Oszustwa internetowe. Błąd, podstęp, groźba w epoce socjotechniki

Oszustwa internetowe. Błąd, podstęp, groźba w epoce socjotechniki

2026-05-03

Dlaczego XIX-wieczna koncepcja „wad oświadczenia woli” nie pasuje do XXI-wiecznych oszustw – i czyim interesom służy ten stan rzeczy?

Robert Nogacki • Kancelaria Prawna Skarbiec

 

Pan B. ma siedemdziesiąt cztery lata, mieszka w średniej wielkości mieście, jest wdowcem od ośmiu lat. Telefon zadzwonił w środę po południu — głos po drugiej stronie należał do kobiety, która przedstawiła się jako analityczka rynków finansowych w londyńskiej spółce inwestycyjnej. Mówiła miłym, wyważonym tonem, z lekkim akcentem, który nadawał jej wiarygodności bardziej, niż gdyby mówiła czystą polszczyzną. Przez następne sześć tygodni dzwoniła codziennie. Pytała o wnuki. Pamiętała ich imiona. Czasami kończyła rozmowę żartem, do którego wracała następnego dnia.

Pewnego wieczoru, po szczególnie długiej rozmowie, to on zaproponował, że zainwestuje. Podała mu numer konta. Wpłacił pięć tysięcy złotych. Po tygodniu na ekranie platformy widział czternaście.

Doradczyni zachęciła go, żeby wypłacił trochę — i wypłacił. Środki przyszły.

Wpłacił więcej.

Po trzech miesiącach jego oszczędności życia zniknęły. Bank wykonał wszystkie przelewy zgodnie z dyspozycjami.

Wszystkie były autoryzowane w rozumieniu ustawy o usługach płatniczych. Pan B. sam je zatwierdzał. Z własnej, nieprzymuszonej woli.

Pytanie, które prawnik cywilista musi sobie postawić w tej sprawie, brzmi pozornie banalnie: czy złożone przez Pana B. oświadczenia woli — bo każdy przelew jest oświadczeniem woli — były dotknięte wadą? Odpowiedź, jakiej udzieliłby polski Kodeks cywilny w brzmieniu z 1964 roku, jest niepokojąco wymijająca. Bo art. 84 mówi o błędzie co do treści czynności prawnej. Art. 86 – o podstępnym wywołaniu błędu. Art. 87 – o groźbie bezprawnej. Wszystkie te przepisy zostały napisane z myślą o świecie, w którym oszust patrzył ofierze w oczy, w którym fałszywy weksel był podsuwany do podpisu, a groźba miała postać człowieka stojącego w drzwiach. Świat Pana B. wygląda inaczej. Oszustka nigdy go nie widziała. Niczego mu nie podsunęła. Niczym nie groziła. A jednak coś — coś bardzo trudnego do nazwania w języku Kodeksu cywilnego — zostało mu zrobione.

Ten artykuł jest próbą postawienia tezy, którą uważam za pilną i niewygodną zarazem: nasz cywilistyczny aparat pojęciowy, służący do rozpoznawania wad oświadczenia woli, znajduje się w stanie dramatycznego niedostosowania do rzeczywistości technologicznej XXI wieku.

Doktryna i orzecznictwo wypracowały przez sto lat misternie zbudowaną nieufność wobec ofiar — założenie, że łatwo jest udać błąd, łatwo zmyślić podstęp, łatwo wymyślić groźbę po fakcie, gdy okazało się, że umowa jest niekorzystna. Ta nieufność miała swoje uzasadnienie w realiach, w których technologia nie skalowała oszustwa, w których przemoc psychiczna wymagała fizycznej bliskości, w których manipulacja była rzemieślnicza.

Dziś jest inaczej.

Dziś manipulacja jest przemysłem — a wokół tego przemysłu, jak zobaczymy, ułożył się system instytucjonalnych interesów, który ma własne, niewypowiedziane powody, by status quo doktryny pozostawić nienaruszone.

 

Doktryna, jaką mamy

Zacznijmy od tego, co wiemy. Polska doktryna wad oświadczenia woli jest precyzyjna i — w ramach swoich założeń — wewnętrznie spójna. Błąd w rozumieniu art. 84 k.c. wymaga kumulatywnego spełnienia dwóch przesłanek: musi dotyczyć treści czynności prawnej oraz być istotny obiektywnie i subiektywnie. Gdy oświadczenie składane jest innej osobie, dochodzi przesłanka trzecia — adresat musiał błąd wywołać, wiedzieć o nim albo móc go z łatwością zauważyć (z wyjątkiem czynności nieodpłatnych). Sąd Najwyższy wielokrotnie precyzował, że błąd to niezgodność między rzeczywistością a jej odbiciem w świadomości podmiotu (wyr. SN z 20.1.2017 r., I CSK 66/16) — a ta niezgodność musi rzutować na element czynności, nie zaś na motyw lub pobudkę. Linia orzecznicza jest tu rygorystyczna. SN w wyroku z 19.10.2000 r. (III CKN 963/98) odmówił uznania za błąd przekonania zbywcy nieruchomości, że nabywca zapewni jego matce mieszkanie. SA w Białymstoku w wyroku z 9.2.2017 r. (I ACa 768/16) ustalił, że niespełnione oczekiwanie co do przyszłego zachowania kontrahenta nie jest błędem.  To wszystko jest doktrynalnie poprawne, ale ten rygor zawsze służył jednemu — chronił obrót przed łatwym wycofywaniem się z umów.

Podstęp z art. 86 k.c. jest kwalifikowaną postacią błędu, w której ustawodawca świadomie złagodził rygory: przy podstępnym wywołaniu błędu nie wymaga się ani istotności obiektywnej, ani związku z treścią czynności. Wystarcza związek przyczynowy między działaniem sprawcy a złożeniem oświadczenia. Doktryna konsekwentnie podkreśla jednak, że podstęp jest działaniem intencjonalnym, umyślnym — i to ten element zawinienia, ta moralna naganność po stronie sprawcy, uzasadnia złagodzenie rygorów. Niedbalstwo nie wystarcza. Przy podstępie osoby trzeciej druga strona musi o nim wiedzieć i zaniechać poinformowania. Zaniechanie może być podstępem tylko wtedy, gdy istniał obowiązek informacyjny — z ustawy, z umowy lub z zasad współżycia społecznego.

Groźba z art. 87 k.c. wymaga bezprawności i poważności. Bezprawność rozumiana jest jako sprzeczność z porządkiem prawnym, choć doktryna dopuszcza tu szerszą interpretację — bezprawne jest również użycie prawnie dopuszczalnego środka w celu wymuszenia zachowania, do którego strona nie ma prawa. Poważność zaś oznacza, że groźba musi wzbudzać obawę utraty życia, zdrowia, wolności, poważnej szkody majątkowej. Cała ta konstrukcja zakłada — i to jest moment, na który warto zwrócić uwagę — rozpoznawalnego sprawcę i artykułowaną groźbę. Ktoś coś mówi, ktoś czegoś żąda, ktoś czymś zagraża.

