Maszyneria strachu

Maszyneria strachu

2026-06-02

Ujawniony 28 maja 2026 r. akt oskarżenia z Nowego Jorku odsłania kulisy produkcji irańskiej propagandy

Odpieczętowany w Nowym Jorku akt oskarżenia daje rzadki wgląd w maszynerię terroru sojuszników Iranu i stawia niepokojącą tezę: propaganda nie jest pozostałością po operacji, lecz samą operacją.

Osiemnastego kwietnia 2026 roku w Londynie ktoś podpalił synagogę. Czyn był prymitywny. Inscenizacja już nie. Gdzieś daleko, na ekranie, kilku mężczyzn obserwowało na żywo, jak ogień zajmuje budynek, poprzez połączenie wideo, którego obraz oprawiono w logo ich organizacji. Jeden z nich, po angielsku, prowadził sprawcę krok po kroku: zapal jeden w dłoni, podpal, rzuć czwarty, dokładnie tak, jak reżyser prowadzi aktora przez ujęcie.

Powstałe nagranie nie było zapisem ataku. Było jego produktem. Ogień podłożono po to, by mogło powstać nagranie.

Przywykliśmy myśleć o terrorystycznej propagandzie jak o spalinach: najpierw przemoc, potem nagranie, na końcu przechwałka. Ośmiopunktowy akt oskarżenia odpieczętowany pod koniec maja w Sądzie Okręgowym dla Południowego Dystryktu Nowego Jorku (sygn. 26 MAG 1622)[^1] proponuje porządek odwrotny.

Propaganda nie jest pozostałością po operacji. Propaganda jest operacją.

 

Reżyser terroru – kim jest człowiek, który pisze scenariusze zamachów?

Oskarżonym jest Mohammad Baqer Saad Dawood Al-Saadi, lat trzydzieści dwa, obywatel iracko-irański, którego rząd Stanów Zjednoczonych nazywa dowódcą w Kata’ib Hizballah, irackiej milicji uznanej w 2009 roku za zagraniczną organizację terrorystyczną i działającej, jak twierdzi akt oskarżenia, ramię w ramię z irańskim Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). (Zarzuty to wyłącznie zarzuty; oskarżonego chroni domniemanie niewinności, dopóki sąd nie orzeknie inaczej.) Analitycy, którzy prześledzili jego drogę, widzą w nim kogoś subtelniejszego niż dowódcę brygady: zasób Sił Quds, który przemieszczał się między kilkoma milicjami, nie piastując w żadnej formalnej rangi, a więc człowieka bliższego Teheranowi niż jakiejkolwiek pojedynczej irackiej jednostce.

By zrozumieć ten dokument, warto poznać człowieka, wokół którego śmierci wszystko się obraca. Generał Kasem Sulejmani dowodził Siłami Quds, ekspedycyjnym ramieniem IRGC i narzędziem, za pomocą którego Teheran zarządza siecią swoich pełnomocników, tak zwaną Osią Oporu, układem milicji rozsianych po regionie od czasu rewolucji 1979 roku. W styczniu 2020 roku amerykański atak dronowy w Bagdadzie zabił w jednej chwili Sulejmaniego oraz Abu Mahdiego al-Muhandisa, przywódcę Kata’ib Hizballah. Iran od tamtej pory zapowiada zemstę; ówczesny prezydent obiecywał „surową zemstę”, a wymiar sprawiedliwości posunął się do wskazania dziewięćdziesięciu sześciu Amerykanów, w tym prezydenta, jako „podejrzanych” w sprawie zabójstwa.

Związek oskarżonego z tamtym porankiem nie jest abstrakcyjny. Agentom FBI, którzy później przewieźli go do Nowego Jorku, miał powiedzieć, że był „jak syn” Sulejmaniego, że stale mu towarzyszył i że tego właśnie dnia miał wieźć generała na spotkanie z al-Muhandisem, kiedy rakieta dosięgła ich obu. Przez przypadek grafiku nie znalazł się w samochodzie. Na każdej platformie, z której korzysta (konto na X, kanał na Telegramie, konto WhatsApp powiązane z jego numerem telefonu), zdjęcie profilowe jest to samo: on sam, obok martwego generała. Można zbudować całe powołanie na jednym chybieniu, i to powołanie najwyraźniej tak właśnie powstało.

