Insider trading – gang mecenasów z Brooklynu
O tym, jak grupa alumnów najlepszych kancelarii świata szyfrowała swój proceder kodem, który nie zmyliłby nawet ich własnych żon.
28 kwietnia 2026 roku Wielka Ława Przysięgłych w Dystrykcie Massachusetts zwróciła akt oskarżenia w sprawie USA v. Fejal et al., Criminal No. 1:26-cr-10133-LTS, który publicznie ujawniono dziewięć dni później. Akt liczy osiemdziesiąt pięć stron, zawiera szesnastu nazwanych oskarżonych oraz piętnastu nienazwanych współsprawców (oznaczonych jako CC-1 do CC-15), nie licząc dodatkowych pięciu osób z aktu uzupełniającego oraz dziewięciu z osobnych powiązanych spraw — łącznie trzydzieści osób, którym federalna prokuratura zarzuca udział w dziesięcioletnim schemacie obrotu informacjami poufnymi przed ogłoszeniami fuzji i przejęć. Wszyscy korzystają z konstytucyjnego domniemania niewinności do czasu prawomocnego wyroku; niniejszy tekst opiera się na ustaleniach aktu oskarżenia oraz pozwu cywilnego SEC, których tezy będą dopiero przedmiotem postępowania sądowego.
Wśród oskarżonych są handlowcy detaliczni z Brooklynu, kierowca z Hollywood na Florydzie, dwóch mieszkańców Federacji Rosyjskiej, jeden obywatel Izraela. Są też prawnicy. Czterech, jak wynika z konstrukcji aktu — choć tylko dwóch z nazwiska, bo dwóch pozostałych pojawia się jako anonimowi CC-1 i CC-2.
Mecenas Nicolo Nourafchan, według Above the Law absolwent Yale Law School z roku 2011, w trakcie kariery przepracował kolejno — według ustaleń Reutersa i Bloomberg Law, które uchylają nieco anonimizację indictmentu — w trzech kancelariach najwyższego poziomu rynku amerykańskiego: Sidley Austin, Latham & Watkins i Goodwin Procter (oznaczonych w aktach jako Law Firm A, B i C). Mecenas Robert Yadgarov, jego wspólnik w przedsięwzięciu, jest licencjonowanym adwokatem stanu Nowy Jork i kolegą Nourafchana ze studiów. CC-1 i CC-2, według tych samych źródeł, pracowali kolejno w Latham & Watkins, Paul Weiss, Cleary Gottlieb i butikowym banku inwestycyjnym; akt oskarżenia identyfikuje ich jedynie poprzez funkcje. Według aktu oskarżenia, wszyscy czterej, przez dziesięć lat, mieli dostarczać pozostałym oskarżonym informacje poufne na temat fuzji i przejęć takich spółek jak iRobot, Citrix, SailPoint, Momenta Pharmaceuticals, Qualcomm, Tim Hortons i C.R. Bard.
Na siedemdziesiątej drugiej stronie indictmentu prokuratura przytacza fragment korespondencji między Simonem Fensterszaubem (handlowcem, nie prawnikiem) a jego szwagrem Gavryelem Silversteinem (też handlowcem, też nieprawnikiem, ale za to żonatym z siostrą Fensterszauba i — co ważne — pełniącym w sieci, jak twierdzi prokuratura, funkcję pośrednika między Nourafchanem a resztą). Jest 16 czerwca 2022 roku. iRobot ma zostać przejęty przez Amazon za 1,7 miliarda dolarów — transakcja, która ostatecznie zostanie zerwana w styczniu 2024 roku po sprzeciwie Komisji Europejskiej, ale latem 2022 wszystko jeszcze wygląda obiecująco. Rynek o niczym nie wie. Wie o tym natomiast — według aktu oskarżenia — Nourafchan, w owym czasie formalnie zatrudniony w Goodwin Procter, ale przebywający na leave of absence, który dziewięć dni wcześniej zalogował się do firmowego systemu zarządzania dokumentami i przejrzał materiały dotyczące transakcji, na której nie pracował i z której był organizacyjnie wyłączony. I miał o tym powiedzieć Silversteinowi, który miał powiedzieć Fensterszaubowi, który miał powiedzieć kuzynom, a oni — znajomym z synagogi.