Te trzy instytucje łączy jedna właściwość, którą rzadko nazywa się wprost: są skonstruowane defensywnie wobec ofiary. Punkt ciężkości doktryny i orzecznictwa nie leży w tym, by łatwo uchylić się od skutków oświadczenia złożonego pod wpływem błędu, podstępu czy groźby. Przeciwnie — leży w tym, by tę możliwość ograniczyć, by zabezpieczyć obrót przed pochopnym wycofywaniem się stron z dokonanych czynności, by chronić zaufanie kontrahentów. Linia orzecznicza ostatnich dekad rozwija się raczej w kierunku zaostrzania rygorów (vide wymóg należytej staranności po stronie podmiotu powołującego się na błąd) niż ich łagodzenia.

Caveat emptor jako zasada nieartykułowana, ale wszechobecna.

 

Świat, który się zmienił – współczesne oszustwa online

Tymczasem zmieniła się anatomia oszustwa. I trzeba to powiedzieć z całą mocą: nie chodzi o stopniową ewolucję, o kosmetyczne usprawnienia tradycyjnych metod. Chodzi o zmianę paradygmatu, o przemysłowy skok w organizacji manipulacji.

Najnowsze badania empiryczne — analiza dwudziestu sześciu wyciekłych skryptów szkoleniowych oszustów typu sha zhu pan, opublikowana w styczniu 2026 roku w Oxford Journal of Cybersecurity przez Asyalı, Frank i Hölzmera, oraz odrębne, opublikowane w marcu 2025 roku na arXiv badanie Oak i Shafiq z University of California Davis, w którym przeprowadzono pogłębione wywiady z dwudziestu sześcioma ofiarami — odsłaniają obraz, który dla cywilisty jest zarazem obcy i znajomy. Obcy, bo nie pasuje do kategorii doktrynalnych, którymi operujemy. Znajomy, bo opisuje to, co od dawna podejrzewaliśmy, ale czego nie umieliśmy zobaczyć.

Oszustwa internetowe nie są już dziełem rzemieślników. Są produktem korporacji. W kompleksach w Mjanmie i Kambodży pracują tysiące ludzi — często sami będący ofiarami handlu ludźmi — którzy w systemie zmianowym, według precyzyjnie skodyfikowanych skryptów, prowadzą równocześnie kilkanaście rozmów z potencjalnymi ofiarami w różnych krajach. Zatrudnieni są specjaliści: scenarzyści piszący skrypty, tłumacze, konsultanci kulturowi dostosowujący narrację do regionu, programiści tworzący fałszywe platformy inwestycyjne, eksperci od deepfake’ów generujący w czasie rzeczywistym wideo pozwalające na rozmowy „twarzą w twarz”. To nie jest przestępczość zorganizowana w klasycznym rozumieniu.

To jest przemysł manipulacji, którego skala — według raportu Chainalysis ze stycznia 2026 roku — przekracza siedemnaście miliardów dolarów rocznie i rośnie szybciej niż jakakolwiek inna kategoria cyberprzestępczości; Forbes opisał ten rynek w marcu 2026 roku jako oparty bezpośrednio na infrastrukturze handlu ludźmi.

Aby zrozumieć, dlaczego ofiarami padają również osoby wykształcone, doświadczone i ostrożne — w tym, jak wspomniałem, prezesi banków — trzeba zrozumieć, że techniki stosowane w tych operacjach nie są intuicyjnymi sztuczkami zręcznych oszustów. Są to zoperacjonalizowane teorie naukowe z dziedziny psychologii społecznej i komunikacji interpersonalnej. Skrypty oksfordzkiej analizy ujawniają systemową aplikację siedmiu konkretnych ram teoretycznych:

  • teorii zarządzania wrażeniem Goffmana,
  • teorii penetracji społecznej Altmana i Taylora,
  • teorii przywiązania Bowlby’ego, triangularnej teorii miłości Sternberga,
  • teorii współzależności Thibauta i Kelleya,
  • hierarchii potrzeb Maslowa
  • oraz teorii samostanowienia Deci’ego i Ryana.

Każda z tych teorii pełni w skrypcie ściśle określoną funkcję, a wszystkie są ułożone w sekwencji czasowej, która stanowi sedno problemu doktrynalnego. Dialogi do takich rozmów z ofiarami pisze w czasie rzeczywistym Sztuczna Inteligencja.

To właśnie mam na myśli, pisząc powyżej, że oszustwo finansowe stało się współcześnie branżą przemysłową.

Pierwsza warstwa – warstwa fundamentalna – to konstrukcja tożsamości. Operator nie jest postacią improwizowaną. Otrzymuje gotowy package, jak nazywają to skrypty: zestaw zdjęć dopasowanych do narracji o stylu życia, historię zawodową, fragmenty biografii, zestaw fotografii rzekomych krewnych, fragmenty rzekomego mieszkania, samochodu, urlopów. Przy podejrzliwości ofiary potwierdzeniem są profile w mediach społecznościowych — wszystkie sfabrykowane, wszystkie pozornie aktywne od lat.

Zgodnie z teorią Goffmana, której skrypty świadomie używają, perswazyjna tożsamość wymaga front stage (sceny dla widza) i back stage (rzekomego zaplecza, do którego dopuszcza się tylko wybranych). Ofiara, której pokazuje się fotografie z prywatnego ślubu kuzyna lub ze szpitala chorej matki, otrzymuje sygnał: jestem dla ciebie kimś bliskim, dopuszczam cię do mojego back stage. To, że back stage jest również sfabrykowany, jest jednym z najtrudniejszych do uchwycenia elementów zniekształcenia.

Druga warstwa – warstwa relacyjna – to systematyczna budowa intymności poprzez kontrolowane samoodsłonięcie. Penetracja społeczna w teorii Altmana i Taylora ma kształt cebuli: warstwy zewnętrzne (zawód, hobby) ustępują głębszym (rodzinne zranienia, wstydliwe wspomnienia z dzieciństwa, lęki), aż do rdzenia (najgłębsze pragnienia i obawy).

Skrypty pisane przez organizatorów procederów instruują operatora, by ten proces reżyserował — by samoodsłonięcia po stronie operatora były precyzyjnie wyważone, by wyzwalały reciprocity (zasadę wzajemności w samoodsłanianiu), by ofiara czuła, że wymiana jest symetryczna. W rzeczywistości jest skrajnie asymetryczna: operator nie odsłania niczego, tylko czyta z karty. Jednocześnie kalibruje się przywiązanie według teorii Bowlby’ego — ofiarom z rysami lękowego stylu przywiązania (samotnym, niedawno owdowiałym, doświadczającym opuszczenia) oferuje się obraz „bezpiecznej bazy”, niezawodnego partnera, który jest zawsze dostępny, zawsze pamięta, nigdy nie zawodzi. To jest precyzyjnie to, czego brakowało im przez lata.