Nie był, jak wynika z materiału z otwartych źródeł, wyłącznie propagandystą. Przed wojną miał prowadzić sieci pozyskiwania dronów dla irackich milicji, logistykę, która zostawia operatorowi kontakty i infrastrukturę poza granicami kraju, a podczas irackich protestów 2019 roku miał współkierować komórką polującą na działaczy społeczeństwa obywatelskiego. Podróżował, jak odnotowuje ten sam materiał, na irackim paszporcie służbowym, dokumencie człowieka, którego państwo uznaje za swojego. Prokuratura zostawia ten szczegół bez komentarza, a sąsiaduje on niewygodnie z tezą o wolnym strzelcu: zaprzeczalność, którą całe przedsięwzięcie ma wytwarzać, w jego przypadku mogła się zacząć w okienku urzędu paszportowego.

Wedle ustaleń rządu wojna, która dała mu sposobność, zaczęła się 28 lutego 2026 roku, gdy Stany Zjednoczone i Izrael uderzyły w Iran i zabiły jego Najwyższego Przywódcę; w kolejnych tygodniach Al-Saadi przystąpił do odpowiedzi. Zatrzymano go w Turcji na początku maja, dzień po tym, jak (twierdzi prokuratura) zadzwonił do kontaktu w Stanach Zjednoczonych z pytaniem, czy ten zna kogoś, kto mógłby „zaatakować” na miejscu, „podpalając” albo „cokolwiek zdoła”, w tym „zabijając”. Dwa tygodnie później przewieziono go do Nowego Jorku. Gdzieś nad Atlantykiem, zrzekłszy się prawa do milczenia, zaczął się tłumaczyć.

 

Propaganda czynu i jej współczesna mutacja

Idea, że sam czyn może być komunikatem głośniejszym niż jakikolwiek manifest, nie jest nowa. W latach siedemdziesiątych XIX wieku teoretycy anarchizmu nadali jej nazwę: propaganda czynu. Spektakularny akt buntu, dowodzili, poruszy masy skuteczniej niż jakakolwiek broszura; czyn przemawiał sam, będąc zarazem zdarzeniem i tekstem. Paul Brousse ukuł to wyrażenie, Kropotkin i Malatesta nieśli je dalej, a w ślad poszła długa epoka zamachów i skrytobójstw.

To, co opisuje akt oskarżenia, jest mutacją tej idei, i to mutacją znaczącą. Czyn nie przemawia już sam. Czyn jest inscenizowany po to, by mógł zostać zarejestrowany. Przemoc zdegradowano do roli surowca, z którego dopiero wytwarza się właściwy produkt: obraz. Różnica jest subtelna i całkowita. Stara doktryna głosiła, że akt jest przesłaniem. Nowa głosi, że akt istnieje dla kamery. Połączenie z Londynu jest tego dosłownym dowodem: dowódca nie tyle dokumentuje zamach, ile go reżyseruje, a podpalenie zgrywa się z transmisją.

 

Lata produkcji terrorystycznego serialu: sequel, prequel, remake, reboot, spin-off, crossover

W tej branży działał zresztą od dawna. Wiosenna kampania nie wzięła się znikąd. Od lat Al-Saadi prowadził jednoosobowe studio treści, publikując z konta zweryfikowanego (z niejaką bezczelnością wskazującego jako lokalizację Stany Zjednoczone) do grona obserwujących, które nigdy nie przekroczyło tysiąca stu. Zasięg był skromny, wytrwałość już nie. Publikował Kapitol w gruzach („nasza zemsta za poległych przywódców trwa”). Publikował twarz prezydenta na muszce karabinu. Publikował prezydenta grającego w golfa pod cieniem bombowca B-2. Obok zdjęcia z Sulejmanim, w 2021 roku, napisał: „oko za oko, ząb za ząb, i nadchodzimy do Waszyngtonu i Florydy”, Waszyngton i rezydencję na Florydzie, wskazane pięć lat przed próbą wcielenia tego w czyn.

