Fake news i rosyjska dezinformacja a odpowiedzialność twórców internetowych

Fake news i rosyjska dezinformacja a odpowiedzialność twórców internetowych

2026-02-19

Trzech twórców internetowych stanęło przed niemieckim sądem karnym za udostępnianie na swoim blogu filmów z kanału objętego unijnym zakazem rozpowszechniania treści. Ich blog był bezpłatny, nie wyświetlali reklam — przyjmowali jedynie dobrowolne datki od czytelników. 12 lutego 2026 r. Rzecznik Generalny Trybunału Sprawiedliwości UE wydał opinię, w której stwierdził, że to nie ma znaczenia dla kwalifikacji jako „operator” w rozumieniu prawa unijnego. Kary za łamanie sankcji UE w Niemczech sięgają 5 lat pozbawienia wolności.

Sprawa C‑67/25 to jednak znacznie więcej niż spór o definicję operatora medialnego. Rozpatrywana w kontekście walki z dezinformacją w UE, stanowi jedno z pierwszych postępowań karnych wymierzonych w ogniwo rosyjskiej infrastruktury obchodzenia sankcji medialnych — sieci, w której pozornie niezależne blogi i kanały w mediach społecznościowych pełnią funkcję przekaźników propagandy zakazanej na terytorium Unii.

 

Zakaz rozpowszechniania treści RT — sprawa C‑67/25

W 2023 r. trzy osoby fizyczne czterokrotnie opublikowały na publicznie dostępnym blogu „Live-Ticker”, prowadzonym na stronie traugott-ickeroth.com, filmy pochodzące z kanału RT Deutschland (Russia Today Germany). Kanał ten figuruje w załączniku XV do rozporządzenia Rady (UE) nr 833/2014, co oznacza, że wobec niego obowiązuje całkowity zakaz nadawania na terytorium Unii Europejskiej. Sankcje unijne wobec Rosji w obszarze mediów wprowadzono w marcu 2022 r. — w bezpośredniej reakcji na rosyjską agresję wobec Ukrainy — jako element walki z państwową propagandą i manipulacją medialną.

Blog prowadził pod pseudonimem „Traugott Ickeroth” jeden z oskarżonych, który przyznał się do odpowiedzialności redakcyjnej za publikowane treści. Dostęp do strony był nieodpłatny, nie generowała ona przychodów z reklam ani abonamentów. Twórcy apelowali jednak o datki — i w ciągu niespełna półtora roku na ich konta wpłynęło łącznie ponad 60 000 euro.

Niemiecki sąd karny — Landgericht Saarbrücken (sygn. 8 KLs 33/24) — powziął wątpliwość: czy odpowiedzialność za udostępnianie treści objętych sankcjami może dotyczyć również osób fizycznych prowadzących niekomercyjną stronę internetową, utrzymywaną wyłącznie z dobrowolnych wpłat? Czy mogą one być uznane za „operatorów” w rozumieniu art. 2f ust. 1 rozporządzenia nr 833/2014 — a tym samym podlegać odpowiedzialności karnej twórcy internetowego za naruszenie zakazu nadawania? I wystąpił z pytaniem prejudycjalnym do TSUE.

 

Rosyjska propaganda i wojna informacyjna — szerszy kontekst sprawy

Żeby zrozumieć wagę pytania prejudycjalnego, trzeba spojrzeć na nie szerzej niż przez pryzmat jednego bloga — i dostrzec, że toczy się ono na tle szeroko zakrojonej wojny informacyjnej, w której granica między propagandą państwową a pozornie niezależnymi treściami w mediach społecznościowych staje się coraz trudniejsza do uchwycenia. Federacja Rosyjska od lat prowadzi działania z zakresu wojny hybrydowej, łącząc operacje militarne z systematyczną manipulacją medialną wymierzoną w zachodnią opinię publiczną.

 

RT Deutschland i kremlowska machina informacyjna

RT (dawniej Russia Today) nie jest zwykłą stacją telewizyjną. To flagowy projekt rosyjskiej propagandy zagranicznej, finansowany bezpośrednio z budżetu państwa rosyjskiego — według danych Atlantic Council budżet RT wynosił od 236 mln USD (2015) do 445 mln USD (2014), a Radio Free Europe/Radio Liberty potwierdza, że samo RT America otrzymało ponad 100 mln USD rosyjskiego finansowania rządowego od 2016 r. Według portalu Debunk.org w 2022 r. Rosja wydała z budżetu federalnego ok. 143 mld rubli (1,9 mld USD) na media, w tym również na Sputnik — drugi filar rosyjskiej propagandy, którego treści również objęte są unijnym zakazem. W 2017 r. Departament Sprawiedliwości USA nakazał RT rejestrację jako agenta obcego mocarstwa na podstawie FARA (Foreign Agent Registration Act) w następstwie ustaleń amerykańskich agencji wywiadowczych o roli RT w kampanii ingerencji w wybory prezydenckie 2016 r.