Trzecia warstwa – warstwa motywacyjna – uruchamia się dopiero wtedy, gdy poprzednie są stabilne. Tu wkraczają teorie Maslowa i samostanowienia. Operator nie sprzedaje inwestycji. Sprzedaje samorealizację. Ofiara nie jest pytana, czy chce zarobić — jest pytana, jakie są jej marzenia, czego nie zdążyła w życiu zrobić, co chciałaby pozostawić dzieciom. Następnie operator przedstawia inwestycję jako narzędzie pozwalające te marzenia urzeczywistnić.

Teoria samostanowienia mówi, że trwała motywacja wymaga zaspokojenia trzech potrzeb: autonomii (poczucia, że decyzje są moje własne), kompetencji (poczucia, że jestem w czymś dobry) i przynależności (poczucia, że jestem częścią czegoś z kimś). Wszystkie trzy są systematycznie symulowane. Ofiara dostaje fałszywą platformę pokazującą jej „sukcesy inwestycyjne” — czuje się kompetentna. Operator pyta o zdanie, słucha „strategii inwestycyjnej”, oferuje wybór między opcjami — ofiara czuje autonomię. Cała relacja jest oprawiona w narrację „my” — ofiara czuje przynależność. To, co czuje, jest w rzeczywistości stanem, który psychiatria opisałaby jako wprowadzony, nie spontaniczny.

Czwarta warstwa – warstwa kontroli – pojawia się w momencie, gdy ofiara zaczyna mieć wątpliwości. Tu skrypt zmienia rejestr. Wprowadzony jest intermittent reinforcement — schemat zmiennego wzmocnienia, który psychologia behawioralna identyfikuje jako najsilniejszy znany mechanizm budowania zachowań kompulsywnych. Operator na przemian okazuje ciepło i chłód, dostępność i niedostępność, pochwałę i drobne dezaprobaty. Ofiara zaczyna pracować na powrót do stanu ciepła, który stał się jej nową bazą emocjonalną. Każde wycofanie pieniędzy z platformy jest psychologicznie kosztowne – bo „zawodzi” partnera, który tyle dla niej zrobił. Każda wpłata jest psychologicznie nagradzana – bo wzmacnia więź.

Pojawia się sunk cost fallacy — błąd kosztów utopionych, w którym ofiara nie jest w stanie wycofać się, bo wycofanie się oznaczałoby przyznanie, że wszystko, czemu poświęciła ostatnie miesiące, było iluzją. Mechanizm jest identyczny z tym opisanym w literaturze nad coercive control w przemocy domowej (Stark, Williamson). Różnica polega tylko na tym, że tu sprawca nigdy fizycznie nie istniał.

Piąta warstwa – warstwa egzekucyjna – to faza, w której ofiara sama wykonuje czynności, które ją niszczą. Bo trzeba zrozumieć: w klasycznym oszustwie sprawca zabiera pieniądze. Tu sprawca nie zabiera – ofiara mu je daje, często przez wiele tygodni, w setkach drobnych transakcji, każda z nich autoryzowana, świadoma, dobrowolna w technicznym znaczeniu tych słów.

Co więcej: ofiara często sama walczy z ludźmi, którzy próbują ją uratować. Bank, który zadzwoni z ostrzeżeniem, jest postrzegany jako wróg — bo „doradczyni” już ofiarę uprzedziła, że bank będzie próbował przeszkodzić w jej życiowej szansie. Dziecko, które próbuje interweniować, jest postrzegane jako nieproszony intruz w intymną relację. Pracownik banku, który zadaje pytania o cel przelewu, jest postrzegany jako przeszkoda biurokratyczna. Wywiady Oak i Shafiq z 26 ofiarami dokumentują tę dynamikę precyzyjnie: ofiara, w imię relacji, której tak naprawdę nie ma, kłamie w jej obronie.

Wszystkie te warstwy są długofalowe. Klasyczny dolus naszej tradycji prawnej był aktem punktowym – sprzedawca zapewniał, że klejnoty są ze złota, gdy w istocie były pozłacane. Współczesne oszustwo internetowe trwa. Trwa tygodnie, miesiące, czasem rok. W trzyetapowym modelu opisanym w literaturze – hunting, raising, killing – sama prośba o pieniądze pojawia się dopiero po fazie, w której oszust przez wiele tygodni nie wspomina ani słowem o jakichkolwiek transakcjach. Buduje relację. Słucha. Pamięta urodziny. Współczuje. Towarzyszy. Dopiero gdy ofiara jest emocjonalnie związana – gdy spełnione są kolejne piętra hierarchii potrzeb Maslowa, gdy zaspokojone są podstawowe potrzeby autonomii, kompetencji i przynależności z teorii samostanowienia Deci’ego i Ryana – pojawia się „okazja”. Nigdy jako żądanie. Zawsze jako wspólne marzenie.

I jeszcze jedna obserwacja, którą trudno przeoczyć dla każdego, kto przeczyta opis ofiar w cytowanych badaniach: to nie są ludzie, którym zabrakło inteligencji. To są ludzie, którym brakowało czegoś innego — bliskości, uznania, bezpieczeństwa, pewności, że ich życie nie było daremne. Operator skryptu nie atakuje ich rozumu. Atakuje ich pustkę. A na tę żaden Kodeks cywilny ich nie przygotował.

 

Rozłożenie na czynniki pierwsze

Każda z trzech instytucji — błąd, podstęp, groźba — pęka w innym miejscu, i każde z tych pęknięć warto zobaczyć osobno. Łączy je jednak wspólna cecha: cywilistyczna koncepcja błędu, wykuta w realiach, w których oszust patrzył ofierze w oczy, w starciu z manipulacją zaprojektowaną przemysłowo okazuje się rozbrajająco prostacka — jak młotek, którym próbuje się rozłupać atom.

Błąd: niezgodność z rzeczywistością, której rzeczywistość nie ma

Klasyczna definicja błędu zakłada istnienie obiektywnej rzeczywistości, z którą można porównać wyobrażenie składającego oświadczenie. Ofiara myśli, że biżuteria jest złota, ale obiektywnie jest pozłacana. Ofiara myśli, że nieruchomość nadaje się pod budowę, ale obiektywnie nie nadaje się ze względu na ukryte instalacje (SN z 9.6.2006 r., IV CSK 169/05). Tymczasem w przypadku oszustwa romansowo-inwestycyjnego sytuacja jest jakościowo inna. Pan B. nie jest w błędzie co do żadnego elementu czynności prawnej w klasycznym rozumieniu. Wykonując przelew, Pan B. wie dokładnie, ile pieniędzy przelewa, na jakie konto, w jakiej walucie. Treść oświadczenia woli odpowiada jego intencji.