Najbardziej wymownym gatunkiem w jego dorobku jest pożegnanie. Co pewien czas Al-Saadi oznajmia, że kończy, że „wyłączy wszystkie telefony, dopóki amerykański wróg nie zostanie pokonany”, że to „zwycięstwo albo męczeństwo”. W lipcu 2025 roku opublikował długą, zawodzącą elegię ku czci poległych oficerów Korpusu i podpisał się słowami: „nie wezmę telefonu po tym wpisie […] to ostatni wpis”. Nie był to ostatni wpis. Inscenizowane zniknięcie, odgrywane męczeństwo, które samo jest wpisem, oto człowiek, dla którego nawet żałoba jest produkcją, a kamera nigdy do końca nie gaśnie.

Co prowadzi do kwestii autorstwa. Odpowiedzialność za londyńską synagogę i za blisko dwadzieścia innych ataków w Europie tej wiosny wzięła na siebie organizacja przedstawiająca się jako nowa i niezależna: Harakat Ashab al-Yamin al-Islamiya, Islamski Ruch Towarzyszy Prawicy, z własnym logo i własnym oświadczeniem założycielskim. Teza aktu oskarżenia jest taka, że to nic podobnego: to przykrywka, marka powołana, by wykonywać pracę Kata’ib Hizballah pod cudzą twarzą. Zewnętrzni analitycy doszli do tego samego wniosku w ciągu kilku tygodni, nazywając ją „sfabrykowaną przykrywką”, a w jednej z ocen modelem, który najtrafniej streszcza formuła „zaprzeczalny, jednorazowy, destrukcyjny”.

Dowody na maskaradę mają charakter niemal forensyczny. Nowe logo to bliski krewny znaków Kata’ib Hizballah i Hezbollahu. Oświadczenie założycielskie poszło tymi samymi kanałami (ustalonymi organami medialnymi środowiska szyickich bojówek), z których Kata’ib Hizballah, Hezbollah i IRGC korzystają od lat. Najbardziej obciążający jest jednak szczegół natury czasowej: Al-Saadi opublikował oświadczenie założycielskie na własnym Snapchacie ponad cztery godziny przed tym, zanim pojawiło się publicznie. To nie ślad sympatyka podającego dalej cudzy manifest, lecz ślad jego autora. Resztę dopowiada tempo. Grupa licząca sobie raptem kilka dni potrafiła, mówiąc słowami dokumentu, „praktycznie z dnia na dzień” uruchomić komórki w całej Europie i przeprowadzić kilkanaście ataków w ciągu kilku tygodni. Tego się nie improwizuje. Nie da się aktywować dwudziestu komórek z marszu, jeśli nie istniały już wcześniej, podłączone i czekające. Świeżość marki jest najpewniejszym dowodem wieku struktury, która kryje się pod spodem.

To logika wojny zastępczej i jej zasadnicze napięcie. Państwo stojące za atakiem potrzebuje dwóch rzeczy nie do pogodzenia: zaprzeczalności, by nie dało się go obwinić, oraz przypisania, by przemoc wykonała swoją polityczną pracę. Nowa nazwa to urządzenie zbudowane, aby utrzymać oba naraz, by mocodawca mógł odebrać ukłon, zachowując dystans wobec sceny. Akt oskarżenia w istocie pokazuje to urządzenie w chwili awarii. Ta sama infrastruktura, zmontowana po to, by rozgłaszać przekaz, zdradziła powiązanie, które miała ukryć.

