Weteran Art-B odbudowuje Somalię
Jak człowiek, który nauczył banki, że ten sam pieniądz może być w kilku miejscach naraz, został ambasadorem pokoju. Rzecz o pewnej fotografii z Jerozolimy i o wnioskach których roztropny czytelnik z niej nie wyciąga.
Na fotografii uśmiecha się sześciu mężczyzn.
Jeden trzyma medal w kształcie menory, który, jak wyjaśniono podczas uroczystości, otrzymuje się za wniesienie światła na świat. Rzecz dzieje się w Muzeum Przyjaciół Syjonu w Jerozolimie, wieczorem, w czerwcu. Kilka dni wcześniej prezydent Somalilandu otworzył w mieście ambasadę, ósmą w stolicy i pierwszą placówkę dyplomatyczną swojego kraju gdziekolwiek na świecie. Złożył też wieniec na grobie Theodora Herzla i pochylił głowę w Yad Vashem. Wszyscy są zadowoleni, i słusznie, bo trzydzieści pięć lat czekania na uznanie to długo, a Izrael uznał Somaliland pierwszy.
Drugi od lewej, ten w garniturze bez krawata, nie jest ani prezydentem, ani dyplomatą. Jest, jak głosi jego własna strona, Ambasadorem Pokoju Światowej Rady Pokoju oraz przewodniczącym fundacji Helping Hand Global Forum.
Nazywa się Andre Gasiorowski.
Trzydzieści pięć lat temu, kiedy Somaliland ogłaszał niepodległość, nazywał się Andrzej Gąsiorowski i miał w Polsce inne zajęcie.
Art-B, Oscylator i Andre Gasiorowski
Zajęcie polegało na tym, że te same pieniądze znajdowały się w kilku bankach jednocześnie.
Mechanizm nazwano w Polsce oscylatorem. Był prosty, a twórcy do dziś utrzymują, że legalny, co w pewnym sensie czyni go arcydziełem: nie trzeba było łamać prawa, wystarczyło zauważyć, że prawo śpi. Banki księgowały czeki z opóźnieniem, poczta wlokła się dniami, czasem tygodniami, więc między chwilą, w której pieniądz wychodził z jednego konta, a chwilą, w której to konto się o tym dowiadywało, istniała szczelina. W tej szczelinie mieszkał oscylator. Zakładało się lokatę, pobierało potwierdzony czek, niosło do następnego banku, zakładało lokatę, pobierało czek, i tak w koło, aż ten sam kapitał pracował naraz w wielu miejscach, naliczając wszędzie odsetki. Przy ówczesnej inflacji odsetki były imponujące. Gąsiorowski, jak sam później wspominał, zbudował pierwszą wersję na pożyczonym Lotusie 1-2-3 i nazwał ją Moneytron.
Spółka nazywała się Art-B, a jej właścicieli, laryngologa Andrzeja Gąsiorowskiego oraz organistę i stroiciela fortepianów Bogusława Bagsika, prasa ochrzciła artystami biznesu. Kupili ciągniki od bankrutującego Ursusa, żeby fabryka jeszcze trochę pożyła, co zjednało im ówczesną władzę, a w ich dworku pod Warszawą, na którego ścianach wisieli Renoir, Picasso i Malczewski, bywał wtedy każdy. Prokuratura wyceniła później ich dzieło na ponad cztery biliony ówczesnych złotych, czyli około czterystu dwudziestu milionów dzisiejszych. Pewien wysoki urzędnik banku centralnego oświadczył, że gdyby oscylator popracował jeszcze kilka miesięcy, polski system bankowy przestałby istnieć. Trudno o piękniejszą recenzję.
Sama technika nie była zresztą polskim wynalazkiem. Na Zachodzie nazywa się ją floating, od słowa float, przepływ, a w odmianie z wieloma bankami check kiting, od dawnego „puszczania latawca”, bo w obieg idzie papier, za którym nie stoi nic prócz powietrza. Rzecz dawno opisana, nazwana i uznana za przestępstwo w Stanach Zjednoczonych, gdzie grozi za nią do trzydziestu lat więzienia. Art-B niczego zatem nie wymyśliło; Art-B zaimportowało, sprawnie i na skalę, dojrzały mechanizm cudzego oszustwa bankowego. W Polsce początku lat dziewięćdziesiątych dobre pomysły się nie marnowały.