Błąd Pana B. dotyczy czegoś innego: dotyczy całego kontekstu egzystencjalnego, w którym podejmuje decyzję. Jest przekonany, że istnieje doradczyni, która istnieje. Że istnieje firma, która istnieje. Że istnieje platforma, na której rzeczywiście są inwestowane jego środki. Że istnieje relacja, która istnieje. Że jego pieniądze pomnażają się, podczas gdy znikają. Każde z tych przekonań osobno mieści się w kategorii — używając niezbyt precyzyjnego ujęcia komentatorów — błędu co do pobudki, motywu, okoliczności poprzedzających czynność. Doktryna konsekwentnie odmawia uznawania takich błędów za prawnie relewantn.

Pojawia się tu jednak paradoks, który należy nazwać po imieniu: linia orzecznicza wykluczająca błąd co do motywu była wypracowywana w sytuacjach, w których sąd chronił obrót przed pochopnym uchylaniem się od skutków umów po niespełnionych oczekiwaniach. „Liczyłem na to, że nieruchomość zostanie przekwalifikowana” — to jest prognoza, nie błąd. Ale „byłem przekonany, że osoba, z którą prowadzę rozmowę, istnieje” — to nie jest prognoza. To jest fundamentalne, weryfikowalne, faktyczne przekonanie o stanie rzeczywistości w chwili dokonywania czynności. Doktryna nie odróżnia tych dwóch sytuacji ostro, ponieważ nigdy nie musiała ich odróżniać. Świat, w którym ktoś masowo udaje, że istnieje, jest światem nowym.

 

Podstęp: zaniechanie, którego nie ma kogo przypisać

Z podstępem sprawa jest pozornie łatwiejsza. Wszystkie elementy art. 86 k.c. wydają się spełnione: jest działanie umyślne, jest zamiar, jest związek przyczynowy z oświadczeniem woli. A jednak.

Pierwsza trudność: kto dokonał podstępu? W klasycznej konstrukcji art. 86 § 1 k.c. podstęp jest działaniem drugiej strony czynności prawnej. Tymczasem w sprawie Pana B. „drugą stroną” przelewu bankowego jest bank — który nie tylko nie dokonał podstępu, ale niczego o całym kontekście nie wiedział. Sprawcy podstępu, faktyczni beneficjenci, są osobami trzecimi w rozumieniu art. 86 § 2 k.c. Aby ten przepis zadziałał, druga strona — bank — musiałaby o podstępie wiedzieć. Nie wiedział.

I tu pojawia się druga trudność, znacznie głębsza. Doktryna i judykatura konsekwentnie powtarzają, że zaniechanie może być uznane za podstęp tylko wtedy, gdy istniał obowiązek poinformowania. Czy bank ma obowiązek poinformować klienta, że ten prawdopodobnie pada ofiarą oszustwa? Klasyczna odpowiedź — nie, bank nie ma uprawnień policyjnych ani roli śledczej. Ale ta klasyczna odpowiedź była formułowana w czasach, kiedy bank nie miał narzędzi, które dziś ma. Nowoczesny system antyfraudowy banku — oparty na uczeniu maszynowym, analizie behawioralnej, profilowaniu transakcji — wykrywa wzorce typowe dla oszustw APP (authorised push payment fraud) z dużą precyzją. Bank Pana B. niemal na pewno wiedział, że transakcje są nietypowe. Nietypowe wzorce — przelewy do uprzednio nieznanego beneficjenta, kwoty znacząco odbiegające od historycznego profilu klienta, eskalacja wartości przelewów, klient w wieku podwyższonego ryzyka — to są dokładnie te sygnały, na które systemy antyfraudowe są kalibrowane.

Pytanie, które trzeba postawić doktrynie, brzmi zatem: czy w 2026 roku, w stosunku do klienta starszego, o ustabilizowanym profilu transakcyjnym, zaczynającego nagle wykonywać przelewy do nowych beneficjentów na konta zagraniczne, obowiązek informacyjny banku po prostu nie wynika z zasad współżycia społecznego? A jeśli tak — to milczenie banku w obliczu wzorca, który system antyfraudowy oznaczył jako wysoce podejrzany, jest zaniechaniem, które przy łagodnej interpretacji art. 86 § 2 k.c. mogłoby być uznane za współudział w podstępie. Nie chodzi tu o kreowanie nowych obowiązków przez wyrocznię cywilistyczną. Chodzi o uznanie, że treść istniejącego obowiązku informacyjnego — wynikającego choćby z lojalności kontraktowej, z dyrektywy PSD2 i jej polskiej implementacji — ewoluowała wraz z możliwościami technologicznymi.

 

Groźba: przemoc, która nie wymaga grożącego

Najtrudniejszy konceptualnie jest art. 87 k.c. Klasyczna groźba zakłada artykułowane żądanie pod sankcją wyrządzenia szkody. Tymczasem w oszustwach internetowych obserwujemy zjawisko, które badacze określają mianem weaponised emotion — zinstrumentalizowanej emocji. Ofiara jest nakłaniana do działania nie przez bezpośrednią groźbę, ale przez precyzyjnie zaprojektowane stany emocjonalne: lęk przed odrzuceniem przez „partnera”, strach przed utratą „okazji życia”, wstyd przed przyznaniem się, że pierwsza inwestycja była niewielka, poczucie winy wobec „doradczyni”, która „pożyczyła mi już swoje pieniądze”.

Skrypty oszustów, jak pokazuje analiza opublikowana w Oxford Journal of Cybersecurity, świadomie eskalują presję emocjonalną do poziomu funkcjonalnie ekwiwalentnego z groźbą — z tą jednak różnicą, że nie pada żadne wyraźne żądanie.

Czy to jest groźba w rozumieniu Kodeksu cywilnego? W klasycznej interpretacji — z całą pewnością nie. Brakuje wszystkich elementów: bezprawnego żądania, artykułowanego zagrożenia, identyfikowalnego sprawcy stosującego przymus. Ale jeśli ratio legis art. 87 k.c. jest ochrona swobody decyzyjnej przed zniekształceniem przez przymus zewnętrzny — to ofiara, która wypłaca emerytalne oszczędności w stanie sześciomiesięcznej psychologicznej zależności od wykwalifikowanego operatora skryptu manipulacyjnego, jest w stanie nie mniej zniekształconej swobody decyzyjnej niż osoba, której grozi się rękoczynem. Tu doktryna stoi przed wyborem: albo podtrzymać klasyczną interpretację za cenę uznania, że artykuł 87 nie chroni przed nowoczesnymi formami przymusu psychologicznego, albo dokonać aktualizacji rozumienia groźby bezprawnej uwzględniającej zinstrumentalizowane stany emocjonalne wywołane przemysłowo.