 

Spin doktor na czele „ruchu oporu”

Najbardziej pouczający fragment dokumentu podważa pewne zachodnie założenie. W ramach „oporu” (jego określenie IRGC i jego pełnomocników) Al-Saadi miał powiedzieć agentom, że odpowiadał za media i wojnę psychologiczną, a także za strategię i wywiad wojskowy. Nie trzy stanowiska. Jedno. Człowiek od propagandy jest dowódcą.

Lubimy na Zachodzie zaliczać operacje informacyjne do działań wspierających, do działu komunikacji doczepionego do „właściwego” rzemiosła wojny. Architektura, którą tu widać, odwraca tę kolejność. To akt zbrojny obsługuje przekaz. Al-Saadi nazwał nagrania z zamachów „wojną psychologiczną”, obliczoną, jak twierdził, na to, by „zaszczepić strach i grozę” w ludności cywilnej, i ujął rzecz z rozbrajającą oszczędnością: wszystko, co odwraca uwagę wroga, jest przydatne. Cała ekonomia przedsięwzięcia mieści się w tym zdaniu. Zamach jest przydatny o tyle, o ile rodzi obraz; obraz jest przydatny o tyle, o ile naciska na cywilnego i politycznego odbiorcę. Gdy podawał materiał kontaktowi z Kata’ib Hizballah, jego polecenie brzmiało jak polecenie redaktora wydania: „wrzuć to do wiadomości, ważne”.

Dwa szczegóły ustalają jego rolę jako producenta, nie kibica. Nagrania z zamachów, które publikował, nie były w chwili publikacji dostępne nigdzie indziej; miał materiał źródłowy, zanim gdziekolwiek wypłynął. Prowadził też nie jedną operację, lecz, jak sam powiedział w nagranej rozmowie, „wiele zespołów”, co akt oskarżenia potwierdza, zauważając, że każdy z europejskich ataków wykonała inna ręka. Jest wreszcie fotografia z lutego 2024 roku: Al-Saadi w sali konferencyjnej, którą później opisał jako obiekt wywiadu wojskowego, stoi przed stojakiem karabinów maszynowych, na ścianie za nim mapa Stanów Zjednoczonych, a obok niej lista „uprawnionych celów” z nazwiskami prominentnych amerykańskich urzędników. Studio, jak się okazuje, trzymało listę śmierci na ścianie.

 

Estetyka odliczania

Jest też sama forma rzeczy, w której maszyneria zdradza pokrewieństwo z reklamą. Materiały pełne są zegarów. Zamrożona klatka zatrzymuje licznik na 23:59:58. Plakat głosi „72 GODZINY” nad słowami „czas się kończy”. Grafika zatytułowana „European Frontier” stawia mapę Europy nad dobowym odliczaniem. To gramatyka filmowego zwiastuna i oferty ograniczonej czasowo, sztucznie wytworzona pilność, najpewniejsza dźwignia w całym arsenale. Awersja do straty zaprzęgnięta do terroru: zegar nie informuje, lecz przymusza.

Dwujęzyczność sama w sobie zdradza. Część przekazów jest po arabsku, część po angielsku, a „ostateczne ostrzeżenie” kierowane jest dobitnie „do wszystkich narodów świata, a zwłaszcza w Unii Europejskiej”. Dwa języki, dwoje odbiorców. Arabski przemawia do zwolenników i rekrutów. Angielski przemawia do ofiary, do zachodniej opinii publicznej, którą strachem ma się nakłonić do określonej polityki, przy czym jawnym celem jest zmuszenie Stanów Zjednoczonych i Izraela do przerwania wojny z Iranem. To zaś, mniej więcej, podręcznikowa definicja terroryzmu: przymuszanie rządu za pomocą strachu zasianego w ludności. Studio potrafiło puścić także zwiastun samego siebie; zanim dwóch ludzi spróbowało podłożyć ładunek przy budynku Bank of America w Paryżu, grupa opublikowała materiał zapowiadający atak właśnie na to miejsce.

