Kontrakty zdarzeniowe – hazard udający inwestycję
Trzydziestoletni mężczyzna siada przed laptopem, otwiera aplikację z logo, które przypomina interfejs maklerski, i kupuje „kontrakt” na to, że Eagles wygrają w niedzielę. Wypłata będzie binarna: trafił albo nie. Czas rozliczenia — kilka godzin. W jego głowie nie pada słowo „zakład”. Pada słowo „pozycja”. Tak właśnie wygląda największa zmiana semantyczna ostatniej dekady na rynku produktów finansowych — i prawdopodobnie najbardziej kosztowna w przeliczeniu na ludzkie życiorysy.
Pod koniec kwietnia 2026 r. amerykańska Komisja Handlu Towarowymi Kontraktami Terminowymi (CFTC) złożyła w sądzie federalnym pozew przeciwko stanowi Nowy Jork (sygn. 1:26‑cv‑03404, S.D.N.Y.). Federalna agencja domaga się, by stan zaprzestał ścigania platform — przede wszystkim Kalshi — które oferują kontrakty zdarzeniowe (ang. event contracts lub prediction markets), produkty pozwalające obstawić wynik meczu, wyboru prezydenckiego albo decyzji Rezerwy Federalnej. W tle toczą się równoległe postępowania nowojorskiej prokurator generalnej wobec Coinbase i Gemini, opisane szczegółowo przez Wall Street Journal i w analizie prawnej Bloomberg Law. Stanowy prokurator nazywa to nielegalnym hazardem. Federalny regulator nazywa to swapem, czyli derywatem finansowym. Sąd rozstrzygnie, czyja definicja wygra.
Spór o słowo nie jest sporem o słowo. Od tego, czy ten produkt nazwie się „kontraktem”, czy „zakładem”, zależy, czy obejmą go limity depozytów, obowiązkowe pauzy, rejestry samowykluczenia i ostrzeżenia o uzależnieniu — czy też nic z tego. Nazwa decyduje o tym, czy państwo chroni obywatela, czy chroni produkt przed obywatelem.
A produkt, o którym mowa, jest psychologicznie nieodróżnialny od automatu do gry.
Czym właściwie jest „kontrakt zdarzeniowy”
Zanim pójdziemy dalej, warto wyjaśnić mechanikę. Kontrakt zdarzeniowy (event contract) to instrument, w którym strona kupuje albo sprzedaje pozycję typu „tak/nie” — czy określone zdarzenie nastąpi przed określonym terminem. Eagles wygrają w niedzielę: tak albo nie. Inflacja w USA przekroczy 3% w trzecim kwartale: tak albo nie. Konkretny kandydat zostanie laureatem Oscara: tak albo nie. Cena pozycji „tak” oscyluje od 1 do 99 centów i odzwierciedla aktualnie obstawiane prawdopodobieństwo zdarzenia. Jeżeli zdarzenie nastąpi, posiadacz pozycji „tak” otrzymuje jednego dolara za każdy kontrakt; jeżeli nie nastąpi — traci to, co wpłacił.
Sama CFTC w swoim publicznym objaśnieniu prezentuje kontrakty zdarzeniowe jako narzędzie, które pomaga społeczeństwu „prognozować, planować, hedgingować, a nawet wykorzystywać percepcję przyszłych zdarzeń”. To prezentacja regulatora, który ma być wobec produktu neutralny — i już sama jego retoryka pokazuje, dlaczego sektor wygrywa wojnę o słowa. „Hedging percepcji” to elegancka konstrukcja językowa pozbawiona desygnatu: nie istnieje przedsiębiorca w gospodarce realnej, dla którego percepcja zwycięstwa Eagles jest ryzykiem ekonomicznym wymagającym zabezpieczenia. Mimo to kontrakty zdarzeniowe są w USA legalnie notowane na federalnie regulowanych giełdach (Designated Contract Markets, DCM) od ponad dwóch dekad — najpierw w niszach akademickich i prognostycznych, w ostatnich latach jako produkt detaliczny dostępny z aplikacji w telefonie.
I tu dotykamy istoty problemu. Mechanizm jest formalnie identyczny z poważnymi instrumentami pochodnymi: jest cena, jest płynność, jest centralna izba rozliczeniowa, jest rejestr transakcji. Tyle że pod tymi wszystkimi warstwami rynku finansowego znajduje się prosta, znana z innych kontekstów operacja — postawienie pieniędzy na wynik czegoś, na co stawiający nie ma wpływu i co nie ma związku z jego sytuacją gospodarczą. Po polsku nazywamy to zakładem wzajemnym. Po angielsku — bet. Tylko że nikt w tej branży tego słowa nie używa.