Tylko że trzeba o tym powiedzieć ostrożnie. Federalni przecież czytają.
Stąd ten kod:
— Nie możemy przepuścić tej łodzi!!
— Co u rabina??
— Stabilnie.
— Czy nadal jest umówiony na operację?
— Czekamy aż lekarz sprawdzi, czy operacja jest jeszcze potrzebna.
— Teraz jestem zdezorientowany i zaniepokojony jednocześnie.
— Nie powinieneś się martwić.
— Stary, to przerażające.
— Tak.
— Mam powiedzieć ludziom, żeby się wycofali?
I tak dalej, przez trzy tygodnie. Kiedy 5 sierpnia 2022 roku Amazon ogłosił przejęcie po cenie 61 dolarów za akcję — niżej, niż mieli, jak twierdzi prokuratura, oczekiwać oskarżeni — Simon Fensterszaub miał napisać jednemu ze swoich kontaktów: „Ostatnia chwila negocjacji, jak sądzę”. Bratu wysłał trzy znaki dolara $$$. Brat odpowiedział emoji rakiety i klaszczących dłoni. Co do rabina — okazało się, że operacja jednak była potrzebna, tyle że niezupełnie u tego pacjenta, którego mieli na myśli.
Czym jest insider trading?
Insider trading jest, zdaniem prokuratorów Eastern District of Massachusetts, najstarszym przestępstwem białych kołnierzyków, które wciąż się popełnia z entuzjazmem amatorów. Można rzec, że to przestępstwo o charakterze fundamentalnie literackim: wymaga, aby ktoś, kto wie, opowiedział o tym komuś, kto nie wie, w sposób, którego nie zrozumie ten, kto się dowie później. Czyli — niemal definicyjnie — wymaga języka, którego ktoś trzeci nie odczyta.
Nie ma takiego języka.
W każdym razie nie ma go w wersji, jaką potrafi skonstruować przeciętny trader-amator z Brooklynu komunikujący się z trzema kuzynami i jedenastoma znajomymi z dzielnicy. Akt oskarżenia liczy osiemdziesiąt pięć stron, większość zajmują transkrypty wiadomości tekstowych, i czytając je z perspektywy czysto filologicznej można wysnuć tezę, że największą wartością intelektualną tej dekady spędzonej na obrocie informacjami niejawnymi było to, że nikt z konspiratorów nigdy nie podjął najmniejszej refleksji nad tym, co właściwie znaczy kod.
Rzecz w tym, że kod ma jedną zasadniczą funkcję: ma zachować kompromitujące znaczenie przed dekodowaniem, a po dekodowaniu — pozostać niewinny. Innymi słowy, prawdziwy kod jest jak dobrze skrojony alibi: brzmi sensownie, gdy się go bada, i bezsensownie, gdy się go ignoruje. Tymczasem zwroty używane przez oskarżonych — „lot”, „rabin”, „operacja”, „Tora i micwy”, „chawruza” (partner do studiowania Talmudu), „Otisville” (federalne więzienie obozowe w stanie Nowy Jork, znane z najbardziej rozbudowanej w systemie federalnym infrastruktury koszernej i z tego powodu szeroko kojarzone w społeczności żydowskiej z miejscem osadzenia oskarżonych pochodzenia żydowskiego, w tym Michaela Cohena) — działają dokładnie odwrotnie: brzmią dziwacznie w wersji jawnej i kompromitująco w dekodowanej. To nie jest kod. To jest spowiedź pisana łamigłówkami.
