Granice policyjnej prowokacji: sprawa DeLoreana i polskie lekcje

Granice policyjnej prowokacji: sprawa DeLoreana i polskie lekcje

2026-01-25

W październiku 1982 roku John DeLorean – były wiceprezes General Motors, twórca futurystycznego samochodu sportowego DMC-12, który zyskał nieśmiertelność dopiero jako wehikuł czasu w filmie „Powrót do przyszłości”– został aresztowany w pokoju hotelowym w Los Angeles z walizką pełną kokainy. Nagranie z ukrytej kamery FBI, na którym DeLorean unosi kieliszek szampana i mówi, że zawartość walizki jest „lepsza niż złoto”, obiegło amerykańskie media. Sprawa wydawała się przesądzona. A jednak dwa lata później ława przysięgłych uniewinniła go od wszystkich ośmiu zarzutów. Jak to możliwe?

Historia upadku i odrodzenia DeLoreana to opowieść o granicach, których służby państwowe nie mogą przekraczać – nawet w pogoni za przestępcami. To także historia, która znajduje zadziwiające paralele w polskich sprawach z udziałem „agenta Tomka”.

 

Desperacja jako pułapka

DeLorean Motor Company wypuściła pierwszy samochód w styczniu 1981 roku. Model DMC-12 – ze stalową karoserią i charakterystycznymi drzwiami otwieranymi do góry – miał podbić świat. Ale świat akurat pogrążał się w recesji. Stopy procentowe w USA przekroczyły 20 procent, rynek motoryzacyjny zamarł. Do października 1982 roku firma zdążyła wyprodukować zaledwie 9 tysięcy pojazdów – przy progu rentowności wynoszącym 11 tysięcy rocznie. Straty przekroczyły 175 milionów dolarów. Rząd Margaret Thatcher odmówił dalszego finansowania fabryki w Irlandii Północnej. Firma potrzebowała 17 milionów dolarów, by przetrwać kolejny miesiąc.

To właśnie wtedy – 28 czerwca 1982 roku – zadzwonił sąsiad.

James Timothy Hoffman przedstawił się jako pośrednik finansowy zdolny pozyskać 15 milionów dolarów od „zagranicznych inwestorów”. DeLorean nie wiedział, że Hoffman był skazanym przemytnikiem narkotyków, który właśnie negocjował z FBI immunitet w zamian za współpracę. Nie wiedział też, że za każdą minutę rozmowy z nim płacił amerykański podatnik – łącznie Hoffman otrzymał od rządu 111 643 dolary i 43 centy.

 

Choreografia aresztowania

Przez następne miesiące Hoffman i podstawieni agenci federalni prowadzili DeLoreana przez starannie wyreżyserowany spektakl. Na spotkaniach w Waszyngtonie, San Carlos i Los Angeles stopniowo wprowadzali coraz wyraźniejsze aluzje do „kolumbijskich inwestorów” i przemytu kokainy. 28 września 1982 roku w hotelu Bonaventure w Los Angeles jeden z agentów wspomniał wprost o narkotykach. DeLorean nie wyszedł.

19 października 1982 roku FBI zakończyło operację. Agent Benedict Tisa pokazał DeLoreanowi walizkę zawierającą 220 funtów kokainy o wartości 24 milionów dolarów, po czym go aresztował. Nagranie wideo z tego momentu – DeLorean z kieliszkiem szampana, uśmiechnięty, mówiący „lepsze niż złoto” – wydawało się niezbity dowód winy.

Ale na procesie wyszło na jaw coś znacznie ciekawszego.

 

Czterdzieści siedem minut ciszy

FBI nagrywało wszystkie spotkania z DeLoreanem. Wszystkie – z jednym wyjątkiem. W kluczowym nagraniu brakowało 47 minut. Obrona twierdziła, że właśnie w tym fragmencie DeLorean jednoznacznie odrzucił udział w jakiejkolwiek nielegalnej działalności. Prokuratura nie potrafiła wyjaśnić, co stało się z tym fragmentem taśmy.

To nie był jedyny problem ze stroną rządową. Agent Tisa przyznał podczas przesłuchania, że zniszczył swoje osobiste notatki ze śledztwa. Przyznał też coś jeszcze bardziej szokującego: FBI postanowiło aresztować DeLoreana 19 października 1982 roku niezależnie od tego, jak się zachowa – chyba że zadzwoniłby na policję lub fizycznie uciekł z pokoju hotelowego. Innymi słowy: aresztowanie było przesądzone, zanim DeLorean w ogóle zobaczył kokainę.