Mechanizm: dlaczego mózg nie czyta regulaminu
Ekonomia behawioralna od czterdziestu lat zna trzy rzeczy, które robią z człowieka uzależnionego gracza, niezależnie od tego, jak dany produkt nazywa siebie sam.
Pierwsza to dopamina przed nagrodą, nie po niej. Wbrew intuicji, mózg nie wytwarza najsilniejszego sygnału przyjemności w momencie wygranej. Wytwarza go w momencie oczekiwania na wygraną — gdy szanse jeszcze nie są przesądzone, gdy wynik się waży, gdy każda kolejna sekunda może przechylić szalę. To dlatego ludzie zostają przy automatach, przy ruletce, przy zakładach na żywo. To także dlatego rynki predykcyjne, w których cena kontraktu zmienia się w czasie rzeczywistym wraz z każdym strzelonym golem czy każdym nowym sondażem, są dla mózgu identyczne z automatem do gry. Każda zmiana ceny to mikrouderzenie dopaminy. Sześć godzin meczu Super Bowl to sześć godzin nieprzerwanej stymulacji.
Druga to wzmocnienie o zmiennym rozkładzie. Behawioryści wiedzą od czasów Skinnera, że najsilniej uzależnia nagroda nieprzewidywalna. Jeśli za każdym razem, gdy gołąb dziobnie dźwignię, dostaje ziarno — szybko się znudzi. Jeśli dostaje ziarno czasem, nie wie kiedy — będzie dziobał aż do śmierci. Ten sam mechanizm rządzi automatami do gry, lootboxami w grach komputerowych i — jak pokazują nowsze badania kliniczne oraz reportaże terapeutów uzależnień — handlem na rynkach predykcyjnych. Z tą różnicą, że gołąb przestaje, kiedy umiera. Człowiek przestaje, kiedy zbankrutuje.
Trzecia, najbardziej podstępna, to iluzja kontroli. Człowiek, który spędził dwie godziny na czytaniu statystyk drużyny, sondaży wyborczych albo raportów inflacyjnych, ma silne, neurologicznie ugruntowane przekonanie, że wynik jego „transakcji” zależy od jego inteligencji. Nie zależy — albo zależy w takim stopniu, w jakim wynik kasynowego black-jacka zależy od umiejętności karcianych gracza, czyli o wiele mniejszym, niż gracz sądzi. Ale właśnie dlatego, że gracz wierzy, iż wynik jest funkcją jego umiejętności, nie uruchamia mechanizmów obronnych, które uruchomiłby, gdyby uznał, że uprawia hazard. Nie pyta sam siebie, kiedy się zatrzyma. Nie ustala limitu strat. Nie uważa się za uzależnionego — uważa się za inwestora, który ma zły miesiąc.
Te trzy mechanizmy razem tworzą architekturę, której żadna ulotka informacyjna nie zneutralizuje. Mózg nie czyta regulaminu. Mózg reaguje na bodziec.
Kim są ludzie, którzy tracą pieniądze
Reprezentatywne badanie AIBM/Ipsos z marca 2026 r. pokazuje obraz, który nie powinien zaskakiwać nikogo, kto pamiętał lata 2010–2018. Sześćdziesiąt jeden procent dorosłych Amerykanów uważa, że „kontrakty zdarzeniowe” są bliższe hazardowi niż inwestycji. Tylko ośmiu na stu klasyfikuje je jako inwestowanie. Sami użytkownicy platform predykcyjnych, gdy się ich pyta o motywację, najczęściej wskazują rozrywkę i chęć zarobku, a nie „analityczne prognozowanie”.
Demograficznie obraz jest jeszcze bardziej jednoznaczny. Najbardziej intensywnymi użytkownikami tych platform są mężczyźni w wieku osiemnaście do trzydziestu czterech lat. To także grupa najmniej skłonna do nazwania własnej aktywności hazardem. Innymi słowy: największe ryzyko ponoszą ci, którzy najsłabiej je rozpoznają. To prawidłowość znana z każdej fali produktów spekulacyjnych ostatniego półwiecza, od kasyn internetowych po opcje binarne i CFD. Profil ofiary się nie zmienia — zmienia się tylko interfejs, który ją wciąga.
Najbardziej druzgocące świadectwo pochodzi jednak z gabinetów terapeutów uzależnień. Reportaże Associated Press i Washington Post z pierwszego półrocza 2026 r. dokumentują rosnącą falę pacjentów, którzy parę lat wcześniej skutecznie wyszli z uzależnienia od bukmacherów albo kasyn. Wpisali się dobrowolnie do rejestru samowykluczenia, zablokowali sobie konta, odbudowali finanse i relacje. Wrócili do gry przez Kalshi, Polymarket albo Coinbase — bo „to nie jest hazard, to są kontrakty finansowe”. Mechanizm psychologiczny działa idealnie zgodnie z projektem. Etykieta „instrumentu finansowego” zdejmuje wstyd, omija samokontrolę, znosi blokady, które nakładali sobie, kiedy uważali się za graczy. Federalna licencja staje się dla tych ludzi przepustką do recydywy.