W Niemczech RT DE Productions GmbH rozpoczęło nadawanie programu telewizyjnego 16 grudnia 2021 r. Już w lutym 2022 r. — jeszcze przed wejściem w życie sankcji unijnych — niemiecka Komisja ZAK (Kommission für Zulassung und Aufsicht der Medienanstalten) zakazała nadawania RT DE z powodu braku wymaganej licencji. Warto podkreślić: RT DE nigdy nie posiadało ważnej niemieckiej licencji nadawczej — próbowało nadawać w oparciu o licencję serbską, co nie zostało uznane za wystarczające. Jak wyjaśniał MDR, zakaz ten miał charakter czysto medialnoprawny i nie był związany z konfliktem na Ukrainie. Sankcje UE z marca 2022 r. (rozporządzenie 2022/350) ustanowiły następnie całkowity zakaz nadawania treści RT na terytorium Unii, obejmujący również umożliwianie, ułatwianie i przyczynianie się do nadawania — w tym przez Internet.

 

Obchodzenie sankcji — nowe domeny, nowe kanały

Jak sam Rzecznik Generalny zauważa w swojej opinii (przypis 34), pomimo formalnego zakazu treści RT pozostają dostępne w Internecie. Skalę problemu dokumentuje Correctiv.Faktencheck, który w szczegółowej analizie z lutego 2026 r. zidentyfikował ponad 20 aktywnych domen-lustrzanych RT DE dostępnych z terytorium Niemiec, osiągających łącznie ok. 2,6 mln odsłon miesięcznie. Serwery tych stron należą do TV-Novosti (założonej przez RIA Novosti) i Rostelecomu (rosyjski państwowy operator telekomunikacyjny). Bundesnetzagentur przyznała, że domeny-lustrzane stanowią „słaby punkt” (Schwachstelle) w egzekwowaniu sankcji. Correctiv dokumentował obchodzenie sankcji przez domeny-lustrzane już od 2022 r. To nie przypadek — to systemowa strategia, w której zakazane treści migrują do kanałów formalnie niezwiązanych z rosyjskim państwem, a fact-checking staje się wyścigiem z maszyną produkującą dezinformację na skalę przemysłową.

 

Operacja Doppelganger — kto stoi za fake newsami w Europie

Równolegle do działań poszczególnych blogerów Rosja prowadziła zorganizowane kampanie dezinformacyjne, wykorzystując również boty internetowe i trolle rosyjskie do wzmacniania zasięgu. Operacja znana pod nazwą Doppelganger, przypisywana moskiewskiej Social Design Agency (SDA), polegała na tworzeniu fałszywych witryn imitujących wygląd renomowanych europejskich mediów — w tym niemieckich — i rozpowszechnianiu za ich pośrednictwem fake newsów oraz narracji prorosyjskiej w mediach społecznościowych. Operację tę udokumentowały m.in. EU DisinfoLab, US Cyber Command oraz badacze z Institute for Strategic Dialogue (ISD) i German Marshall Fund’s Alliance for Securing Democracy. Raport techniczny niemieckiego MSZ (Auswärtiges Amt) z 2024 r. udokumentował 9 niemieckojęzycznych klonów Doppelganger dużych mediów oraz 16 sztucznych portali informacyjnych. Analitycy wskazują, że w kolejnych iteracjach kampanii pojawiały się również materiały typu deepfake, zwiększające skuteczność manipulacji.