Co więcej, Tisa przyznał, że DeLorean nie miał żadnego udziału finansowego w rzekomej transakcji narkotykowej – agent sam pożyczył mu 1,8 miliona dolarów „prowizji”, która miała być spłacona z akcji fikcyjnej spółki. Cała konstrukcja finansowa była iluzją.

Ale najbardziej druzgocące zeznanie złożył ktoś zupełnie inny.

 

„Wrabiam niewinnego człowieka”

Gerald Scotti był agentem DEA – Agencji ds. Walki z Narkotykami. W trakcie procesu wystąpił jako świadek obrony i powiedział coś, co zmieniło bieg sprawy. Zeznał, że już w trakcie trwającego śledztwa Hoffman powiedział mu wprost: „Wrabiam niewinnego człowieka”.

Scotti zeznał również, że Hoffman chwalił się przed nim: „Nie wierzyłeś mi, ale mówiłem ci, że to zrobię. Zamierzam dostarczyć wam Johna DeLoreana”. Dla FBI DeLorean nie był podejrzanym – był trofeum. Celebrytą, którego aresztowanie trafi na pierwsze strony gazet. Scotti, zeznając z widocznym wzburzeniem, powiedział przed sądem: „Od dawna wiedziałem, że rząd zrobi wszystko, by oskarżyć pana DeLoreana. Ale myślałem, że jest jakaś granica. Teraz już nie jestem tego pewien”.

Równie istotne było ustalenie, że to Hoffman zadzwonił pierwszy do DeLoreana, a nie odwrotnie. Zatem to podstawiony przez organy ścigania informator zainicjował przestępstwo, w które celowo został wciągnięty oskarżony. To wystarczyło. 16 sierpnia 1984 r. ława przysięgłych uniewinniła DeLoreana od wszystkich ośmiu zarzutów aktu oskarżenia. Przysięgli uznali, że biznesmen padł ofiarą rządowej nagonki i pułapki zastawionej przez służby.

 

Walka o rzetelny proces

Zanim jednak doszło do wyroku, sędzia Robert Takasugi z Sądu Okręgowego dla Centralnego Dystryktu Kalifornii musiał zmierzyć się z bezprecedensowym problemem. W październiku 1983 roku nagranie z aresztowania DeLoreana wyciekło do mediów – wydawca magazynu Hustler, Larry Flynt, przekazał je stacji CBS, która wyemitowała materiał w programie 60 Minutes oglądanym przez miliony Amerykanów.

Gazety spekulowały o rzekomych powiązaniach DeLoreana z Irlandzką Armią Republikańską. Ujawniono tożsamość rządowego informatora. Sędzia Takasugi stanął przed dylematem: jak pogodzić konstytucyjną wolność prasy z prawem oskarżonego do rzetelnego procesu?

22 marca 1983 roku wydał precedensowe orzeczenie (United States v. DeLorean, 561 F. Supp. 797), nakazując, by wszystkie dokumenty w sprawie były składane pod pieczęcią i poddawane wstępnej kontroli sądowej. Jak uzasadnił:

„Dokumenty często zawierają wysoce krzywdzące oświadczenia i materiały, które ostatecznie mogą zostać uznane za niedopuszczalne. Publiczny dostęp do takich dokumentów nie tylko wprowadzi opinię publiczną w błąd, ale może też naruszyć integralność samego postępowania karnego”.

Strategia obrony: postawić rząd przed sądem

Adwokat DeLoreana, Howard Weitzman, przyjął ryzykowną strategię. Zamiast kwestionować autentyczność nagrania czy zaprzeczać, że jego klient był w pokoju hotelowym, postawił przed sądem samo FBI. Nazwał nagranie „wyprodukowanym, wyreżyserowanym i wyreżyserowanym” przez służby. Agentów federalnych porównał do rekinów, które poczuły krew.

Co ciekawe, Weitzman nie powołał DeLoreana na świadka. Decyzja wydaje się paradoksalna – któż lepiej mógłby wyjaśnić swoje intencje niż sam oskarżony? Ale Weitzman wiedział, że podczas przesłuchania krzyżowego prokuratura zmusiłaby DeLoreana do szczegółowego komentowania nagrania. Lepiej było skupić uwagę ławy przysięgłych na działaniach rządu niż na słowach oskarżonego.