To już się zdarzyło. Nazywało się opcje binarne
Każdy, kto pracował w prawie finansowym w drugiej dekadzie tego stulecia, czyta tę historię z rosnącym poczuciem znajomości. Bo to ta sama historia, opowiedziana drugi raz.
Opcje binarne pojawiły się około 2008 roku jako produkt z pozoru prosty: obstawiasz, czy cena ropy wzrośnie albo spadnie w ciągu najbliższych sześćdziesięciu sekund, wygrywasz albo tracisz wpłatę, koniec. Sprzedawano je jako „trading”, „inwestowanie”, „instrument finansowy”. Reklamowali je celebryci. Strony platform wyglądały jak terminale Bloomberga, nie jak kasyna. Operatorzy rejestrowali się w jurysdykcjach, które miały rozluźniony nadzór finansowy — Cypr, Izrael, Wyspy Marshalla — i powoływali się na to, że są regulowani jako instytucje finansowe, więc lokalne prawo hazardowe ich nie dotyczy. Dokładnie ten sam argument, który dziś podnosi CFTC w Nowym Jorku.
Skala szkody była apokaliptyczna. Konserwatywne szacunki mówią o miliardach dolarów strat detalicznych globalnie. Izraelska prokuratura ujawniła w 2017 roku, że cały sektor — działający z Tel Awiwu — był w istocie zorganizowanym przestępstwem, z fałszowanymi cenami, zablokowanymi wypłatami, agresywnymi call-center oszukującymi emerytów. Izrael zdelegalizował opcje binarne dla swoich obywateli i, ostatecznie, eksportowanie ich za granicę. Australia zakazała ich w 2021 roku decyzją ASIC. Unia Europejska wprowadziła zakaz decyzją ESMA z 2018 r. (UE 2018/795) — najpierw tymczasowo, potem permanentnie poprzez krajowe wdrożenia. Polski czytelnik pamięta sprawy karne przeciwko platformom z całej Europy Wschodniej, ofiarom liczonym w dziesiątkach tysięcy, sprawom toczącym się latami.
Rynki predykcyjne mają identyczne DNA strukturalne: wynik binarny, z góry znana wypłata, brak własności jakiegokolwiek aktywa bazowego, krótkie cykle rozliczeniowe, finansowo brzmiące nazewnictwo i argument jurysdykcyjny „jesteśmy instrumentem finansowym, nie hazardem”. Różnią się od opcji binarnych jedną rzeczą — i ta różnica jest gorsza, nie lepsza.
Opcje binarne były w przeważającej mierze przestępstwem. Manipulowano cenami. Blokowano wypłaty. Kradziono salda. To znaczy: ofiara prędzej czy później odkrywała, że została okradziona. Mogła wskazać sprawcę, mogła zewnętrznie obsadzić winę, mogła pójść na policję, mogła zamknąć rozdział poznawczo. Rynki predykcyjne natomiast są w warstwie operacyjnej legalne. Ceny są realne. Wypłaty następują. Infrastruktura podlega audytowi. Użytkownik, który traci pieniądze na Kalshi, naprawdę przegrał uczciwy zakład. Nie ma sprawcy, którego można pozwać. Nie ma drogi cywilnej do odzyskania środków. Nie ma momentu rewelacji („zostałem oszukany”). Jest tylko prywatne, narastające poczucie, że „tym razem zawiodła moja analiza” — i nieodparta logika, że trzeba spróbować jeszcze raz, lepiej, mądrzej.
Z legalnego uzależnienia wychodzi się trudniej niż z oszustwa. Oszustwo daje ofierze przeciwnika. Legalny produkt daje jej tylko lustro.
Skala: co właśnie się buduje
W Stanach Zjednoczonych osiem platform regulowanych przez CFTC samocertyfikowało dotąd ponad trzy tysiące kontraktów zdarzeniowych. Sama Kalshi w 2025 roku rozliczyła wolumen przekraczający dwadzieścia trzy miliardy dolarów, z czego — wbrew oficjalnej narracji o „odkrywaniu cen” i „agregacji informacji” — osiemdziesiąt sześć procent stanowiły kontrakty sportowe. To liczba, która zamyka dyskusję o tym, do czego ten produkt naprawdę służy. Polymarket podczas wyborów prezydenckich 2024 roku obsługiwał wolumeny rzędu dwóch miliardów dolarów, a media doniosły wówczas o pojedynczych uczestnikach stawiających dziesiątki milionów dolarów na zwycięstwo Donalda Trumpa — pojedynczych aktorach zdolnych przy ograniczonej płynności rynku ustawić „prawdopodobieństwa”, które potem CNN, Reuters i Google Finance wyświetlali widzom jako obiektywne odczyty rzeczywistości.