Co prowadzi do pytania skromniejszego niż wysokość strat, za to bardziej kłopotliwego: nie skąd wziął się pomysł, bo ten leżał gotowy w podręcznikach, lecz kto rozpisał role. Stroiciel potrafi nastroić fortepian, partytury międzynarodowego oszustwa bankowego zwykle jednak nie pisze. Kto zatem posłużył się organistą i laryngologiem jako twarzą operacji i nauczył ich tej transgranicznej choreografii rachunków, pozostaje pytaniem, które afera ciągnie za sobą od trzydziestu lat bez odpowiedzi.
Ucieczka
Latem 1991 roku, ostrzeżeni w porę przez życzliwego polityka (był nim akurat szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, co dodaje całości pewnej symetrii), obaj artyści opuścili kraj. Pojechali do Izraela, zabierając w walizkach równowartość ponad stu milionów złotych w dolarach. Bagsika dopadnięto trzy lata później na lotnisku w Zurychu i skazano na dziewięć lat. Gąsiorowski został; mieszka w Izraelu do dziś.
Tego samego lata, dla porządku odnotujmy, Somaliland ogłaszał niepodległość. Historia jest pełna takich zbieżności, ale roztropny czytelnik nie wyciąga z nich pochopnych wniosków.
Przedawnienie
Z polskim wymiarem sprawiedliwości oscylator rozegrał ostatnią partię i wygrał ją tą samą bronią, którą wygrywał z bankami: zwłoką. Zarzut oszustwa przedawnił się w 2011 roku. Śledztwo w sprawie oscylatora umorzono po cichu w 2014, a list gończy za Gąsiorowskim cofnięto. Okazało się, że poczta państwa polskiego potrafi iść dłużej niż jakikolwiek czek. W tym sensie Rzeczpospolita także prowadziła oscylator, tyle że odwrotny: kapitał winy krążył tak długo między instancjami, aż wyparował, zanim ktokolwiek zdążył go zaksięgować.
Druga kariera
Człowiek, który opanował sztukę bycia w dwóch miejscach naraz, nie zmarnuje jej na same pieniądze. Pieniądze to dopiero wprawka.
Andre Gasiorowski jest dziś, jednocześnie, przewodniczącym konfederacji mającej skupiać ponad dwieście pięćdziesiąt organizacji, prezesem firmy technologiczno-inwestycyjnej, opiekunem ocalałych z Holokaustu, dostawcą pomocy humanitarnej do Strefy Gazy, do druzyjskich wiosek w Syrii, do uchodźców, oraz Ambasadorem Pokoju. Jego strony internetowe relacjonują to wszystko na bieżąco, ze zdjęciami, dzień po dniu: tu wjazd ciężarówek, tu odwiedziny u stulatka, tu medal, tu prezydent. Ten sam kapitał, jego własna osoba, pracuje naraz na wielu kontach moralnych i wszędzie nalicza odsetki w postaci wdzięczności. Stara technika, nowy aktyw. Zamiast czeków krążą gesty, a szczelina między gestem a jego rozliczeniem bywa równie długa jak dawna droga pocztowa.
Dziennikarze, którzy przyjrzeli się tej działalności (między innymi z serwisu The New Humanitarian), odnotowali, że obok pomocy płynęło także wsparcie dla izraelskich jednostek wojskowych oraz sprzęt dla osadników na Zachodnim Brzegu, a część materiałów zniknęła z sieci po ich ujawnieniu. Gasiorowski zaprzecza jakimkolwiek związkom z wojskiem, podkreśla niezależność i koordynację z izraelskimi władzami, a obrazy głodu w Gazie nazywa fałszywą informacją, „Gaza(wood)” oraz propagandą Hamasu. Nie twierdzimy więc, że ciężarówki nie przejechały. Przejechały, i to, jak podaje ONZ, w liczbie kilkuset, co czyni fundację jednym z większych dostawców spoza systemu Narodów Zjednoczonych. Zwracamy jedynie uwagę na strukturę: pomoc, podobnie jak niegdyś czek, jest najcenniejsza w tym krótkim okresie, gdy już wyszła z rąk dającego, a jeszcze nie dotarła tam, gdzie można by ją policzyć.