Profesor Harvardu Alan Dershowitz skomentował później: „Żaden sąd ani sędzia w kraju nie uniewinniłby DeLoreana na podstawie samych dowodów. Wina lub niewinność DeLoreana była nieistotna. Cała uwaga skupiła się na rządzie, przedstawiając go jako ofiarę”.

 

Polska sprawa agenta Tomka

Trzy dekady później, po drugiej stronie Atlantyku, Sąd Apelacyjny w Warszawie rozpatrywał sprawę o uderzających podobieństwach do historii DeLoreana. W wyroku z 26 kwietnia 2013 roku (sygn. II AKa 70/13) uniewinnił posłankę B.S. i burmistrza M.W. od zarzutów korupcyjnych, uznając działania Centralnego Biura Antykorupcyjnego za bezprawne.

Stan faktyczny był następujący. W styczniu 2007 roku funkcjonariusz CBA – posługujący się fikcyjną tożsamością i występujący jako przedsiębiorca – został skierowany na kurs szkoleniowy z prawa gospodarczego, w którym uczestniczyło czworo posłów. Formalnie realizował inne „zadanie legendujące”. W praktyce przez ponad cztery miesiące – od 3 lutego do 16 czerwca 2007 roku – prowadził tajną inwigilację posłanki B.S.: sporządzał notatki służbowe, dokonywał ukrytych nagrań, podtrzymywał znajomość.

Problem polegał na tym, że przed 16 czerwca CBA nie miało żadnych podstaw do podejrzeń wobec B.S.. Żadnych informacji o przestępczych zamiarach, żadnych dowodów korupcji. Inwigilacja była, jak to ujął Sąd Apelacyjny, „testowaniem uczciwości obywateli” – praktyką charakterystyczną dla państwa totalitarnego, nie demokratycznego.

Co więcej, gdy 27 czerwca 2007 roku szef CBA wydał zarządzenie o wręczeniu korzyści majątkowej, wskazał w nim tylko burmistrza M.W. – nie wydał żadnego zarządzenia dotyczącego B.S.. A mimo to funkcjonariusze wręczyli korzyść również jej.

W przypadku M.W. uchybienie było inne, ale równie poważne. Ustawa o CBA wymaga, by przed zarządzeniem wręczenia korzyści szef służby sprawdził wiarygodność informacji o przestępstwie. Tymczasem jedyną „informacją” było to, co funkcjonariuszowi powiedziała B.S. – że M.W. zażądał łapówki. Sam M.W. twierdził później, że to był żart. CBA nie przeprowadziło żadnej weryfikacji.

Sposób przeprowadzenia „wręczenia korzyści” był równie kuriozalny. Funkcjonariusz po prostu zostawił teczkę z pieniędzmi przy stoliku i wyszedł. M.W. został aresztowany przez innych funkcjonariuszy – choć pieniędzy nawet nie dotknął.

 

Owoce zatrutego drzewa

Sąd Apelacyjny w Warszawie sformułował zasadę, która powinna być wykuta w kamieniu nad wejściem do każdej siedziby służb specjalnych:

„Demokratyczne państwo ze swej istoty wyklucza testowanie uczciwości obywateli, czy dokonywanie wyrywkowej, «na chybił trafił» kontroli tej uczciwości przy użyciu w tym celu tajnych i podstępnych metod. Postępowanie takie jest cechą i praktyką państwa totalitarnego”.

Sąd przyjął koncepcję „owoców zatrutego drzewa” (fruits of the poisonous tree) – doktrynę wywodzącą się z amerykańskiego prawa konstytucyjnego. Jej istota jest prosta: jeśli samo drzewo jest zatrute, to wszystkie jego owoce również. Nielegalne działania operacyjne „skażają” nie tylko bezpośrednio uzyskane dowody, ale również wszystkie dowody pochodne.

Oznacza to, że nawet jeśli późniejsze działania CBA były formalnie poprawne, to fakt, że opierały się na informacjach uzyskanych wcześniej w sposób bezprawny, dyskwalifikuje całość materiału dowodowego.

Sąd odwołał się wprost do Konstytucji RP – art. 2 (zasada demokratycznego państwa prawnego), art. 7 (działanie organów władzy na podstawie i w granicach prawa), art. 51 ust. 4 (zakaz wykorzystywania informacji zebranych sprzecznie z ustawą) – oraz do art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantującego prawo do rzetelnego procesu.