To prowadzi do drugiego, mniej oczywistego ryzyka tego rynku, które wykracza poza indywidualną szkodę finansową. Kiedy media pokazują „rynek mówi, że Trump ma siedemdziesiąt procent szans wygrać” — czytelnik traktuje to jako pomiar. W rzeczywistości jest to wynik handlu, w którym mogło uczestniczyć kilkuset bardzo bogatych ludzi z silną motywacją polityczną. Rynek nie agreguje wiedzy, rynek agreguje pieniądze. W warunkach niskiej płynności manipulacja kosztuje śmiesznie mało w stosunku do efektu informacyjnego, jaki wytwarza. Demokracja staje się funkcją liczby zer na rachunku najbogatszego uczestnika gry. Ten mechanizm został szczegółowo opisany w policy forum Packin & Rabinovitz w Science (kwiecień 2026) jako jedno z najpoważniejszych ryzyk zdrowia publicznego i procesu demokratycznego, jakie stwarza ten rynek — i nie jest to alarm teoretyczny. W ostatnich miesiącach na powierzchnię wypłynęły konkretne sprawy: ujawniony ujawnione przypadki insider tradingu na rynkach predykcyjnych w okresie ogłoszeń kwartalnych spółki, oraz zarzuty wykorzystywania niejawnych informacji rządowych do obstawiania kontraktów geopolitycznych podczas obstawiania konfliktów na Bliskim Wschodzie. Pojedynczy żołnierz amerykańskich Sił Specjalnych został oskarżony w kwietniu 2026 r. w Southern District of New York o wykorzystanie informacji niejawnych do obstawienia odsunięcia od władzy prezydenta Wenezueli — z zyskiem ponad czterystu tysięcy dolarów.
Ale wróćmy do pojedynczego użytkownika. Platformy te są obecnie dostępne praktycznie w całych Stanach Zjednoczonych, łącznie ze stanami, które celowo zakazały sportowych zakładów bukmacherskich, uznawszy je za zbyt szkodliwe. Federalna licencja CFTC obchodzi te zakazy — i Trzeci Obwód Sądu Apelacyjnego potwierdził tę asymetrię w sprawie KalshiEX v. Flaherty z kwietnia 2026 r., uznając, że kontrakty zdarzeniowe oparte na sporcie są swapami w rozumieniu CEA i podlegają wyłącznej jurysdykcji federalnej. Limity wpłat sięgają setek tysięcy dolarów bez weryfikacji zdolności finansowej porównywalnej z wymogami nakładanymi na operatorów hazardu. Nie ma obowiązkowych okresów chłodzenia. Nie ma rejestru samowykluczenia. Nie ma ostrzeżeń o uzależnieniu. Nie ma żadnej z infrastruktury redukcji szkód, którą każde rozsądne państwo nakłada na kasyna i bukmacherów — bo formalnie to nie są kasyna i bukmacherzy. To są giełdy.
Kiedy w 2030 roku — bo to jest perspektywa — będziemy oglądać przesłuchania w amerykańskim Senacie dotyczące rynku liczonego w dziesiątkach miliardów dolarów i ofiar liczonych w setkach tysięcy, ktoś przypomni, że problem był znany, nazwany i opisany w 2026 roku. I ktoś inny powie, że to wszystko zaskoczyło regulatora.
Jaką regulację proponuję?
Jest tu prosty test, którym można rozstrzygnąć zarówno spór sądowy, jak i każdy podobny spór, który nas jeszcze czeka: czy produkt służy gospodarce, czy karmi się słabością człowieka.
Klasyczne rynki terminowe — pszenica, ropa, stopy procentowe — istnieją, bo rolnik chce dziś sprzedać przyszłorocznie zboże po znanej cenie, a piekarz chce dziś kupić mąkę po znanej cenie. Kontrakt terminowy realnie przenosi ryzyko między tymi, którzy chcą się go pozbyć, i tymi, którzy chcą je przyjąć. Spekulacja jest w tym systemie funkcją wtórną, dostarczającą płynności dla pierwotnej, hedgingowej funkcji rynku. Tak rynek terminowy wygląda od stu pięćdziesięciu lat i tak wygląda jego uzasadnienie społeczne.