 

Dlaczego doktryna nie nadąża

Można byłoby zapytać czy nie jest tak, że istniejąca doktryna jest po prostu wystarczająca, a sprawy takie jak Pana B. powinny być załatwiane na drodze karnej (art. 286 § 1 k.k. w zw. z art. 294 § 1 k.k.) i odzyskiwane od sprawców w postępowaniu karnym z wykorzystaniem instytucji art. 46 k.k. Odpowiedź jest dwojaka. Po pierwsze — sprawcy są w Mjanmie. Postępowanie karne, które nominalnie istnieje, w praktyce nie prowadzi do żadnego odzyskania środków. Po drugie — i to jest bardziej fundamentalne — pytanie nie polega na tym, jak ofiara odzyskuje pieniądze. Pytanie polega na tym, czyje pieniądze to są w sensie cywilnoprawnym. Czy są to pieniądze, które klient skutecznie zadysponował (i wówczas relacja z bankiem jest ukończona), czy też są to pieniądze, w stosunku do których złożone oświadczenie woli było wadliwe (i wówczas otwiera się możliwość uchylenia się od skutków, restytucji, ewentualnie roszczeń odszkodowawczych).

I tu wracamy do kluczowej obserwacji: doktryna wad oświadczenia woli była przez sto lat budowana defensywnie wobec ofiar, ponieważ klasyczne ofiary były stosunkowo łatwo rozpoznawalne, a ich roszczenia stosunkowo łatwo falsyfikowalne. Sąd mógł sensownie pytać: czy rozsądna osoba w pana sytuacji popełniłaby ten błąd? Czy mógł pan z łatwością zauważyć podstęp? Czy rzeczywiście pan się bał? Te pytania zakładają model ofiary jako podmiotu, który aktywnie ocenia sytuację i powinien dochować należytej staranności. Nasz Kodeks cywilny, w tradycji rzymsko-niemieckiej, wpisuje wymóg diligentia patris familias w samo serce instytucji.

Tymczasem badania empiryczne nad współczesnymi oszustwami pokazują coś, czego prawnicy generalnie nie chcą zauważyć: podatność na manipulację nie jest funkcją inteligencji ani doświadczenia ofiary. Wśród ofiar oszustw inwestycyjno-romansowych są profesorowie ekonomii, prezesi banków (vide sprawa Shana Hanesa, prezesa Heartland Tri-State Bank w Kansas, który wykonał jedenaście przelewów na łączną kwotę 47,1 miliona dolarów — pieniędzy banku, nie swoich własnych — doprowadził instytucję do upadłości i został skazany na 293 miesiące pozbawienia wolności, czyli ok. 24,5 roku), inżynierowie, lekarze, prawnicy. Operatorzy stosujący naukowo opracowane techniki perswazyjne są zdolni — przy wystarczającym czasie — wprowadzić w stan głębokiej manipulacji praktycznie każdego, kto spełnia ich kryteria docelowe.

Konsekwencja dla doktryny jest poważna. Standard rozsądnego człowieka, który by tego nie zrobił — fundamentalny dla obiektywnej istotności błędu — przestaje być sensownym kryterium. Bo statystycznie rzecz biorąc, rozsądni ludzie to robią. Nie dlatego, że są nierozsądni. Dlatego, że stoją przed przeciwnikiem dysponującym przewagą informacyjną i technologiczną na poziomie, w stosunku do którego pojedyncza ludzka czujność jest niewystarczająca. Pytanie nie brzmi już: czy rozsądny człowiek by to zrobił. Pytanie brzmi: czy infrastruktura systemu — banki, platformy, regulatorzy — wykonała swoją część pracy.

 

Ekonomia interesów wokół defensywnej doktryny

Tu trzeba powiedzieć rzecz, która w polskim dyskursie cywilistycznym pozostaje niewypowiedziana, choć każdy adwokat prowadzący sprawy ofiar oszustw ją widzi. Doktryna defensywna wobec ofiar nie utrzymuje się sama z siebie, mocą bezwładności tradycji. Utrzymuje się, ponieważ wokół niej ułożyła się architektura interesów majątkowych, która ma strukturalną korzyść z jej trwania. I zanim zaproponuje się jakąkolwiek aktualizację doktrynalną, trzeba zobaczyć, kto na obecnym stanie rzeczy zarabia.

Zacznijmy od rzeczy najbardziej oczywistej, choć rzadko nazywanej. Ofiary oszustw inwestycyjnych w typie pig butchering w drastycznie wysokim odsetku nie wpłacają wyłącznie własnych oszczędności. Faza killing skryptu zakłada eskalację — gdy ofiara wpłaciła już to, co miała na rachunku oszczędnościowym, operator nie odpuszcza. Pojawia się „okazja jeszcze większa”, „ostatnia szansa wejścia w ten projekt”, „specjalna oferta dla naszych najwierniejszych inwestorów”. Operator, w roli „doradcy”, sugeruje konkretną ścieżkę: kredyt konsumpcyjny, kredyt hipoteczny pod nieruchomość, pożyczka pod zastaw mieszkania. W odbiorze ofiary jest to racjonalne — przy „gwarantowanej” stopie zwrotu, jaką pokazuje fałszywa platforma, koszt obsługi kredytu jest pomijalny. Z bankowego punktu widzenia jest to jeden z najbardziej dochodowych typów kredytobiorcy, jaki istnieje: emeryt z czystą historią, posiadający wartościową nieruchomość, w wieku, w którym nie negocjuje warunków i nie porównuje ofert.

Z perspektywy banku — i mam tu na myśli bank uczciwy, działający zgodnie z literą przepisów — ten kredyt jest produktem idealnym. Wysoka prowizja przygotowawcza, atrakcyjne oprocentowanie (bo klient nie negocjuje), niskie ryzyko niewykonania (bo zabezpieczenie hipoteczne na nieruchomości znacznie przewyższa kwotę kredytu). Gdy okazuje się, że ofiara stała się ofiarą oszustwa i nie jest w stanie spłacać rat, uruchamia się drugi etap modelu biznesowego: windykacja.

Windykacja jest w polskim systemie prawnym potężnym i wysoce zyskownym mechanizmem. Odsetki za opóźnienie naliczane są zgodnie z umową, koszty obsługi prawnej dochodzą do kilku tysięcy złotych miesięcznie, koszty postępowania egzekucyjnego obciążają dłużnika. Po roku-dwóch postępowania kwota zadłużenia rośnie o kilkadziesiąt procent ponad pierwotną sumę. Kancelarie obsługujące windykację – często stałe, długoletni partnerzy banku – pobierają wynagrodzenie ryczałtowe i sukcesowe. Ostatecznie nieruchomość zostaje sprzedana w postępowaniu egzekucyjnym, bank odzyskuje kapitał z odsetkami, kancelaria – swoje wynagrodzenie, kupiec licytacyjny – nieruchomość po cenie znacząco poniżej wartości rynkowej.