Najbardziej znamienny jest moment, w którym Mark Fensterszaub, nie do końca rozumiejąc subtelności hebrajskiej teologii zastępczej, otrzymuje od Silversteina komunikat: „Może zaczniemy uczyć się w przyszłym tygodniu, da Bóg”. Mark, do którego nie dotarła subtelność metaforyczna, odpowiada: „W takim razie może zacznę uczyć się Koranu”.
Dwa tygodnie później, 13 lipca 2022 roku — wciąż przed ogłoszeniem przejęcia, ale w momencie, gdy według aktu oskarżenia Nourafchan przekazał już Silversteinowi nowe pomyślne sygnały — Silverstein miał napisać do Marka: „Nie musisz już uczyć się Koranu”.
Jak informacje poufne wyciekają z największych kancelarii świata?
Gdyby ktoś chciał zrozumieć, jak to wszystko technicznie działało, najlepiej zacząć od pojęcia document management system, które w branży prawniczej oznacza zwykle iManage, NetDocuments albo coś podobnego. Każda duża kancelaria korporacyjna ma taki system. W systemie tym przechowywane są wszystkie dokumenty wszystkich transakcji, jakie kancelaria prowadzi. System loguje, kto kiedy co otworzył.
Według aktu oskarżenia, Nourafchan miał zwyczaj otwierać dokumenty dotyczące transakcji, których nie prowadził. Przeglądał je. Czasami wracał. Czasami przeglądał je ponownie w okresie leave of absence — formalnego urlopu, w trakcie którego dostęp do systemu, technicznie rzecz biorąc, wciąż mu przysługiwał, ale moralnie i kontraktowo był już mocno wątpliwy. Raz miał zrobić to w dniu, w którym oddawał firmowy laptop, ostatniego dnia zatrudnienia. W innym przypadku — według prokuratury — spojrzał w dokumenty potencjalnej akwizycji Momenty cztery dni przed datą skutecznego rozwiązania umowy o pracę, terminacji, o której był zawiadomiony dziesięć dni wcześniej.
Nourafchan, być może, nie zdawał sobie sprawy, że logi DMS są przechowywane. Albo zdawał, ale uznał, że nikt nigdy nie skompiluje listy dokumentów, które otwierał, i nie skoreluje jej z transakcjami giełdowymi swoich znajomych. Być może po prostu nie zastanawiał się nad tym wcale. Z punktu widzenia technologii śledczej — niezależnie, co myślał — był on po prostu graphem, którego węzły to dokumenty, krawędzie to akty otwarcia, etykiety to daty, a zewnętrzny zbiór danych (transakcje na rynku) ma identyczną strukturę czasową. Kiedy się te dwa zbiory nakłada, dostaje się czytelny obraz. Jak wezwanie sędziowskie do zeznań. SEC korzysta w tym celu z systemu ARTEMIS (Advanced Relational Trading Enforcement Metrics Investigation System), który przechowuje miliardy rekordów transakcyjnych i pozwala identyfikować skoordynowane wzorce handlu przez powiązanych traderów w wielu papierach jednocześnie.
Na tym, w istocie, polega nowoczesne śledztwo w sprawach insider tradingu — i to jest pierwszy z kilku punktów, które warto, by zauważyły kancelarie polskie, choć żadna z nich w tej sprawie nie figuruje. Wrócimy do tego.
Krótka lekcja o tym, jak nie pisać szyfrem
Strategicznie sprawa była, w pewnym sensie, znakomicie pomyślana. Na szczycie piramidy stało dwóch wspomnianych już prawników. Pomiędzy nimi a finalnymi traderami pośredniczyli „middlemen”, w tym Silverstein oraz dwóch nienazwanych kolegów ze studiów (CC-3, CC-4). Traderzy najniższego szczebla — handlowcy detaliczni, kierowcy, drobni przedsiębiorcy z Florydy, Nowego Jorku, Kalifornii i Federacji Rosyjskiej — kupowali papiery wartościowe spółek, których przejęcia jeszcze nie ogłoszono. Każda warstwa pośredników miała na celu rozcieńczenie powiązań pomiędzy źródłem informacji a osobą wykonującą transakcję.