Nie cała produkcja jest tak zdyscyplinowana. Jedno z siedemdziesięciodwugodzinnych ultimatum zsunęło się w stronicę osobistych inwektyw pod adresem prezydenta i jego rodziny, materiał, który lepiej streścić niż cytować. Sygnały operacyjne kryją się zaś, jak zwykle, na widoku: kody aktywujące komórki („Badr 1, Badr 2, Khaybar 14″, nazwy dawnych bitew, oraz ciągi w rodzaju R362, C357, A351) zaszyte pośród wersetów Koranu, tak by rozkaz brzmiał jak modlitwa. Gdy jedno z telegramowych kont grupy zamknięto, przeniosła się po prostu na ustalone kanały Osi Oporu i nadawała dalej, sieć dystrybucji znów starsza i głębsza niż marka, której służyła.

 

Ekonomia zlecenia

A potem otwierają się księgi. Ekonomia, gdy wypływa w nagranych rozmowach, jest zaskakująco zindustrializowana. Wyłania się z niej model kontraktowy. Cena ataku w Stanach Zjednoczonych wynosiła dziesięć tysięcy dolarów: trzy tysiące z góry, w kryptowalucie, reszta po wykonaniu, płatność uruchamiana kodem QR i adresem portfela. Pracę miał wykonać podwykonawca, za pośrednictwem człowieka, który twierdził, że znalazł chętnego członka meksykańskiego kartelu.

Najwymowniejsza jest klauzula gwarancyjna. Al-Saadi ujął ją, jak twierdzi prokuratura, w suchym języku handlu: jeśli robota zostanie wykonana, dobrze, a jeśli nie, „odzyskuję pieniądze, tak wygląda umowa”. Terror wyceniony jak kontrakt, z klauzulą zwrotu. Była też opcja hurtowa, oferował przelać pełne dziesięć tysięcy w jednej transakcji, gdyby wykonawca zdołał „podpalić wszystkie trzy lokalizacje jednocześnie”, a do tego analiza rynku. Europa, tłumaczył, działa sama: „u nas w Europie wszystko się układa”, „naprawdę niczego nie potrzebujemy”. Liczyły się Stany Zjednoczone i Kanada, te były „bardzo, bardzo ważne”. Rynek nasycony i rynek wzrostowy, omawiane jak kwartalne terytoria sprzedaży.

Cele wyznaczono ze starannością kierownika projektu. Tajnemu funkcjonariuszowi przesłał zdjęcie i mapę z dokładną lokalizacją manhattańskiej synagogi wraz z dokumentem opisującym jej zbór jako zwolenników „prawa Izraela do istnienia”, a następnie dwa kolejne cele: centra żydowskie w Los Angeles i w Scottsdale w Arizonie, opatrzone adnotacją „zagorzali zwolennicy syjonizmu”. (Jego ludzie w Kanadzie, jak zauważył w innej rozmowie, mieli już na koncie „konsulat i Kneset”, to jest konsulat USA i synagogę.) Potem padło zdanie, które zdradza całą logikę. Zapytany, czy woli bombę, czy ogień, odparł, że nie ma nic przeciwko temu, by zacząć od ognia, lecz że „najważniejsze”, aby „zdarzenie zostało nagrane”. Nagranie, dla ataku, który jeszcze się nie wydarzył i nigdy się nie wydarzy, było już produktem do dostarczenia.

To, co nastąpiło, czyta się, z niesmakiem, jak zarządzanie projektem; niecierpliwość jest korporacyjna, przedmiot nie. „Operacja będzie dziś czy jutro”, pisał. Potem: „operacja musi się odbyć DZIŚ […] ważne, żeby zrobić to wieczorem […] mamy ważniejsze rzeczy do zrobienia, ale to musi być pierwsze”. I wreszcie, w tonie człowieka ponaglającego spóźnionego dostawcę: „chcę dobrych wieści dziś wieczorem […] nie jutro, bracie”. Wykonawca, który był pracownikiem FBI, odesłał nagranie policji na ulicy przy synagodze. Dobre wieści nie nadeszły. Kilka dni później Al-Saadi wciąż dopytywał, dlaczego roboty nie wykonano.