 

Europejski standard: kiedy prowokacja przekracza granicę

Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu wypracował precyzyjny test oceny, czy działania operacyjne przekroczyły granicę dozwolonej prowokacji.

W przełomowej sprawie Ramanauskas przeciwko Litwie (2008) Wielka Izba Trybunału sformułowała definicję, która stała się punktem odniesienia dla wszystkich późniejszych orzeczeń: „Podżeganie przez policję ma miejsce wtedy, gdy określeni funkcjonariusze – pracownicy służb bezpieczeństwa lub osoby działające na podstawie otrzymanych od nich instrukcji – nie ograniczają się do śledzenia działalności przestępczej w sposób zasadniczo pasywny, ale wywierają takiego rodzaju wpływ na podmiot, że podżegają do popełnienia przestępstwa, które w przeciwnym razie nie zostałoby popełnione”.

W sprawie Veselov i inni przeciwko Rosji (2012) Trybunał poszedł dalej, dokonując systemowej krytyki braku nadzoru sądowego nad operacjami typu „zakup kontrolowany”. Porównując praktyki w 22 państwach członkowskich Rady Europy, Trybunał stwierdził, że rosyjski system – gdzie zakupy kontrolowane leżą wyłącznie w kompetencji służb operacyjnych, bez niezależnego nadzoru – jest „sprzeczny z praktyką przyjętą przez większość państw członkowskich”.

Trybunał wskazał też kluczowe rozróżnienie między skargą osoby prywatnej a informacją pochodzącą od policyjnego informatora. Ta druga „niesie ze sobą znaczące ryzyko przekroczenia roli agenta prowokatora” – informator, który sam uczestniczy w operacji jako kupujący, ma silną motywację do kreowania przestępstw, nie tylko ich wykrywania.

Wreszcie Trybunał jednoznacznie przesądził kwestię ciężaru dowodu: to na prokuraturze spoczywa obowiązek wykazania, że prowokacja nie miała miejsca – pod warunkiem, że zarzuty oskarżonego nie są „całkowicie nieprawdopodobne”.

 

Paralele i różnice

Sprawa DeLoreana i polska sprawa agenta Tomka dzieli trzy dekady i ocean. A jednak podobieństwa są uderzające:

Wykorzystanie słabości. DeLorean był zdesperowany finansowo – jego firma potrzebowała 17 milionów dolarów na przetrwanie. FBI wykorzystało tę desperację, oferując „inwestycję”, która okazała się pułapką narkotykową. W polskiej sprawie funkcjonariusz CBA przez miesiące budował relację z B.S., zanim w ogóle pojawiła się jakakolwiek sugestia korupcji.

Inicjatywa po stronie służb. To Hoffman zadzwonił pierwszy do DeLoreana. To funkcjonariusz CBA sam podjął inwigilację B.S., zanim miał jakiekolwiek podstawy do podejrzeń.

Niszczenie dokumentacji. Agent Tisa przyznał, że zniszczył notatki ze śledztwa. W polskiej sprawie szefowie CBA zeznawali przed sądem, że inwigilacja B.S. przed 16 czerwca w ogóle nie miała miejsca – dokumenty z tego okresu ujawniono dopiero na wyraźne żądanie sądu.

Predeterminacja wyniku. FBI postanowiło aresztować DeLoreana niezależnie od jego zachowania. Szef CBA wydał zarządzenie o wręczeniu korzyści M.W. bez weryfikacji wiarygodności informacji – zakładając z góry, że jest winny.

Jest jednak istotna różnica systemowa. W prawie amerykańskim entrapment (prowokacja) stanowi obronę materialną – oskarżony może zostać uniewinniony, jeśli wykaże, że został sprowokowany. W systemie europejskim prowokacja jest przede wszystkim naruszeniem proceduralnym – oznacza, że dowody są niedopuszczalne, a proces może zostać uznany za nierzetelny w rozumieniu art. 6 Konwencji.

 

Granica, której nie wolno przekraczać

Prowokacja policyjna ma służyć wykrywaniu przestępstw, nie ich wywoływaniu. Ta pozornie prosta zasada wyznacza granicę między państwem prawa a państwem policyjnym.