 

Operacje wpływu Rosji w Niemczech i Europie

Bundesamt für Verfassungsschutz (BfV) wielokrotnie ostrzegał przed rosyjskimi operacjami wpływu na terenie Niemiec. W analizie zagrożeń przed wyborami do Bundestagu z listopada 2024 r. BfV wskazywał na „akcje dezinformacji i dyskredytacji, cyberataki oraz szpiegostwo i sabotaż” ze strony Rosji — w tym próby ingerencji w wybory i procesy demokratyczne. Prezydent BfV Thomas Haldenwang w publicznym przesłuchaniu w Bundestagu w październiku 2024 r. zwracał uwagę na „operacje wpływu” (Einflussoperationen) rosyjskich służb wywiadowczych. Dezinformacja w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej stanowi przy tym osobne, rosnące zagrożenie — rosyjskie media i troll farmy od lat celują w region, który jest kluczowy dla wsparcia Ukrainy. Blog „Live-Ticker” nie funkcjonował zatem w próżni — wpisywał się w ekosystem pozornie niezależnych kanałów, które pełnią funkcję wzmacniaczy rosyjskiej narracji.

 

Model operacyjny: od Kremla do lokalnego bloga

Schemat jest powtarzalny: treści produkowane lub inspirowane przez rosyjskie media państwowe trafiają do sieci za pośrednictwem oficjalnych kanałów (RT, Sputnik), następnie są przechwytywane i redystrybuowane przez „media alternatywne” — blogi, kanały na YouTube, konta na Telegramie — które prezentują się jako niezależne głosy sprzeciwu wobec „mainstreamu”. Propaganda w social mediach jest wzmacniana przez skoordynowane sieci botów i trolli, a finansowanie z datków dopełnia pozór niezależności. Odbiorcy, przekonani o autentyczności przekazu, sami stają się jego dalszymi dystrybutorami — nie zdając sobie sprawy, że uczestniczą w łańcuchu dystrybucji zakazanych treści.

 

Definicja operatora medialnego w orzecznictwie TSUE

Rzecznik Generalny Rimvydas Norkus przeprowadził kompleksową analizę — językową, kontekstową i celowościową — pojęcia „operatora” i doszedł do jednoznacznego wniosku: termin ten ma charakter funkcjonalny i technologicznie neutralny. Obejmuje każdą osobę fizyczną lub prawną, która sprawuje faktyczną kontrolę nad procesem nadawania treści bądź materialnie uczestniczy w ich rozpowszechnianiu. To orzeczenie TSUE — choć na razie w formie opinii — może na nowo zdefiniować granice prawa medialnego UE.

Brzmienie przepisu nie zawiera żadnego wymogu gospodarczego. Art. 2f ust. 1 rozporządzenia 833/2014 mówi o „operatorach” bez dookreślenia, że muszą prowadzić działalność handlową czy zawodową. Sam przepis wymienia przy tym platformy internetowe, aplikacje do udostępniania wideo i dostawców usług internetowych — narzędzia powszechnie wykorzystywane przez osoby prywatne, w tym vlogerów, influencerów i podcasterów. Gdyby prawodawca unijny zamierzał ograniczyć zakaz do podmiotów gospodarczych, uczyniłby to wprost — jak to zrobił w innych przepisach tego samego rozporządzenia, np. w art. 3r ust. 4 dotyczącym przeładunku skroplonego gazu ziemnego.

Wytyczne Komisji Europejskiej nie mogą zawężać rozporządzenia. Sąd odsyłający powołał się na dokument roboczy służb Komisji (tzw. Consolidated FAQs), który sugerował, że operatorem jest podmiot prowadzący „działalność handlową lub zawodową”. Rzecznik zdecydowanie odrzucił ten argument — wytyczne te nie pochodzą od Rady (jedynego autora rozporządzenia), nie mają mocy wiążącej, a sama Komisja przyznaje w nich, że wyłączna kompetencja do wykładni prawa UE przysługuje Trybunałowi.

Cel przepisu wymaga szerokiej wykładni. Zakaz z art. 2f ma charakter prewencyjny — jego celem jest uniemożliwienie rozpowszechniania treści propagandowych na terytorium UE niezależnie od kanału dystrybucji. Jak podkreślają komentatorzy prawa medialnego na Verfassungsblog, przedmiotowe środki — w przeciwieństwie do sankcji gospodarczych — mają cel „skierowany do wewnątrz”: zapobieganie destabilizacji Unii poprzez dezinformację. Zawężająca wykładnia umożliwiłaby przenoszenie zakazanych treści do tzw. mediów alternatywnych, które wymykałyby się regulacji. Rzecznik wprost zauważa, że takie platformy — prezentujące się jako „niezależne” — mogą paradoksalnie stawać się skuteczniejszymi nośnikami dezinformacji niż media tradycyjne, właśnie dzięki pozorowi autentyczności.