 

Robotnicy jednorazowi

Jeśli produktem było nagranie, robocizna była równie jednorazowa. Ręce, które naprawdę podkładały ogień, nie należały, wedle dowodów zbieranych dziś w Europie, do ideologów, lecz do drobnych przestępców i nastolatków werbowanych na Snapchacie i Telegramie za niewielkie sumy do prostych podpaleń, do, jak sucho ujęła to jedna z pracowni badawczych, „proxy w modelu gospodarki zadaniowej”, terroru oddanego w ręce pracy kontraktowej, łącznie z klauzulą zwrotu. Washington Institute, który śledzi ten wzorzec, liczy dotychczasowe zatrzymania w dziesiątkach, w co najmniej czterech krajach, a wśród zatrzymanych są chłopcy w wieku od czternastu do siedemnastu lat. Konstrukcja jest złowroga właśnie dlatego, że tania: operator bez przekonań nie zostawia śladu przekonań, żadnego manifestu, żadnego kazania, niczego, co konwencjonalny radar mógłby wychwycić. To logika jednorazowego obrazu rozciągnięta na człowieka: użyj raz, odrzuć, a trwałą pracę niech wykona nagranie.

 

Kiedy reprezentacja wyprzedza czyn

Najlepszą ilustracją tej tezy jest jednak rozdźwięk między tym, co ogłoszono, a tym, co było prawdą. Szesnastego kwietnia grupa obwieściła, że jej członkowie zaatakowali ambasadę Izraela w Londynie dronami obładowanymi materiałem „niebezpiecznym, rakotwórczym i radioaktywnym”. Nazajutrz policja odnalazła w pobliżu ambasady wrak drona i dwa słoiki z proszkiem. Proszek okazał się nieszkodliwy.

I oto sedno, w miniaturze. Przekaz wyprzedził rzeczywistość. Propaganda obwieściła coś na kształt brudnej bomby; zdolność operacyjna sprowadziła się do szczypty bezwładnego pyłu. Groźbę wyprodukowano dla efektu, nie zbudowano z możliwości, a wartości produkcyjne przygotowano z wyprzedzeniem. Dwa dni przed publicznym oświadczeniem Al-Saadi otrzymał surowy materiał: mężczyzn w kombinezonach ochronnych, z logo grupy przyklejonym do każdego z nich, pozujących przy dronie uzbrojonym w fiolki. Kombinezony jako kostium. W dawnym terroryzmie liczył się przede wszystkim promień rażenia. W modelu, który opisuje akt oskarżenia, liczy się promień obrazu, a obraz radioaktywnego drona robi swoje niezależnie od tego, czy w słoikach była groźna substancja, czy mąka.

Maszyna wytwarza nie tylko nagrania, lecz i uzasadnienia; każde okrucieństwo przychodzi z gotowym podpisem. Londyńska organizacja charytatywna oberwała, bo jej założyciel niegdyś służył w izraelskiej armii. Londyński portal medialny wybrano za „powiązania finansowe z Izraelem i Arabią Saudyjską”. Nagranie podpalonej izraelskiej restauracji w Monachium opatrzono uwagą, że „mogło się to wydarzyć w ciągu dnia”, groźba przebrana za żal. A wśród celów był jeden, którego żaden podpis nie wybieli: cztery karetki należące do Hatzalah, ochotniczej służby prowadzącej ratownictwo medyczne dla ortodoksyjnych społeczności żydowskich. Studio opatrzyło adnotacją nawet to.

Przez cały czas dba o pozory sakralne. Rozkaz aktywujący komórki poszedł pod nagłówkiem „Shadow soldiers”, z kodami zaszytymi pośród Pisma, tak by instrukcja brzmiała jak nabożeństwo. Nawet nota na profilu Al-Saadiego utrzymana jest w tonacji moralnego pouczenia: to, co zakazane, pozostaje zakazane, radzi, „nawet jeśli czynią to wszyscy”. To również jest wytwórczość: produkcja sensu, którą owija się produkcję strachu.