Kontrakt na to, że Eagles wygrają w niedzielę, niczego takiego nie spełnia. Nie pozwala drużynie zabezpieczyć ryzyka porażki. Nie pozwala kibicowi zabezpieczyć ryzyka zawiedzionych emocji. Nie agreguje informacji, której nie ma w sondażach bukmacherskich. Jest po prostu zakładem, ubranym w język finansowy. Test funkcjonalny przeprowadzony uczciwie nie zostawia tu wątpliwości — i właśnie dlatego CFTC go nie przeprowadza, ograniczając się do testu formalnego („czy mieści się w definicji swapu”). Bo formalny test wszystko wytrzyma.
Z tego wynikają trzy rzeczy, które rozsądne państwo powinno zrobić — niezależnie od tego, jak rozstrzygnie się sprawa nowojorska.
Po pierwsze, kontrakty zdarzeniowe oparte na sporcie, polityce i innych wydarzeniach, które nie mają funkcji hedgingowej, powinny być prawnie zaklasyfikowane jako produkty hazardowe — ze wszystkimi konsekwencjami, jakie z tego wynikają: licencje, podatki od gier, rejestry samowykluczenia, limity, ostrzeżenia. Test nie powinien brzmieć „czy mieści się w definicji X”, tylko „czemu funkcjonalnie służy”. Polska, dzięki konstrukcji ustawy o grach hazardowych, ma narzędzia, by zrobić to bez nowej ustawy.
Po drugie, bariera wejścia powinna być wyższa niż dla produktu finansowego, nie niższa. Jeśli kasyno musi sprawdzać tożsamość, weryfikować źródło dochodu i odmawiać obsługi osobie wpisanej do rejestru samowykluczenia — platforma „predykcyjna” obsługująca dziewiętnastolatka musi to robić tym bardziej. Argument, że „to instrument finansowy, więc obejmują go łagodniejsze wymogi konsumenckie”, jest argumentem dokładnie odwrotnym do prawdy. Detaliczny inwestor giełdowy ma do dyspozycji więcej infrastruktury ochronnej, nie mniej, niż uczestnik kasyna — od KYC, przez ocenę wiedzy w trybie MiFID II, po kategoryzację klienta. Jeśli rynki predykcyjne chcą być traktowane jak produkty finansowe, niech najpierw zadziałają jak produkty finansowe.
Po trzecie, państwo powinno potraktować kanał reklamowy jako podstawową dźwignię. Większość ofiar nie trafia na te platformy, dlatego że ich szukała. Trafia, bo zobaczyła reklamę w trakcie meczu, w aplikacji sportowej, w mediach społecznościowych. Restrykcje reklamy hazardowej w Europie pokazały, że to działa. Każde inne podejście — etykiety ostrzegawcze, edukacja, kampanie świadomościowe — w starciu z dopaminergicznym mózgiem osiemnastolatka przegrywa.
Definicja, której nam brakuje – spekulatywny derywat behawioralny
Najgłębszy problem regulacyjny polega na tym, że nie mamy jeszcze nazwy dla tego zjawiska. Mówimy „rynek predykcyjny”, „kontrakt zdarzeniowy”, „hazard pod inną etykietą” — i każde z tych określeń jest albo marketingiem platformy, albo retorycznym skrótem krytyka. Brakuje terminu prawniczego, który łapie istotę tego, co się stało: produkt finansowy bez funkcji ekonomicznej, używający infrastruktury rynku derywatów do dystrybucji bodźca behawioralnie tożsamego z hazardem, kierowany do klienta detalicznego pod ochroną tarczy regulacyjnej, która nie była dla niego zaprojektowana.
Proponuję więc termin: spekulatywny derywat behawioralny (behavioural speculative derivative, BSD). Trzy cechy konstytutywne, każda konieczna, łącznie wystarczające.
Pierwsza: brak funkcji hedgingowej w gospodarce realnej. Klasyczny derywat istnieje, bo ktoś realnie zarządza ryzykiem cenowym istniejącego aktywa albo zobowiązania. Rolnik zabezpiecza przyszłoroczne zboże. Linia lotnicza zabezpiecza paliwo. Eksporter zabezpiecza kurs walutowy. BSD nie pełni żadnej z tych funkcji. Zwycięstwo Eagles w niedzielę nie jest ryzykiem cenowym, które ktokolwiek w gospodarce realnej musi przenieść — nie istnieje podmiot, dla którego ten kontrakt jest narzędziem zarządzania zobowiązaniem. Test jest prosty: czy gdyby ten produkt zniknął jutro, jakiekolwiek przedsiębiorstwo gospodarcze straciłoby zdolność do prowadzenia swojej podstawowej działalności? Jeśli nie — produkt nie ma funkcji hedgingowej.