Co więcej, transakcje wykonywane były, gdy się dało, w zagranicznych rachunkach maklerskich (Rosja), w spółkach panamskich i szwajcarskich, na cudzych nazwiskach. Pieniądze poruszały się w gotówce, w pożyczkach pozornych („just put business loan in the memo section”), w transferach między kontami, których właściciele oficjalnie się nie znali. W jednej operacji z 2017 roku Ilya Gavrilov przesłał 485 tysięcy dolarów ze szwajcarskiego konta panamskiej spółki na rzecz nowojorskiego adwokata reprezentującego inną spółkę, kontrolowaną przez Yadgarova, w celu zakupu nieruchomości. To wszystko wygląda — i dla jednego z biegłych prokuratury wygląda — jak rozsądna architektura prania pieniędzy.
Aż do momentu, gdy zacznie się czytać SMS-y.
W SMS-ach bowiem konspiratorzy regularnie mówili sobie: „Lot ląduje 12 sierpnia”, „rabin czuje się słabo”, „musimy przygotować bagaż”. Mówili sobie: „Otrzymałem telefon, żeby upewnić się, że konto jest finansowane”. Mówili: „Mamy lot za tydzień”. Po ogłoszeniu przejęcia jeden z nich wysłał drugiemu zdjęcie stosów banknotów ściśniętych gumkami. Ktoś inny przesłał gif z gangsterem palącym cygaro. Jeden zaczął wysyłać GIF z samolotem startującym z lotniska. Inny odpowiedział emoji szampana.
Cała sztuka pieniądza brudnego polega na tym, by zaciemnić, czyje są pieniądze, i jak trafiły tam, gdzie trafiły. Jest to sztuka topologii — przemieszczania węzłów po grafie tak, aby nikt nie zrozumiał, jaki kształt rysują. Ale jeśli każdemu transferowi towarzyszy SMS w stylu „To zwrot z tego lotu, o którym ci mówiłem”, to topologia traci znaczenie.
Psychologia insider tradingu
Pojawia się tu pewien moment psychologicznej finezji, który zasługuje na osobną uwagę. 28 lipca 2022 roku — pięć dni po tym, jak Simon Fensterszaub zdążył przekazać informację o iRobocie kolejnym ośmiu osobom — Yisroel Horowitz przesyła Simonowi link do artykułu prasowego: Zapowiedziano kilka aktów oskarżenia w sprawie insider tradingu. Brian Fensterszaub wysyła ten sam artykuł swojemu bratu Markowi i pyta, czy Mark zna go już od Horowitza. Mark odpowiada: zrzutem ekranu z wynikiem wyszukiwania w Google: „definicja insider tradingu”.
To moment niemal komicznego oświecenia — pięcioro mężczyzn, którzy od tygodni komunikują się z sobą o „lotach” i „rabinach”, nagle, na sekundę, zauważa, że istnieje fenomenologicznie kategoria opisująca ich życie. Sprawdzają definicję w Google. Następnego dnia kupują kolejne akcje iRobota.
Wniosek pierwszy: dla skutecznego popełnienia tego rodzaju przestępstwa nie wystarczy wiedzieć, że to jest przestępstwo — trzeba jeszcze, żeby ta wiedza miała wpływ na zachowanie. To dwie różne rzeczy. Współczesna psychologia eksperymentalna nazywa różnicę między nimi akrazją — niepowściągliwością — i przypisuje jej źródło do dysocjacji między systemem deliberatywnym a systemem zarządzania pożądaniem. W aktach oskarżenia, oczywiście, akrazja ma inne imię: stanowi po prostu jeden z dowodów mens rea.