Miasto Nadziei
Sztandarowym projektem jest Miasto Nadziei, plan odbudowy Gazy oparty na modułowych kontenerach, ze wzmianką o dzielnicy w stylu riwiery dla turystów. Plan, jak na razie, istnieje głównie jako plan, co akurat jest jego najbardziej spójną cechą. Człowiek, który zarobił fortunę na okresie między obietnicą zapłaty a zapłatą, w naturalny sposób specjalizuje się w okresie między katastrofą a odbudową. To również jest szczelina, i również da się w niej zamieszkać.
Odbudowa
Pozostaje Somaliland, który dał tytuł tej opowieści i którego nasz bohater, wbrew nagłówkowi, nie odbudowuje. Nie odbudowuje też Somalii, z którą Somaliland bywa mylony, choć to dwa różne byty, a pomylenie ich jest samo w sobie drobnym oscylatorem geograficznym: jeden kraj zarazem istnieje i nie istnieje, zależnie od tego, kto patrzy. Gasiorowski był na przyjęciu. Stał obok prezydenta, uśmiechał się do obiektywu i znalazł się na zdjęciu, które jego fundacja opisała słowem historyczne. Z przyjęcia, odpowiednio sfotografowanego, da się odbudować bardzo wiele, choć rzadko państwo.
To, co rzeczywiście podlega tu odbudowie, to życiorys. I trzeba przyznać, że jest to jedyny projekt, który zawsze kończy się w terminie i poniżej kosztorysu. Z laryngologa, który usłyszał szczelinę w systemie bankowym, zrobił się filantrop, którego słyszy świat. Medal w kształcie menory wnosi światło. Wszystko się zgadza, wszystko świeci, i tylko gdzieś z tyłu, jak nieksięgowany jeszcze czek, sunie pocztą pytanie, na które na razie nikt nie musi odpowiadać.
Roztropny czytelnik, jak ustaliliśmy, nie wyciąga wniosków. Zauważa jedynie, że pewni ludzie, nauczywszy się raz, jak sprawić, by pieniądz był tam, gdzie go nie ma, uczą się z czasem, jak sprawić, by cnota była tam, gdzie jej nie było. Metoda pozostaje ta sama. Cała sztuka polega na tym, żeby zdążyć, zanim poczta dojdzie.

Robert Nogacki – radca prawny (WA-9026), założyciel Kancelarii Prawnej Skarbiec.
Są prawnicy, którzy zajmują się prawem. I są tacy, którzy zajmują się problemami, na które prawo nie ma gotowej odpowiedzi. Od ponad dwudziestu lat Kancelaria Skarbiec pracuje na przecięciu prawa podatkowego, struktur korporacyjnych i ludzkiej niechęci do oddawania państwu więcej, niż się państwu należy. Doradzamy przedsiębiorcom z kilkunastu krajów – od tych z listy Forbesa po tych, którym fiskus właśnie zajął konto i którzy nie wiedzą, co robić jutro rano.
Jeden z najczęściej cytowanych ekspertów prawa podatkowego w polskich mediach – pisze dla Rzeczpospolitej, Dziennika Gazety Prawnej i Parkietu nie dlatego, że to dobrze wygląda w CV, lecz dlatego, że pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić w piśmie procesowym i ktoś musi je powiedzieć głośno. Autor AI Decoding Satoshi Nakamoto. Sztuczna inteligencja na tropie twórcy Bitcoina. Współautor nagrodzonej książki Bezpieczeństwo współczesnej firmy.
Kancelaria Skarbiec zajmuje czołowe pozycje w rankingach kancelarii podatkowych Dziennika Gazety Prawnej. Czterokrotny laureat Medalu Europejskiego, laureat tytułu International Tax Planning Law Firm of the Year in Poland.
Specjalizuje się w sporach z organami skarbowymi, międzynarodowym planowaniu podatkowym, regulacjach kryptoaktywów i ochronie majątku. Od 2006 roku prowadzi sprawę WGI – jedną z najdłuższych spraw karnych w historii polskiego rynku finansowego, bo są rzeczy, których nie wolno zostawić w połowie, nawet jeśli trwają dwie dekady. Wierzy, że prawo jest zbyt poważne, żeby traktować je wyłącznie poważnie – i że najlepsza porada prawna to ta, dzięki której klient nigdy nie musi stanąć przed sądem.