Druga: rozliczenie binarne lub quasi-binarne, krótki cykl, brak własności aktywa bazowego. Klasyczny instrument finansowy daje posiadaczowi jakąś formę partycypacji ekonomicznej — udział w spółce, prawo do strumienia płatności, ekspozycję na zmianę ceny realnego aktywa, które można dostarczyć fizycznie albo rozliczyć finansowo. BSD daje tylko wynik tak/nie albo wąski przedział wypłat, rozstrzyga się w godzinach lub dniach, i nie wiąże się z żadną własnością. Strukturalnie jest to zakład — niezależnie od tego, czy jest oznaczony jako „swap”, „kontrakt zdarzeniowy”, czy „opcja binarna”.
Trzecia: architektura behawioralna ukierunkowana na klienta detalicznego. To jest cecha decydująca i właśnie ona odróżnia BSD od poważnych produktów spekulacyjnych dostępnych dla profesjonalnych traderów. BSD jest projektowany w sposób, który eksploatuje znane mechanizmy uzależnienia — mikrocykle dopaminergiczne (ciągła zmiana ceny w czasie zdarzenia), wzmocnienie o zmiennym rozkładzie (nieprzewidywalna nagroda), iluzję kontroli (poczucie, że wynik zależy od analitycznych umiejętności użytkownika), gamifikację interfejsu (powiadomienia, paski postępu, animacje wygranej). Cecha ta jest empirycznie weryfikowalna — można ją ustalić poprzez audyt UX, analizę porównawczą z architekturą automatów do gry, badania kliniczne nad reakcją użytkowników. Nie jest to ocena moralna; to opis projektowy.
Konsekwencja prawna jest precyzyjna: produkt spełniający łącznie wszystkie trzy cechy nie jest instrumentem finansowym w rozumieniu MiFID II ani swapem w rozumieniu CEA, niezależnie od tego, jak nazywa siebie operator i jaką licencję uzyskał. Jest spekulatywnym derywatem behawioralnym — kategorią pośrednią między hazardem a instrumentem finansowym, podlegającą reżimowi sui generis.
Ten reżim — żeby nie pozostał teorią — wymaga konkretnych narzędzi. Pozwolę sobie naszkicować, jak mógłby wyglądać. Po pierwsze: licencja hazardowa obowiązkowa dla każdej platformy oferującej BSD klientom detalicznym, w dodatku do jakiejkolwiek licencji finansowej; obowiązek osiągnięcia dwudziestego pierwszego roku życia zgodnie z większością regulacji bukmacherskich; pełny KYC z weryfikacją źródła środków; podział na rachunki detaliczne (z twardymi limitami) i profesjonalne (z lżejszym reżimem, ale wyższymi progami wejścia). Po drugie: obowiązkowe — nie dobrowolne — narzędzia redukcji szkód: krajowy rejestr samowykluczenia zintegrowany z bukmacherami i kasynami, twarde limity wpłat (rząd wielkości pięciuset dolarów dziennie i pięciu tysięcy miesięcznie dla użytkownika detalicznego, wyżej tylko za udokumentowanym potwierdzeniem dochodu), dwudziestoczterogodzinna pauza po dużej stracie lub po czterech godzinach aktywnej sesji, niemożliwe do pominięcia ostrzeżenia o uzależnieniu. Po trzecie: ograniczenia reklamy — zakaz targetowania osób poniżej dwudziestego piątego roku życia, zakaz emisji w trakcie transmisji sportowych na żywo, zakaz promocji przez celebrytów i influencerów bez wyraźnego oznaczenia „to jest hazard” wraz ze statystyką szkody. Platformy nie powinny mieć prawa nazywać swojego produktu „tradingiem”, „pozycją” ani „inwestycją” — to są pojęcia z innego porządku, używane wbrew funkcji. Po czwarte: niezależny audyt UX każdego nowego kontraktu przed uruchomieniem, przeprowadzony przez ekonomistów behawioralnych i psychologów uzależnień; wykryte mechanizmy uzależniające muszą zostać usunięte lub zaprojektowane na nowo. Po piąte i ostatnie: osobista odpowiedzialność karna i cywilna kierownictwa platformy za udowodnione systemowe szkody wyrządzone uzależnionym klientom — równolegle do niektórych europejskich reżimów hazardowych.
Definicja ta robi trzy rzeczy, których obecny porządek prawny nie potrafi. Po pierwsze, neutralizuje argument jurysdykcyjny — nie pozwala platformie zasłonić się licencją finansową, bo definicja jest funkcjonalna, nie formalna. Po drugie, daje regulatorowi narzędzie ex ante, a nie tylko ex post — komisja nadzoru nie musi czekać, aż konkretny produkt udowodni swoją szkodliwość przez fale ofiar, wystarczy weryfikacja trzech cech projektu. Po trzecie, ustanawia jasny test, który można stosować do produktów jeszcze niewymyślonych — bo ten rynek będzie się dalej innowować, a regulator zawsze biegnie kilka lat za produktem. Definicja oparta na funkcji, nie na nazwie, nie starzeje się tak szybko.