Wniosek drugi, znacznie smutniejszy: jeśli akt oskarżenia zostanie udowodniony, ten moment kliknięcia w wynik insider trading definition stanie się ex post obrazem własnej klęski — bez dystansu, bez ironii, bez refleksji. Następnego dnia, jak twierdzi prokuratura, kupili kolejne akcje. Pełne, że tak powiem, intelektualne uznanie ryzyka — i całkowity brak konsekwencji w zachowaniu.
System insider tradingu działał przez dekadę
Pewnym istotnym aspektem sprawy — który prawdopodobnie nie zostanie odpowiednio podkreślony w komentarzach prasowych — jest to, że schemat działał przez ponad dziesięć lat. Pierwsze transakcje konspiracyjnej sieci datowane są na sierpień 2014 roku (Tim Hortons, akwizycja Burger King) i obejmują wówczas głównie Ilyę Gavrilova oraz nienazwanego współpracownika oznaczonego w aktach jako CC-2. Sam Nourafchan, jak wynika z pozwu cywilnego SEC, wszedł do schematu w późniejszej fazie — według dokumentów SEC począwszy od 2018 roku, choć struktura zarzutów karnych obejmuje go już w okresie wcześniejszym. Ostatnie transakcje pochodzą z sierpnia 2024. Pomiędzy tymi datami świat zmienił się znacząco: zmienił się prezydent Stanów Zjednoczonych (dwukrotnie), zmieniła się architektura giełdowa, zmieniły się systemy DMS, zmieniły się przepisy o monitorowaniu komunikacji, pojawiły się i zniknęły całe firmy. Konspiratorzy przeżyli pandemię — w trakcie której, sądząc po datach transakcji, intensywnie handlowali papierami Momenty Pharmaceuticals, Citrixa i SailPointu — oraz dwa cykle wyborcze, jedną wojnę i cztery powtórki Mission: Impossible.
Ten poziom trwałości schematu nie wziął się z talentu konspiracyjnego. Wziął się z dwóch zjawisk, które warto sformułować precyzyjnie:
Po pierwsze, źródłowa kontrola — kontrola nad dostępem do dokumentów w kancelariach klasy Am Law 100 — w praktyce nie istniała na poziomie konkretnego mandatu, lecz wyłącznie na poziomie zatrudnienia. Innymi słowy: jeśli byłeś associate’em, a system widział twoje hasło, miałeś dostęp do wszystkich plików, łącznie z transakcjami, na których nie pracowałeś. Chinese walls — koncepcyjna konstrukcja oddzielania zespołów pracujących na konfliktowych mandatach — istniały w polityce wewnętrznej, w opracowaniach compliance, w deklaracjach corocznych. W systemie informatycznym nie istniały. Były dekoracją.
Po drugie, regulator — w tej sprawie SEC, FBI, prokuratura federalna — działa w ramach tego, co się nazywa trade-based detection: monitoruje ruchy na rynku w okolicach ogłoszeń M&A i ex post identyfikuje transakcje statystycznie nieprawdopodobne. Z racji niezliczonych aktów ogłoszeń każdego roku (niemal 30 spółek znajduje się w tym jednym tylko akcie oskarżenia), zdolność regulatora do zauważenia anomalii jest funkcją zarówno wielkości transakcji, jak i stopnia jej skupienia w czasie. Badania empiryczne wskazują, że bardziej rygorystyczny nadzór giełdowy zmniejsza częstotliwość przypadków insider tradingu, ale jednocześnie zwiększa zyski na pojedynczy przypadek — sprawcy uczą się być ostrożniejsi. Konspiratorzy działali, jak się okazało, dokładnie na tej granicy: wystarczająco niewidoczni, by przez dziesięć lat nie zostać złapani; wystarczająco zauważalni, by, gdy dochodzenie się rozpoczęło, dostarczyć materiał na osiemdziesięciopięciostronicowy akt oskarżenia.