Czas trwania i intensywność działalności nie mają znaczenia dla kwalifikacji. Rzecznik odrzucił także argument oskarżonego, że pojęcie operatora powinno zależeć od regularności czy skali działalności. W kontekście cyfrowym nawet pojedyncze udostępnienie treści może dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i wywołać skutki porównywalne z działalnością prowadzoną systematycznie.

 

Finansowanie blogów z datków a manipulacja medialna

Obraz jest tu bardziej złożony, niż mogłoby się wydawać z samej konkluzji opinii. Rzecznik stwierdza jednoznacznie, że realizacja celu gospodarczego nie jest warunkiem uznania za operatora. Jednocześnie jednak zastrzega, że wysokość datków może stanowić istotny wskaźnik kontekstowy — pozwalający ocenić stopień zorganizowania działalności, jej skalę oraz ryzyko manipulacji informacyjnej. Kwota ponad 60 000 euro zebrana w niespełna półtora roku może świadczyć o zorganizowanej strukturze wykraczającej poza ramy zwykłej indywidualnej wypowiedzi.

Co więcej, Rzecznik traktuje sam model finansowania oparty na datkach jako czynnik ryzyka: brak przejrzystości finansowej, brak obowiązków porównywalnych z tymi, którym podlegają profesjonalni operatorzy medialni, utrudniają identyfikację przepływów pieniężnych i podmiotów mogących wpływać na linię redakcyjną. Stwarza to — jak podkreśla Rzecznik — środowisko sprzyjające ingerencji zewnętrznych interesów, w tym państw trzecich.

Ta obserwacja nabiera szczególnej ostrości w kontekście udokumentowanych rosyjskich operacji wpływu. Operacja Doppelganger i działalność SDA pokazały, że Kreml systematycznie wykorzystuje kanały prezentujące się jako niezależne — w tym finansowane z datków — do dystrybucji treści, które formalnie nie mogą być nadawane na terytorium UE. Model „alternatywnego medium utrzymywanego z darowizn społeczności” jest wręcz idealnym wehikułem dla takiej strategii: zapewnia pozór autentyczności, utrudnia śledzenie przepływów finansowych i buduje lojalność odbiorców opartą na poczuciu przynależności do wspólnoty „niezależnego myślenia”.

Datki nie są zatem prawnie obojętne — nie stanowią warunku kwalifikacji, ale mogą wzmacniać ocenę ryzyka, a w kontekście art. 12 rozporządzenia nr 833/2014 (zakaz obchodzenia sankcji) mogą stanowić przesłankę świadczącą o instrumentalnym charakterze działalności.

 

Wolność słowa i zasada proporcjonalności — granice zakazu

Opinia Rzecznika nie jest jednostronnie represyjna — i nie stanowi narzędzia cenzury w internecie, jak mogliby sugerować krytycy. Zawiera istotne zastrzeżenia, które wyznaczają granice szerokiej wykładni — i które w kontekście zwalczania dezinformacji pełnią rolę równie ważną jak sam zakaz.

Po pierwsze, Rzecznik wyraźnie przywołuje zasadę nullum crimen, nulla poena sine lege certa — ustawowej określoności czynów zabronionych i kar. Zasada ta, gwarantowana w art. 49 ust. 1 Karty Praw Podstawowych UE, wymaga, aby norma karna była na tyle jasna i przewidywalna, by obywatel mógł w chwili podejmowania działania ocenić jego konsekwencje prawne. Stoi ona na przeszkodzie wszczęciu postępowania karnego w związku z zachowaniem, którego naganność nie wynika wystarczająco jednoznacznie z ustawy.

Po drugie, Rzecznik poddaje ingerencję w wolność słowa i wolność wypowiedzi (art. 11 Karty) testowi proporcjonalności z art. 52 ust. 1 Karty. Uznaje ją za dopuszczalną, ale pod warunkami: ingerencja jest przewidziana ustawą, realizuje uzasadniony cel interesu ogólnego (ochrona porządku publicznego i bezpieczeństwa UE) i nie narusza istoty prawa — ogranicza się do tymczasowego zakazu nadawania konkretnych treści zidentyfikowanych jako propaganda, nie zaś do ogólnego ograniczenia swobodnego przepływu informacji.

Te gwarancje nie są ozdobnikiem. W środowisku, w którym granica między świadomym uczestnikiem sieci dezinformacyjnej a nieświadomym użytkownikiem udostępniającym „ciekawy materiał” bywa płynna, zasada legalności karnej i wymóg proporcjonalności chronią przed nadmierną penalizacją. Szeroka wykładnia pojęcia operatora nie oznacza automatycznej odpowiedzialności karnej — prawo karne wymaga umyślności i świadomości bezprawności. Odpowiedzialność influencera czy blogera za repost nie powstaje z samego faktu technicznego udostępnienia — konieczne jest wykazanie, że działał on świadomie wbrew zakazowi.