Co istotne, ta konstrukcja nie jest zakazem. Nie likwiduje rynku informacyjnego dla profesjonalnych uczestników, którzy chcą obstawiać pogodę albo decyzje banku centralnego z własnych pozycji bilansowych — bo profesjonalny segment nie spełnia trzeciej cechy (architektury behawioralnej skierowanej na detal). Nie likwiduje hedgingu tam, gdzie on rzeczywiście istnieje. Likwiduje wyłącznie ten segment rynku, w którym produkt celowo eksploatuje detalicznego użytkownika — i to jest dokładnie ten segment, który dziś generuje większość wolumenu i całość udokumentowanej szkody. W amerykańskim kontekście wystarczyłoby, żeby CFTC w obecnie procedowanej rundzie regulacyjnej (ANPRM z marca 2026 r.) zastosowała test funkcjonalny zamiast formalnego. Nie jest potrzebna nowa ustawa. Wystarczy odwaga regulatora, by spojrzeć na produkt, który nadzoruje, oczami terapeuty uzależnień, a nie oczami prawnika korporacyjnego.
Polska doktryna prawna ma zresztą mocną tradycję podobnych konstrukcji — pojęcia zamknięte funkcjonalnie, nie nominalnie, znane są zarówno z prawa karnego skarbowego, jak i z orzecznictwa NSA w sprawach podatkowych, gdzie sąd wielokrotnie wywodził, że nazwa transakcji nadana przez strony nie wiąże organu, jeśli substancja ekonomiczna jest inna. Zastosowanie tej samej logiki do BSD nie jest rewolucją regulacyjną. Jest konsekwentnym przedłużeniem zasady, którą polski system prawny stosuje od dziesięcioleci.
Polska perspektywa: co ma zrobić klient, do którego dotrze taka oferta
W Polsce produkt nie jest jeszcze obecny w masowej skali, ale każdy, kto spędza dwadzieścia minut w angielskojęzycznym TikToku, już o nim wie. Kiedy pojawi się kampania marketingowa ukierunkowana na polskiego użytkownika — a pojawi się — istnieje kilka twardych ram prawnych, które będą miały zastosowanie niezależnie od amerykańskiej licencji platformy.
Po pierwsze, polska ustawa o grach hazardowych. Definicja zakładu wzajemnego z art. 2 ust. 2 obejmuje „obstawianie wyników […] zdarzeń, w tym zdarzeń sportowych” — i tej definicji nie obchodzi, jak siebie nazywa platforma. Nielicencjonowana oferta zakładów wzajemnych skierowana do polskiego klienta jest karalna z art. 107 Kodeksu karnego skarbowego, niezależnie od tego, czy operator powołuje się na licencję bankową, finansową czy wyznaniową.
Po drugie, rozporządzenie MiCA (UE 2023/1114). Jeśli platforma używa rozliczeń w kryptoaktywach lub stablecoinach — a wiele z nich używa — podlega europejskiemu reżimowi licencyjnemu CASP. Brak takiej licencji jest naruszeniem prawa unijnego niezależnym od kwestii hazardowej.
Po trzecie, decyzje ESMA. Europejski regulator rynków finansowych zdelegalizował dla klientów detalicznych opcje binarne w 2018 roku i restrykcyjnie ograniczył kontrakty na różnice (CFD). Linia orzecznicza i decyzyjna ESMA traktuje produkty bez ekonomicznej funkcji hedgingowej, oferowane klientowi detalicznemu, z zasadniczą podejrzliwością. Każda próba wprowadzenia rynków predykcyjnych do UE pod amerykańską licencją trafi na tę ścianę.
Klient, który zobaczy reklamę „kontraktu zdarzeniowego” — czy w polskim, czy w angielskim, czy w jakimkolwiek innym języku — powinien zadać sobie jedno pytanie. Nie o to, jak nazywa się produkt. O to, co dokładnie się zmieni w jego życiu, jeśli wynik meczu pójdzie nie po jego myśli. Jeśli odpowiedź brzmi: „stracę pieniądze, a moja sytuacja realna się nie poprawi ani w jednym, ani w drugim wariancie” — to nie jest hedging. To jest hazard. I to, co to słowo robi z głową gracza, jest dokładnie tym, co produkt w nim wytwarza, niezależnie od tego, jakim językiem do niego mówi.
Derywaty zdarzeniowe – czy znowu pozwolimy się ograć?