Co zatem złamało schemat? Nie rynek. Nie regulator. Nie compliance. Złamał go, jak się wydaje na podstawie szczegółów ze stron 50–52 indictmentu, undercover agent podszywający się pod przedstawiciela organu regulacyjnego. 12 marca 2024 roku Brian Fensterszaub miał odebrać telefon i — zgodnie z treścią aktu oskarżenia — zachować się dokładnie tak, jak zachowuje się osoba świadoma ryzyka prawnego. Niezwłocznie zadzwonił do Silversteina i poinformował go o telefonie. Reakcja Silversteina, według prokuratury: „Holy shit. To najbardziej obrzydliwa rzecz, jaką w życiu słyszałem”. Następnego dnia, 13 marca 2024 roku, ten sam undercover agent zadzwonił do Silversteina i zapytał wprost, czy zna kogoś z kancelarii pracujących nad iRobotem czy Momentywem. Silverstein odpowiedział: „uhh, nie, nie znam”.
Te dialogi — według aktu oskarżenia — stanowią podstawę zarzutów utrudniania wymiaru sprawiedliwości. Nourafchan stoi pod dwoma zarzutami z tytułu obstruction of justice (odpowiednio za nakłanianie CC-4 do składania fałszywych zeznań oraz za nakłanianie do usuwania dowodów z telefonu); Mark Fensterszaub, David Moradi i Joseph Suskind są oskarżeni o składanie fałszywych zeznań.
Przestępczość białych kołnierzyków
Można teraz, bez większego ryzyka błędu, sformułować trzy obserwacje, które mają — jak sądzę — znaczenie szersze niż dla samej tej sprawy.
Pierwsza — o naturze przestępczości popełnianej przez ludzi z wykształceniem prawniczym. Adwokat-przestępca jest postacią starszą niż Bartleby. Sprawa Fejal et al. dodaje jednak — jeśli zarzuty zostaną udowodnione — nową nutę. Eugene Soltes w monografii Why They Do It z 2016 roku, jednym z lepszych w ostatniej dekadzie studiów psychologii przestępczości białych kołnierzyków, argumentuje, że wielcy oszuści korporacyjni rzadko działają w wyniku racjonalnej kalkulacji kosztów i korzyści. Działają intuicyjnie, w „szarej strefie”, bez momentu deliberacji, w którym przeprowadzaliby pełne rozeznanie konsekwencji. Schemat zarzucany Nourafchanowi byłby, gdyby zarzuty zostały udowodnione, skrajnym potwierdzeniem tezy Soltesa: nie chodziłoby tu o adwokata, który łamie prawo z chciwości, oportunizmu albo z przekonania, że jego talent intelektualny upoważnia go do przekraczania zasad. Chodziłoby o coś gorszego niż chciwość — o zwykłą, prozaiczną głupotę. Słowo „głupota” brzmi domowo wobec absolwenta Yale Law School, ale lepszego nie ma w języku. Nourafchan, według prokuratury, uczestniczył w SMS-ach, w których jego znajomi pisali do siebie „lot startuje 12 sierpnia” i „weź dużą walizkę”. Wiedział — z całą pewnością wiedział, jako absolwent prestiżowej szkoły prawniczej i były associate kancelarii M&A — że doktryna tipper-tippee, ugruntowana orzeczeniami United States v. O’Hagan i Salman v. United States, obejmuje także niego — pierwsze ogniwo łańcucha. Nie wiedział — albo nie chciał wiedzieć — że jest to jednocześnie głupie. To dwie różne kategorie świadomości i tylko ich połączenie skutecznie powstrzymuje od działania.