 

Kary za łamanie sankcji UE w Polsce i Niemczech

W Niemczech kluczowym przepisem karnym jest § 18 ust. 1 Außenwirtschaftsgesetz (AWG), który przewiduje karę pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Jak potwierdzają kancelarie Rödl & Partner i KPMG Law, jest to podstawowa sankcja za naruszenie zakazów wynikających z rozporządzeń sankcyjnych UE. Warto odnotować, że w lutym 2026 r. weszła w życie nowelizacja AWG (Sanktionsgesetz), implementująca unijną dyrektywę sankcyjną — wprowadza ona kwalifikowany typ naruszenia z karą od 6 miesięcy do 10 lat pozbawienia wolności.

W Polsce odpowiedzialność za naruszenie sankcji unijnych reguluje ustawa z dnia 13 kwietnia 2022 r. o szczególnych rozwiązaniach w zakresie przeciwdziałania wspieraniu agresji na Ukrainę oraz służących ochronie bezpieczeństwa narodowego. Naruszenie zakazów wynikających z rozporządzeń unijnych dotyczących środków ograniczających zagrożone jest karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3. Problem nie jest teoretyczny — rosyjskie media w Polsce i narracja prorosyjska obecna w polskojęzycznej przestrzeni internetowej stanowią realne wyzwanie, które dotychczas rzadko prowadziło do konsekwencji prawnych. Sprawa C‑67/25 może to zmienić.

Jeżeli Trybunał podzieli stanowisko Rzecznika — a opinie Rzeczników Generalnych są przyjmowane przez TSUE w znacznej większości przypadków — konsekwencje dla twórców internetowych w całej UE będą poważne. Odpowiedzialność za treści w internecie przestaje być domeną wyłącznie dużych platform czy koncernów medialnych. Każda osoba publikująca treści online — influencer, vloger, podcaster, autor bloga — niezależnie od formy działalności i modelu finansowania, będzie musiała liczyć się z tym, że udostępnienie materiałów objętych sankcjami może skutkować odpowiedzialnością karną. Polska — ze względu na położenie geopolityczne i aktywność rosyjskich operacji wpływu w Europie Środkowo-Wschodniej — jest na te zagrożenia szczególnie narażona.

 

Co wolno publikować w internecie — odpowiedzialność twórcy internetowego

Sprawa C‑67/25 wyznacza kierunek interpretacji, który zaciera granicę między profesjonalnym operatorem medialnym a osobą prywatną prowadzącą bloga czy kanał w mediach społecznościowych. W erze cyfrowej, w której każdy dysponujący smartfonem może dotrzeć do tysięcy odbiorców, prawo medialne UE zaczyna traktować funkcję nadawczą — nie status prawny czy model biznesowy — jako decydujące kryterium odpowiedzialności.

Jednocześnie sprawa ta odsłania szerszy problem: rosyjska infrastruktura dezinformacyjna jest zaprojektowana tak, by wykorzystywać pozornie niezależne kanały jako przekaźniki treści zakazanych. Blog „Live-Ticker” nie był odosobnionym przypadkiem — stanowił przykład dezinformacji, w której oficjalne media państwowe, operacje typu Doppelganger i lokalne „media alternatywne” tworzą wielowarstwowy system dystrybucji propagandy.

Dla twórców internetowych płynie z tego wniosek wykraczający daleko poza prawo autorskie — także poza prawo autorskie YouTube czy legalność repostowania cudzych materiałów. Pytanie „co wolno publikować w internecie” wymaga dziś znajomości nie tylko przepisów o ochronie własności intelektualnej, ale również regulacji sankcyjnych UE, prawa medialnego i krajowych aktów wdrażających. Blog a prawo to dziś relacja znacznie bardziej złożona, niż zakładała większość twórców. Nie wystarczy wiedzieć, czyje treści się udostępnia — trzeba również wiedzieć, czy wolno je udostępniać. A w kontekście zorganizowanych kampanii dezinformacyjnych — warto zadać sobie pytanie, dlaczego akurat te treści trafiają do naszego pola widzenia i jak rozpoznać dezinformację, zanim stanie się ona przedmiotem postępowania karnego.