 

Perspektywa prawna

Konstrukcja prawna jest, jak na standardy amerykańskiej polityki antyterrorystycznej, klasyczna: spisek i udzielanie „materialnego wsparcia” wyznaczonym organizacjom terrorystycznym (18 U.S.C. § 2339B oraz § 2339A), usiłowanie aktu terroryzmu o charakterze transgranicznym, spisek w celu wysadzenia miejsca użytku publicznego (§ 2332f), zniszczenie mienia ogniem lub materiałem wybuchowym (§ 844(i)). Na chwilę zatrzymania zasługuje jurysdykcja. Przepis kodeksu federalnego (§ 3238) pozwala ścigać przestępstwa rozpoczęte poza terytorium jakiegokolwiek stanu, a kotwicą wiążącą sprawę z Manhattanem jest reguła „pierwszego sprowadzenia” sprawcy oraz ukierunkowanie zamachów na Amerykanów. W praktyce Stany Zjednoczone sięgają przez ocean, by objąć zdarzenia, które rozegrały się w Liège, Rotterdamie, Amsterdamie i Paryżu.

Dla polskiego i europejskiego czytelnika pouczające jest porównanie instrumentów (mutatis mutandis, systemy procesowe są bowiem odmienne). Polski Kodeks karny posługuje się definicją przestępstwa o charakterze terrorystycznym (art. 115 § 20 k.k.) i penalizuje udział w zorganizowanej grupie albo związku o takim charakterze (art. 258 k.k.), a także, co dla naszego tematu istotne, samą sferę przekazu: art. 255a k.k. obejmuje rozpowszechnianie lub publiczne prezentowanie treści mogących ułatwić popełnienie przestępstwa o charakterze terrorystycznym, przy czym w doktrynie idzie o materiał instruktażowy, plany obiektów czy instrukcję wytwarzania broni, nie zaś o samą propagandę grozy[^3]. Artykuł 165a k.k. penalizuje z kolei finansowanie terroryzmu, i to nie tylko organizacji, lecz także pojedynczego przestępstwa o charakterze terrorystycznym, a od 2017 roku również jego nieumyślne materialne wspieranie[^4]. Przekroczenie granicy w celu popełnienia takiego przestępstwa sankcjonuje art. 259a k.k. Ramą unijną jest dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2017/541 w sprawie zwalczania terroryzmu[^2], która zastąpiła decyzję ramową 2002/475/WSiSW i obejmuje między innymi publiczne nawoływanie (w tym pochwalanie) do popełnienia przestępstwa terrorystycznego oraz rekrutację i szkolenie.

Tu jednak otwiera się luka, którą warto zaznaczyć w duchu lex ferenda. Niemal wszystkie te przepisy, amerykańskie i europejskie, wymierzone są albo w czyn zbrojny, albo w „treść” pojmowaną jako pojedyncza publikacja. Maszyneria nie jest ani jednym, ani drugim. Jest linią produkcyjną: inscenizacja przemocy, rejestracja, montaż, dystrybucja przejętymi kanałami i wycena zlecenia stanowią jeden ciąg technologiczny. Prawo amerykańskie już tu się napina: od czasu sprawy Holder v. Humanitarian Law Project z 2010 roku nawet wypowiedź może stanowić materialne wsparcie, jeśli jest „skoordynowana” z organizacją terrorystyczną, lecz żaden sąd nie musiał dotąd rozstrzygać, jak ściśle propaganda na zlecenie musi być kierowana, by przekroczyć ten próg, a cicha teza aktu oskarżenia, że producent nagrań jest sam wspierającym terror, powyżej któregokolwiek z podpalaczy, jest na tyle nowa, że zaprasza do poważnego sporu. Prawo, które tnie tę linię na osobne kawałki (osobno wsparcie, osobno treść, osobno finansowanie), uchwyci ogniwa, lecz przeoczy fabrykę. Polski Kodeks karny dzieli ją zresztą podobnie: pieniądz ma swój przepis (art. 165a), materiał instruktażowy swój (art. 255a), pochwalanie jeszcze inny (art. 255 § 3), tak że każdy fragment znajduje dom, lecz zintegrowana produkcja, linia montażowa jako jedno przedsięwzięcie, nie ma żadnego. To obserwacja de lege ferenda, nie zarzut wobec obowiązującego stanu prawnego, a jedynie wskazanie kierunku, w którym dogmatyka będzie musiała dojrzeć.