Druga — o architekturze technologicznej kancelarii prawniczych. Ta sprawa wybudowała swój materiał dowodowy nie z zeznań świadków, nie z fizycznej obserwacji, nie z laptopa odzyskanego przy aresztowaniu, lecz z metadanych systemu zarządzania dokumentami. To jest, mówiąc lapidarnie, nowa epoka — epoka, w której każda kancelaria każdego kraju pozostawia za sobą permanentny ślad cyfrowy, który ex post może być odczytany w sposób, jaki w 2014 roku był możliwy wyłącznie teoretycznie. Implikacja jest asymetryczna: o ile mechanizmy ochrony danych klienta wzmacnia się dziś nieustannie (RODO, ePrivac), o tyle mechanizmy audytu wewnętrznego dostępu do tychże danych — to znaczy, kontroli nad samą kancelarią — pozostają w wielu polskich firmach na poziomie 2010 roku. Kancelaria, która nie wie, kto otwierał jakie dokumenty w jej DMS, jest dziś, ze ściśle technicznego punktu widzenia, instytucją bezbronną wobec zarówno wewnętrznego nadużycia, jak i zewnętrznego dochodzenia.
Pytanie, które warto sobie zadać po lekturze indictmentu, brzmi zatem: czy w naszym systemie — tu już mówię o systemie polskim — działa cokolwiek, co odpowiada amerykańskiemu perp walk?
Można argumentować — i wielu argumentowałoby — że nie mamy. Polskie badania empiryczne z 2023 roku, dotyczące dwóch dekad spraw market abuse, wskazują, że postępowania karne w tej materii trwały w polskim systemie 6,5–7,8 razy dłużej niż przeciętne postępowanie karne, a skuteczność sądowego ścigania insider tradingu była znacząco niższa niż w analogicznym systemie amerykańskim.
To jest, ostatecznie, być może najmocniejszy wniosek z tej sprawy: dla amerykańskiego adwokata mens rea staje się objawiona w chwili, gdy uzbrojeni agenci federalni stoją na progu jego mieszkania.

Robert Nogacki – radca prawny (WA-9026), założyciel Kancelarii Prawnej Skarbiec.
Są prawnicy, którzy zajmują się prawem. I są tacy, którzy zajmują się problemami, na które prawo nie ma gotowej odpowiedzi. Od ponad dwudziestu lat Kancelaria Skarbiec pracuje na przecięciu prawa podatkowego, struktur korporacyjnych i ludzkiej niechęci do oddawania państwu więcej, niż się państwu należy. Doradzamy przedsiębiorcom z kilkunastu krajów – od tych z listy Forbesa po tych, którym fiskus właśnie zajął konto i którzy nie wiedzą, co robić jutro rano.
Jeden z najczęściej cytowanych ekspertów prawa podatkowego w polskich mediach – pisze dla Rzeczpospolitej, Dziennika Gazety Prawnej i Parkietu nie dlatego, że to dobrze wygląda w CV, lecz dlatego, że pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić w piśmie procesowym i ktoś musi je powiedzieć głośno. Autor AI Decoding Satoshi Nakamoto. Sztuczna inteligencja na tropie twórcy Bitcoina. Współautor nagrodzonej książki Bezpieczeństwo współczesnej firmy.
Kancelaria Skarbiec zajmuje czołowe pozycje w rankingach kancelarii podatkowych Dziennika Gazety Prawnej. Czterokrotny laureat Medalu Europejskiego, laureat tytułu International Tax Planning Law Firm of the Year in Poland.
Specjalizuje się w sporach z organami skarbowymi, międzynarodowym planowaniu podatkowym, regulacjach kryptoaktywów i ochronie majątku. Od 2006 roku prowadzi sprawę WGI – jedną z najdłuższych spraw karnych w historii polskiego rynku finansowego, bo są rzeczy, których nie wolno zostawić w połowie, nawet jeśli trwają dwie dekady. Wierzy, że prawo jest zbyt poważne, żeby traktować je wyłącznie poważnie – i że najlepsza porada prawna to ta, dzięki której klient nigdy nie musi stanąć przed sądem.