Jeszcze jedna rzecz, której nie wolno przeoczyć. Branża opcji binarnych potrzebowała dziesięciu lat, żeby państwa Zachodu zrozumiały, że hazard pozostaje hazardem, niezależnie od tego, jak ładnie się nazywa. W tym czasie platformy zalały rynek reklamą — w transmisjach sportowych, w mediach społecznościowych, na bilbordach przy autostradach. Kupowały pozytywne komentarze w prasie biznesowej. Finansowały „badania niezależnych ekspertów”, które dowodziły, że to nie jest hazard, tylko innowacja finansowa demokratyzująca dostęp do rynków. Zatrudniały byłych regulatorów jako konsultantów. Wpisywały się w narrację „walki klasy średniej z elitarnymi instytucjami finansowymi”. Sponsorowały konferencje akademickie. Robiły wszystko, co potrafi zrobić sektor z miliardami w przepływach i z powodu, by nikt go nie tknął.
Rynki predykcyjne mają przed sobą tę samą dekadę. Już ją zaczęły. Reklamy Kalshi pojawiają się w transmisjach NFL. Polymarket finansuje narrację „mądrość tłumu lepiej przewidziała wybory niż instytut Gallupa”. Pierwsze artykuły akademickie utrzymujące, że rynki predykcyjne pełnią funkcję publiczną agregując informację, zaczynają cytować się nawzajem w obwodzie zamkniętym. Pierwsi byli komisarze CFTC trafiają do zarządów platform. To jest dokładnie ten sam scenariusz, który widzieliśmy między 2010 a 2018 rokiem — z tą różnicą, że tym razem na starcie mają federalną licencję, której operatorzy opcji binarnych nigdy nie mieli.
A społeczeństwo zapłaci za to drugą generacją. Dwadzieścia lat na zrozumienie tego samego, co już raz zrozumiało. Nie dlatego, że to skomplikowane. Dlatego, że ktoś bardzo chce, żebyśmy nie zrozumieli zbyt szybko.
Nazwa instrumentu nie zmienia tego, co dzieje się w mózgu człowieka, który go używa. Sprawa toczona w nowojorskim sądzie federalnym nie będzie tego rozstrzygać — będzie rozstrzygać, czy państwu wolno użyć słowa „hazard” do opisania zjawiska, dla którego rynek wymyślił słowo „swap”. Niezależnie od wyroku, fizjologia zostaje. Mózg nie czyta orzeczeń sądów apelacyjnych. Reaguje na bodziec.
A bodziec jest dokładnie taki sam, jaki zaprojektowali twórcy automatu do gry. Tylko ekran ma teraz lepszą rozdzielczość.
Hazard online – dalsze publikacje
Hazard online: Jak jurysdykcje offshore stworzyły globalny system ucieczki regulacyjnej
Nielegalne kasyna online: jak rozpoznać kasyno bez licencji i odzyskać pieniądze

Robert Nogacki – radca prawny (WA-9026), założyciel Kancelarii Prawnej Skarbiec.
Są prawnicy, którzy zajmują się prawem. I są tacy, którzy zajmują się problemami, na które prawo nie ma gotowej odpowiedzi. Od ponad dwudziestu lat Kancelaria Skarbiec pracuje na przecięciu prawa podatkowego, struktur korporacyjnych i ludzkiej niechęci do oddawania państwu więcej, niż się państwu należy. Doradzamy przedsiębiorcom z kilkunastu krajów – od tych z listy Forbesa po tych, którym fiskus właśnie zajął konto i którzy nie wiedzą, co robić jutro rano.
Jeden z najczęściej cytowanych ekspertów prawa podatkowego w polskich mediach – pisze dla Rzeczpospolitej, Dziennika Gazety Prawnej i Parkietu nie dlatego, że to dobrze wygląda w CV, lecz dlatego, że pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić w piśmie procesowym i ktoś musi je powiedzieć głośno. Autor AI Decoding Satoshi Nakamoto. Sztuczna inteligencja na tropie twórcy Bitcoina. Współautor nagrodzonej książki Bezpieczeństwo współczesnej firmy.
Kancelaria Skarbiec zajmuje czołowe pozycje w rankingach kancelarii podatkowych Dziennika Gazety Prawnej. Czterokrotny laureat Medalu Europejskiego, laureat tytułu International Tax Planning Law Firm of the Year in Poland.
Specjalizuje się w sporach z organami skarbowymi, międzynarodowym planowaniu podatkowym, regulacjach kryptoaktywów i ochronie majątku. Od 2006 roku prowadzi sprawę WGI – jedną z najdłuższych spraw karnych w historii polskiego rynku finansowego, bo są rzeczy, których nie wolno zostawić w połowie, nawet jeśli trwają dwie dekady. Wierzy, że prawo jest zbyt poważne, żeby traktować je wyłącznie poważnie – i że najlepsza porada prawna to ta, dzięki której klient nigdy nie musi stanąć przed sądem.