jesienią 2026 roku, w kadencji rozpoczynającej się w październiku, a orzeczenie najpewniej przed końcem tej kadencji, około połowy 2027 roku.
Otoczenie tej rozprawy jest wymowne. Przeciw Boulder opowiedziało się w stanowiskach amicus curiae blisko trzydziestu prokuratorów generalnych stanów, kilkudziesięciu członków Kongresu oraz administracja federalna, która wydała ponadto rozporządzenie wykonawcze zakazujące wszczynania nowych spraw tego typu. American Petroleum Institute uczynił z pogrzebania pozwów klimatycznych priorytet na rok 2026 i zabiega w Kongresie o ustawę przyznającą koncernom paliwowym immunitet (Stop Climate Shakedowns Act), wzorowaną na ochronie, jaką cieszą się producenci broni palnej. Równolegle Sąd Najwyższy jednogłośnie przyznał rację koncernom w luizjańskiej sprawie o zniszczenie wybrzeża, na odrębnej podstawie proceduralnej, nie zaś z tytułu wyłączenia roszczeń przez prawo federalne, co potwierdza szerszą skłonność przemysłu do szukania przychylniejszego forum federalnego. Walka toczy się więc jednocześnie na trzech frontach: w sądach, w Kongresie i w gabinetach władzy wykonawczej. (Gwoli ścisłości, nie insynuacji: sędzia Samuel Alito ma udziały w kilku spółkach naftowo-gazowych, lecz nie w Exxonie ani Suncorze, stronach sprawy Boulder, i na tej podstawie biuro prawne Sądu uznało jego wyłączenie tam za niewymagane; w przytoczonej wyżej sprawie luizjańskiej, gdzie ma udziały w spółce-matce jednego z pozwanych, nie brał udziału, i dlatego orzeczenie zapadło jednogłośnie.)
Lekcja europejska
Polskiego czytelnika mogłoby kusić, by potraktować to wszystko jako amerykańską egzotykę procesową. Byłby to błąd. Mechanizm produkowania wątpliwości jest uniwersalny, a jego najnowsze wcielenie, greenwashing, jest już przedmiotem regulacji po tej stronie Atlantyku, na razie raczej drogą prawodawczą niż sądową. Unijna dyrektywa Empowering Consumers for the Green Transition (2024/825), którą państwa członkowskie mają transponować w 2026 roku, od tej jesieni zakaże nieuzasadnionych oświadczeń środowiskowych dokładnie tego rodzaju, jakiego dotyczy roszczenie Kalifornii o nieuczciwy marketing; ambitniejsza dyrektywa o oświadczeniach środowiskowych (Green Claims), która wymagałaby uprzedniej weryfikacji takich twierdzeń, utknęła, a Komisja zapowiedziała w 2025 roku jej wycofanie.
Sądy zaś nie próżnują. Europejski Trybunał Praw Człowieka, orzekając w 2024 roku w sprawie wniesionej przez grupę starszych Szwajcarek, uznał, że niedostateczna polityka klimatyczna państwa może naruszać prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego; Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w opinii doradczej z 2025 roku potwierdził, że na państwach ciążą wynikające z prawa międzynarodowego obowiązki ochrony systemu klimatycznego. Pytanie, które rozstrzygnie się w San Francisco, czy prawo prywatne potrafi unieść ciężar szkody klimatycznej, prędzej czy później postawią również sądy europejskie.
Termometr się nie spiera
Wróćmy zatem na salę Uniwersytetu Columbia z 1959 roku. Tym, co stanie przed sądem w San Francisco, nie jest pytanie, czy planeta się ociepla; sama nauka była rozstrzygnięta, zanim Teller skończył przemawiać, a lód jedynie go odtąd potwierdza. Stawką jest co innego: czy prawo dysponuje środkiem zaradczym na samo wytwarzanie niepewności. Czy dekady, w których znaną prawdę cierpliwie zamieniano w „otwarte pytanie”, a wytworzone w ten sposób wahanie samo stało się przyczyną szkody, mają swojego adresata odpowiedzialności.
Wątpliwość bywa cnotą i bywa bronią. W nauce jest silnikiem postępu; w rękach działu public relations bywa narzędziem zwłoki. Sąd w San Francisco został poproszony, by wskazał różnicę, i by uczynił rzecz węższą, na którą prawo uczciwie może sobie pozwolić: nie wyznaczać polityki energetycznej planety, która należy do innych, lecz wycenić udokumentowane oszustwo. Termometr, jak wspomniano, się nie spiera. Pozostaje pytanie, czy spierać się będzie prawo, i po której stanie stronie.

Robert Nogacki – radca prawny (WA-9026), założyciel Kancelarii Prawnej Skarbiec.
Są prawnicy, którzy zajmują się prawem. I są tacy, którzy zajmują się problemami, na które prawo nie ma gotowej odpowiedzi. Od ponad dwudziestu lat Kancelaria Skarbiec pracuje na przecięciu prawa podatkowego, struktur korporacyjnych i ludzkiej niechęci do oddawania państwu więcej, niż się państwu należy. Doradzamy przedsiębiorcom z kilkunastu krajów – od tych z listy Forbesa po tych, którym fiskus właśnie zajął konto i którzy nie wiedzą, co robić jutro rano.
Jeden z najczęściej cytowanych ekspertów prawa podatkowego w polskich mediach – pisze dla Rzeczpospolitej, Dziennika Gazety Prawnej i Parkietu nie dlatego, że to dobrze wygląda w CV, lecz dlatego, że pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić w piśmie procesowym i ktoś musi je powiedzieć głośno. Autor AI Decoding Satoshi Nakamoto. Sztuczna inteligencja na tropie twórcy Bitcoina. Współautor nagrodzonej książki Bezpieczeństwo współczesnej firmy.
Kancelaria Skarbiec zajmuje czołowe pozycje w rankingach kancelarii podatkowych Dziennika Gazety Prawnej. Czterokrotny laureat Medalu Europejskiego, laureat tytułu International Tax Planning Law Firm of the Year in Poland.
Specjalizuje się w sporach z organami skarbowymi, międzynarodowym planowaniu podatkowym, regulacjach kryptoaktywów i ochronie majątku. Od 2006 roku prowadzi sprawę WGI – jedną z najdłuższych spraw karnych w historii polskiego rynku finansowego, bo są rzeczy, których nie wolno zostawić w połowie, nawet jeśli trwają dwie dekady. Wierzy, że prawo jest zbyt poważne, żeby traktować je wyłącznie poważnie – i że najlepsza porada prawna to ta, dzięki której klient nigdy nie musi stanąć przed sądem.