W demokratycznym państwie prawnym służby specjalne mogą – pod ściśle określonymi warunkami – wchodzić w rolę pozornych uczestników działalności przestępczej. Mogą kupować narkotyki od dilerów, przyjmować łapówki od skorumpowanych urzędników, infiltrować zorganizowane grupy przestępcze. Ale jest jedna rzecz, której robić nie wolno: tworzyć przestępstwa, które bez ich udziału by nie zaistniały.

Jak ujął to Sąd Apelacyjny w Warszawie: państwo demokratyczne dopuszcza metody operacyjne „wyłącznie wobec przestępców – by udowodnić im już popełnione przestępstwa, bądź wobec osób, których zachowania uzasadniają przypuszczenie, że przestępstwo mogą popełnić”. Testowanie uczciwości przypadkowych obywateli „na chybił trafił” to praktyka totalitarna.

DeLorean nie miał żadnej historii związków z narkotykami. Żadnych kontaktów w świecie przemytu. Jego jedyną „winą” była desperacja finansowa i naiwność, która kazała mu wierzyć w cudownych inwestorów. FBI wykorzystało tę słabość, by stworzyć przestępstwo – i przestępcę – od zera.

Podobnie B.S. i M.W. nie byli podejrzani o korupcję, zanim CBA nie postanowiło ich o nią posądzić. Funkcjonariusz budował relację przez miesiące, czekając, aż pojawi się okazja do „złapania” celu na gorącym uczynku. Gdy wreszcie usłyszał coś, co można było zinterpretować jako korupcyjną propozycję, nie sprawdził, czy to prawda. Po prostu zastawił pułapkę.

 

Lekcje dla praktyki

Co z tego wynika dla osób, które mogą paść ofiarą policyjnej prowokacji?

Po pierwsze: zgromadzone w trakcie czynności operacyjnych dowody muszą być weryfikowalne. Zgodnie z polskim prawem materiały z prowokacji przekazywane są prokuratorowi, a następnie odczytywane na rozprawie. Oskarżony ma prawo je badać, kwestionować, podważać.

Po drugie: kluczowe pytanie brzmi – kto zainicjował przestępstwo? Jeśli inicjatywa pochodziła od służb lub ich informatorów, a nie od oskarżonego, mamy silną przesłankę niedozwolonej prowokacji.

Po trzecie: należy badać dokumentację operacyjną. Czy służby miały podstawy do podejrzeń przed rozpoczęciem działań? Czy weryfikowały wiarygodność informacji? Czy istnieją luki w nagraniach, zniszczone notatki, niewytłumaczalne braki?

Po czwarte: motywacja informatora ma znaczenie. Czy działał bezinteresownie? Czy otrzymywał wynagrodzenie? Czy miał własne sprawy karne, w których współpraca mogła mu pomóc?

Hoffman otrzymał od FBI ponad 111 tysięcy dolarów i immunitet od ścigania. Gerald Scotti zeznał, że Hoffman chwalił się, iż „dostarczy” DeLoreana. W takiej sytuacji informator ma silną motywację, by tworzyć przestępstwa, nie tylko je wykrywać.

 

Zakończenie

John DeLorean wygrał swoją sprawę, ale zapłacił ogromną cenę. Jego firma upadła podczas procesu. Nazwisko, które miało kojarzyć się z innowacją i amerykańskim snem, na zawsze zostało splugawione podejrzeniami. Nawet uniewinnienie nie przywróciło mu dawnej pozycji. Zmarł w 2005 roku w względnym zapomnieniu.

DMC-12 – samochód, który miał podbić świat – przetrwał głównie dzięki filmowi Powrót do przyszłości, gdzie posłużył jako wehikuł czasu. Paradoksalnie, to fikcja ocaliła pamięć o prawdziwym DeLoreanie.

W Polsce wyroki w sprawach agenta Tomka – w tym omawiany wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie – stanowią ważny precedens. Pokazują, że nawet służby specjalne działające pod pozorem walki z korupcją muszą przestrzegać granic prawa. Że materiały uzyskane z naruszeniem procedur nie mogą stanowić podstawy skazania.

„W demokratycznym państwie prawnym przeprowadzenie prowokacji operacyjnej bez dochowania podstawowych wymogów ustawowych jest bezprawnym, nielegalnym działaniem niemogącym wywoływać żadnych skutków prawnych w sferze dowodowej” – orzekł Sąd Apelacyjny w Warszawie.

Granica między wykrywaniem przestępstw a ich tworzeniem jest cienka. Ale właśnie dlatego musi być bezwzględnie przestrzegana.