Wszyscy uczestnicy tej kaskady, z wyjątkiem ofiary, wychodzą z transakcji w lepszej pozycji majątkowej niż przed jej rozpoczęciem.

I tu trzeba postawić pytanie, którego cywilistyka polska zadawać nie chce: kto miałby mieć interes ekonomiczny w tym, żeby ta kaskada została zatrzymana? Bank zarabia na każdej ofierze (nie napisałem, że bank proceder organizuje – jednak bezsprzecznie na nim zarabia, więc jego interesie leży,  aby wykazać się rytualnymi aktami należytej staranności,  ale nie zabijać kury znoszącej złote jajka). Kancelaria windykacyjna zarabia na każdym jej etapie. Komornik zarabia na każdym jej etapie. Kupiec licytacyjny zarabia na końcu. Nie ma w tej kaskadzie podmiotu, który byłby strukturalnie zainteresowany uznaniem, że pierwotne oświadczenia woli były dotknięte wadą — bo każde takie uznanie pociągnęłoby za sobą konieczność zwrotu, korekty, ewentualnie restytucji. A wszyscy zaangażowani już dawno te środki rozdysponowali w swoich budżetach.

To jest kontekst, w którym doktryna wad oświadczenia woli jest interpretowana, i kontekst, którego cywilistyka akademicka nie powinna dłużej ignorować. Sędzia rozpoznający sprawę przeciwko bankowi nie operuje w próżni teoretycznej.

Operuje w środowisku, w którym linia orzecznicza zaostrzająca rygor wymogów wad oświadczenia woli generuje przewidywalność prawną dla największych podmiotów rynkowych – banków, ubezpieczycieli, instytucji finansowych – i dla obsługujących je kancelarii. Ofiary nie są w stanie doktrynalnej linii orzeczniczej zorganizować.

Ofiary są rozproszone, niezorganizowane, każda przegrywa sprawę indywidualnie i znika z systemu. Bank, który wygrywa kolejne sprawy, akumuluje nie tylko zyski, ale kapitał interpretacyjny – z każdą wygraną doktryna zaostrza się jeszcze bardziej, każda następna ofiara ma jeszcze trudniej.

Drugi obszar interesów majątkowych, równie istotny, dotyczy infrastruktury, przez którą środki ofiar realnie wypływają z systemu – bitomatów, czyli urządzeń umożliwiających zamianę gotówki na kryptowaluty, w 2024 roku obecnych w Polsce w liczbie kilkuset sztuk i rosnącej. To jest punkt, w którym doktryna cywilistyczna styka się z rzeczywistością przestępczości zorganizowanej w sposób bezpośredni i nieelegancki.

Raport Komisji Śledczej Stanu New Jersey z lutego 2021 roku, oparty na analizie trzystu bitomatów obsługiwanych przez trzydzieści podmiotów — i pozostający dotąd jednym z najbardziej rzetelnych dokumentów na ten temat — ujawnił szereg ustaleń, które warto przenieść w polski kontekst. Po pierwsze: niemal trzy czwarte operatorów badanych w New Jersey pozwalało na transakcje wyłącznie w oparciu o numer telefonu komórkowego, bez weryfikacji tożsamości. Po drugie: ponad jedna trzecia operatorów w ogóle nie zarejestrowała się w federalnej jednostce wywiadu finansowego (FinCEN), do czego była prawnie zobowiązana. Po trzecie: średnia opłata transakcyjna w bitomatach wynosiła od ośmiu do dwudziestu czterech procent — wielokrotność opłat na regulowanych giełdach. Po czwarte — i to jest najbardziej istotne — dochodzenie ujawniło bezpośrednie powiązania operatorów bitomatów z osobami wielokrotnie skazanymi za przestępstwa finansowe, w tym jednego operatora siedmiokrotnie skazanego za różnego rodzaju oszustwa, który po opuszczeniu zakładu karnego niezwłocznie wrócił do działalności. Skala problemu została potwierdzona przez federalny nadzór: FinCEN w sierpniu 2025 roku wydał notyfikację (FIN-2025-NTC1) cytującą ustalenia raportu New Jersey jako podstawę dla nowych obowiązków AML wobec operatorów bitomatów.

Z perspektywy ekonomii oszustwa inwestycyjnego logika tej infrastruktury jest oczywista. Operator skryptu manipulacyjnego potrzebuje narzędzia, przez które ofiara — często starsza, niezaznajomiona z technologią — przekształci złotówki w kryptowaluty wysyłane na portfel sprawców. Bitomat tę funkcję pełni idealnie: ofiara fizycznie przychodzi do urządzenia, gotówka wpłacana jest pojedynczymi banknotami, transakcja jest nieodwracalna w ciągu sekund od jej dokonania. Co istotniejsze — opłata transakcyjna na poziomie kilkunastu, czasem ponad dwudziestu procent, znacznie przewyższająca opłaty na regulowanych giełdach kryptowalut, stanowi de facto opłatę za niezadawanie pytań. Według najnowszego raportu FBI IC3 za 2025 rok średnia strata ofiary oszustwa kryptowalutowego wynosiła 62 604 USD, przy czym ok. 18 600 ofiar straciło ponad 100 000 USD każda; w tym samym okresie łączne straty Amerykanów z oszustw kryptowalutowych wyniosły 11,4 mld USD, a operator bitomatu pobiera kilkanaście do dwudziestu kilku procent prowizji od każdej transakcji wpłat. Ekonomia tego ogniwa łańcucha mówi sama za siebie.

Polska Komisja Nadzoru Finansowego konsekwentnie sygnalizowała ryzyka związane z bitomatami, a polski rynek strukturalnie odwzorowuje patologie zidentyfikowane w raporcie New Jersey: rozproszenie operatorów, brak rzeczywistej weryfikacji tożsamości przy mniejszych transakcjach, niespójność praktyk AML, lokalizacje w punktach handlowych nieoferujących nadzoru ze strony operatora. Z punktu widzenia analizy doktrynalnej istotne jest jednak nie samo zjawisko — istotne jest to, że infrastruktura, przez którą środki ofiar opuszczają polski system finansowy, jest w znacznej części infrastrukturą strukturalnie powiązaną z przestępczością zorganizowaną. Nie chodzi o to, że każdy operator bitomatu jest przestępcą — to byłoby uproszczenie. Chodzi o to, że w branży, w której znaczna część operatorów nie wykonuje obowiązków AML, a niektórzy mają udokumentowane powiązania z przestępczością finansową, każdy bitomat funkcjonuje jako potencjalny węzeł prania środków pochodzących z przestępstwa. To nie jest hipoteza — to jest stan empirycznie udokumentowany przez organy nadzoru w trzech jurysdykcjach (USA, Wielka Brytania, Australia) i niemieszczący się w żadnej innej interpretacji.