 

Wnioski: jeden łańcuch dostaw

Stąd nauka dla każdego, kto zajmuje się operacjami wpływu. Nie należy analizować przekazu i przemocy jako dwóch zjawisk. To jeden łańcuch dostaw. Zamach jest filmowany, ponieważ film jest produktem. „Nowa” organizacja nie jest nowym zagrożeniem, lecz rozpoznawalną sygnaturą starej sieci, a atrybucja powinna podążać za infrastrukturą medialną, nie za deklarowaną tożsamością. By rozbić taką strukturę, trzeba uderzyć nie tylko w węzeł zbrojny, lecz i w węzeł produkcji oraz dystrybucji, ten, który nadaje całości sens i wartość.

Sprawę Al-Saadiego rozstrzygną, jak wszystkie, sąd i ława przysięgłych, a jego chroni domniemanie niewinności, dopóki wyrok mu go nie odbierze. Departament Sprawiedliwości wyraźnie traktuje to jako własny komunikat: wydobycie go z Turcji było, wedle jednej z ocen, niezwykle stanowczym sięgnięciem po iracką postać milicyjną, sygnałem, że dystans, który kupuje sieć, może już nie być pewny. Lecz maszyna, którą opisuje dokument, przetrwa to postępowanie, bo jej logika jest powtarzalna, a surowca (krzywdy oraz ludzi gotowych z niej skorzystać) nie brakuje. Powiedział to zresztą sam, w jednej z nagranych rozmów, planując amerykańskie zamachy, które jego zatrzymanie miało wkrótce udaremnić. To najbliższe, co całe przedsięwzięcie ma do deklaracji misji: „Ta wojna się nie skończy. Albo oni unicestwią nas, albo my ich”.

 

[^1]: Akt oskarżenia, United States v. Mohammad Baqer Saad Dawood Al-Saadi, U.S. District Court for the Southern District of New York, sygn. 26 MAG 1622; odpieczętowany 28 maja 2026 r. Cytowane fragmenty pochodzą z draftowych tłumaczeń wypowiedzi w języku arabskim, przytoczonych w afidawicie.

[^2]: Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2017/541 z 15 marca 2017 r. w sprawie zwalczania terroryzmu, Dz.Urz. UE L 88 z 31.03.2017, s. 6.

[^3]: A. Michalska-Warias, w: M. Królikowski, R. Zawłocki (red.), Kodeks karny. Komentarz, t. III, wyd. 5, Warszawa 2024, uwagi do art. 255a, Nb 9 i nast.; treści muszą obiektywnie zawierać informacje bezpośrednio ułatwiające popełnienie czynu (np. plany obiektów, instruktaż wytwarzania broni), a § 2 dotyczy udziału w szkoleniu terrorystycznym.

[^4]: P. Petasz, w: M. Królikowski, R. Zawłocki (red.), Kodeks karny. Komentarz, t. II, wyd. 5, Warszawa 2023, uwagi do art. 165a, Nb 10; § 1 obejmuje gromadzenie, przekazywanie lub oferowanie środków w zamiarze sfinansowania pojedynczego przestępstwa o charakterze terrorystycznym, a § 2 (od 2017 r.) penalizuje nieumyślne materialne wspieranie działalności terrorystycznej.

 

Inne publikacje na podobne tematy

Fake news i rosyjska dezinformacja a odpowiedzialność twórców internetowych

Proces Dylana Earla i mit „jednorazowego agenta”