Konsekwencja prawna jest dwojaka. Po pierwsze — bitomat, który pobiera dwudziestoprocentową prowizję od transakcji ofiary skierowanej przez operatora oszustwa, jest beneficjentem podstępu w sensie ekonomicznym, niezależnie od tego, czy spełnia kryteria z art. 86 § 2 k.c. w klasycznej interpretacji. Po drugie — instytucje finansowe pośredniczące w drodze środków ofiary do bitomatu (banki obsługujące wypłaty gotówkowe, banki obsługujące rachunki operatorów bitomatów, podmioty pośredniczące w obrocie kryptoaktywami) tworzą łańcuch instytucjonalny, który w każdym ogniwie generuje dochód z tej samej transakcji, której kosztem jest całkowite ekonomiczne unicestwienie ofiary. I w każdym z tych ogniw stosowne organy zarządzania wiedzą — bo znają statystyki branżowe, czytają raporty FATF, Chainalysis i Europolu — że niemała część obrotu generowanego w ich własnych instytucjach pochodzi właśnie z tego typu schematów.

Pytanie, które należy postawić doktrynie cywilistycznej w pełni jasno, brzmi: czy w obliczu takiego rozkładu interesów majątkowych obecna defensywna interpretacja wad oświadczenia woli jest neutralna? Czy może raczej jest, w sposób niezamierzony ale strukturalnie efektywny, instrumentem ochrony tej kaskady? Bo trzeba mieć świadomość: każda interpretacja, która nie pozwala ofierze pig butchering uchylić się od skutków prawnych przelewu autoryzowanego pod wpływem sześciomiesięcznej manipulacji, jest interpretacją, która utrzymuje stan rzeczy, w którym bank zatrzymuje prowizję, kancelaria — wynagrodzenie windykacyjne, operator bitomatu — opłatę transakcyjną. Doktryna nie musi tego chcieć. Ale to robi.

 

Propozycja aktualizacji doktrynalnej

Nie postuluję zmiany Kodeksu cywilnego. Postuluję coś trudniejszego — przewartościowanie tego, jak doktryna i orzecznictwo interpretują istniejące przepisy w kontekście współczesnych oszustw. Cztery kierunki wydają mi się szczególnie pilne.

 

Rozszerzenie pojęcia błędu o „błąd egzystencjalny”

Doktryna powinna wypracować kategorię błędu egzystencjalnego — błędu dotyczącego nie elementu czynności prawnej, ale fundamentalnego stanu rzeczywistości, w którym czynność jest dokonywana. Jeśli ofiara jest przekonana o istnieniu osoby, instytucji, platformy, relacji, podczas gdy żadne z tych nie istnieje — to jest to błąd jakościowo różny od błędu co do motywu. Przyznaję, że granica jest delikatna i wymaga doktrynalnego dopracowania. Ale różnica między „liczyłem, że działka zostanie przekwalifikowana” (prognoza) a „liczyłem, że osoba, z którą prowadzę rozmowę, istnieje” (faktyczne przekonanie weryfikowalne w chwili czynności) jest różnicą jakościową, którą doktryna może i powinna nazwać.

 

Aktualizacja zakresu obowiązku informacyjnego instytucji finansowych

Trzeba uznać, że obowiązek informacyjny banku wobec klienta — wynikający z lojalności kontraktowej, z art. 354 k.c., z PSD2 — ewoluował wraz z możliwościami technologicznymi instytucji. Bank, który posiada systemy antyfraudowe i wykrywa wzorzec wysokiego ryzyka, ale nie podejmuje proporcjonalnej interwencji wobec klienta z grupy podwyższonej wrażliwości, dopuszcza się zaniechania, które w określonych okolicznościach może mieścić się w hipotezie art. 86 § 2 k.c. lub stanowić podstawę odpowiedzialności kontraktowej. Common law przeszedł tę ewolucję wcześniej — angielska sprawa Philipp v. Barclays Bank UK plc [2023] UKSC 25, choć ostatecznie odrzuciła odpowiedzialność banku w stanie faktycznym sprawy, otworzyła drogę dla doktryny Quincecare duty w nowej formule — uznając, że obowiązek staranności banku wobec klienta jest pojęciem dynamicznym (zob. też komentarz Slaughter and May).

Polska doktryna może i powinna pójść tą drogą — nie kopiując rozwiązań common law, ale używając ich jako materiału do przemyślenia zakresu obowiązku z art. 354 k.c. i lojalności wynikającej z umowy rachunku bankowego. Kredyt zaciągnięty przez ofiarę pig butchering pod wpływem zinstrumentalizowanej manipulacji — w sytuacji, gdy bank dysponował wzorcem transakcyjnym wskazującym na wysokie ryzyko oszustwa — wymaga osobnej, równie pilnej refleksji: czy umowa kredytu zawarta w takich okolicznościach nie jest przypadkiem dotknięta wadą, która powinna być doktrynalnie nazwana.

 

Uznanie zinstrumentalizowanego przymusu psychologicznego

Przy interpretacji art. 87 k.c. doktryna powinna uwzględnić, że przymus psychologiczny może być wywołany metodami, które nie polegają na artykułowanej groźbie. Sześciomiesięczna manipulacja prowadzona według skryptu opartego na naukowych teoriach perswazji jest funkcjonalnie ekwiwalentna z przymusem — i jeśli ratio legis art. 87 jest ochrona swobody decyzyjnej, to interpretacja powinna obejmować również te przypadki. Rozumiem opór doktrynalny — pojęcie groźby bezprawnej ma utrwalone znaczenie.

Ale jeśli zachowamy je w klasycznym kształcie, musimy zarazem powiedzieć otwarcie: art. 87 k.c. nie chroni przed manipulacją psychologiczną stosowaną przemysłowo.

To uczciwsze niż udawać, że chroni.

 

Rewizja standardu należytej staranności po stronie ofiary

Najtrudniejszy doktrynalnie postulat. Standard należytej staranności, który w obecnym orzecznictwie wyklucza powołanie się na błąd przy „podpisaniu dokumentu bez zapoznania się z jego treścią”, wymaga rekalibracji. Należyta staranność rozsądnego człowieka w 1994 roku oznaczała coś innego niż w 2026 — nie dlatego, że ludzie zgłupieli, ale dlatego, że asymetria informacyjna i technologiczna między obywatelem a sprawcą oszustwa wzrosła kilkukrotnie. Standard powinien zostać zaktualizowany w sposób, który uwzględnia, z jakim przeciwnikiem realnie ma do czynienia ofiara — i co rozsądny człowiek może w tym konkretnym kontekście zrobić, a czego nie. Nie znaczy to oczywiście, że każdy poszkodowany powinien móc bez trudu uchylić się od skutków swojej czynności. Znaczy to, że pytanie o staranność powinno być stawiane proporcjonalnie do realnej trudności rozpoznania manipulacji.

 

Kontrargumenty, których nie wolno zlekceważyć

Każdej z powyższych propozycji można postawić poważne zarzuty i uczciwość intelektualna wymaga, by je sformułować.

Po pierwsze – argument z bezpieczeństwa obrotu. Im łatwiej uchylić się od skutków oświadczenia woli, tym mniej stabilne stają się czynności prawne, tym wyższy koszt transakcyjny ponoszony przez wszystkich uczestników rynku. To jest klasyczny argument, ale nie traci na sile. Odpowiedź: aktualizacja doktryny nie musi oznaczać masowego otwarcia furtki dla uchylania się od skutków. Może oznaczać precyzyjne wykrojenie kategorii zinstrumentalizowanej manipulacji przemysłowej — kategorii, której rozpoznawalne cechy (wielomiesięczne grooming-engagement, scripted communication, fałszywa platforma transakcyjna, wzorce typowe dla zorganizowanej działalności syndyckiej) odróżniają ją od klasycznego nieostrożnego konsumenta.

Po drugie – argument z odpowiedzialności osobistej. Społeczeństwo, które zwalnia jednostki z konsekwencji ich własnych decyzji, demoralizuje je i zachęca do nieostrożności. To argument liberalny, prawicowy w klasycznym sensie. Odpowiedź: nie chodzi o zwolnienie z odpowiedzialności. Chodzi o adekwatne rozpoznanie, kiedy jednostka faktycznie podjęła decyzję, a kiedy jej zdolność decyzyjna była zniekształcona w stopniu, który prawo cywilne tradycyjnie uznaje za relewantny. Klasyczny art. 82 k.c. (brak świadomości lub swobody) chronił już przed znacznie subtelniejszymi formami zniekształcenia niż przemysłowa manipulacja sześciomiesięczna.

Po trzecie – argument z ryzyka odwrotnego. Jeśli banki staną się odpowiedzialne za rozpoznawanie oszustw APP, mogą zacząć odmawiać wykonywania transakcji, które są legalne i pożądane, paraliżując obrót. To argument, który był podnoszony w Wielkiej Brytanii przy wprowadzaniu Contingent Reimbursement Model i okazał się empirycznie przesadzony — banki znalazły równowagę między ostrzeżeniami a przepuszczalnością transakcji, a ofiary zaczęły być chronione lepiej. Polski system bankowy ma wystarczające kompetencje, by tę równowagę osiągnąć, jeśli zostanie do niej zobligowany.

Po czwarte – argument z separacji prawa cywilnego i karnego. Można argumentować, że problem oszustw internetowych jest problemem karnym i regulacyjnym, a nie cywilnym, i że próba „naciągnięcia” instytucji cywilnych na nową rzeczywistość prowadzi do dystorsji systemu. To zarzut metodologicznie poważny. Odpowiedź jest jednak praktyczna: prawo karne, jakkolwiek niezbędne, nie odpowiada na pytanie, kto ponosi ekonomiczne ryzyko zdarzenia w stosunkach między ofiarą a instytucjami pośredniczącymi. Na to pytanie odpowiada wyłącznie prawo cywilne. Jeśli odmówimy mu prawa do ewolucji w obliczu nowych zjawisk, skazujemy ofiary na ich ekonomiczne unicestwienie nawet wtedy, gdy infrastruktura systemu mogła im pomóc.

 

Zakończenie: ku doktrynie, która widzi rzeczywistość

Pan B. siedzi naprzeciwko mnie w gabinecie i nie umie wytłumaczyć, jak do tego doszło. „Nie jestem głupi” — mówi po długiej pauzie, jakby to musiał odepchnąć od siebie zanim zacznie cokolwiek innego. „Wiem, że to brzmi głupio, ale ona naprawdę istniała”. I tu jest cała sprawa. Z perspektywy obecnej doktryny mówi rzecz, której nie da się przekształcić w argument prawny. Z perspektywy doktryny, którą postuluję, mówi rzecz, która ma znaczenie i którą prawo cywilne potrafi nazwać.

Polskie prawo cywilne ma w sobie zasób intelektualny i instrumentalny, by odpowiedzieć na wyzwanie współczesnych oszustw. Ma art. 84 i 86, które przy odpowiedniej interpretacji obejmą błąd egzystencjalny i zaniechanie informacyjne instytucji. Ma art. 87, którego ratio legis pozwala na uwzględnienie zinstrumentalizowanego przymusu psychologicznego. Ma art. 354 i lojalność kontraktową, z których wynika obowiązek instytucji wobec klienta proporcjonalny do ich możliwości technologicznych. Ma art. 415 i 417 dla spraw, w których zaniechanie systemowe wywołało szkodę. Wszystkie te narzędzia istnieją. Brakuje tylko jednego: doktrynalnej decyzji, że trzeba ich użyć tak, a nie tak jak dotychczas.

Doktryna powinna też zachować pokorę. Nie jest tak, że klasyczna nieufność wobec ofiar błędu, podstępu i groźby była nieuzasadniona — ona miała swoje historyczne racje i służyła stabilności obrotu. Nie jest też tak, że propozycje, które przedstawiam, są rozwiązaniem ostatecznym; wymagają wielu lat pracy doktryny, dopracowania w orzecznictwie, kalibracji w stosunku do konkretnych stanów faktycznych. Ale jest tak, że niemożność doktryny w obliczu sprawy Pana B. jest niemożnością, której nie wolno przedłużać kolejnymi wyrokami, w których powtarzana będzie formuła o niespełnieniu przesłanek z art. 84 § 1 zd. 2 k.c. Bo każdy taki wyrok to nie jest wyłącznie strata jednego konkretnego klienta. To jest cicha deklaracja, że prawo cywilne nie widzi świata, w którym żyje — ani interesów majątkowych, które organizują się wokół jego ślepoty.

A prawo cywilne, które nie widzi, przestaje być prawem. Staje się archeologią — i, co gorsza, archeologią użyteczną dla tych, którzy umieją z niej korzystać.

 

Oszustwa internetowe – dalsze publikacje

Weto prezydenta wobec ustawy o rynku kryptoaktywów

Pig butchering – Historia inwestycji, która nie istnieje, zysków, których nie było, i ludzi, którzy stracili wszystko

Kiedy państwo dzwoni po Twoje pieniądze. Anatomia oszustwa doskonałego