Churning: jak oszuści wyzerowują rachunki inwestorów

Churning: jak oszuści wyzerowują rachunki inwestorów

2026-06-03

Zaczyna się niewinnie. Ktoś prowadzi na komunikatorze Telegram „grupę sygnałów inwestycyjnych VIP”, chwali się spektakularnymi wynikami zarządzania portfelem forex albo kryptoaktywów i zaprasza do bezpłatnej społeczności inwestorów. Po kilku dniach pojawiają się pierwsze zyski, rośnie zaufanie, a wraz z nim apetyt na więcej.

Kilka tygodni później rachunek jest pusty.

W wielu takich sprawach decydującym, choć dla ofiary niewidocznym mechanizmem jest churning. Ten artykuł wyjaśnia od podstaw, czym jest churning, dlaczego niemal zawsze prowadzi do utraty kapitału, jak wygląda anatomia wciągania inwestora oraz, co najważniejsze, dlaczego ten schemat skutkuje także wobec osób ostrożnych i inteligentnych. Pomyślany jest jako kompletne wprowadzenie dla kogoś, kto styka się z tym zjawiskiem po raz pierwszy.

Wbrew obiegowej intuicji nie jest to opowieść o pechu ani o naiwności. To opowieść o arytmetyce. Najmocniejszym dowodem nie są bowiem pojedyncze historie pokrzywdzonych, lecz dane samego nadzoru: analizy produktowe Europejskiego Urzędu Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA), na których oparto unijną interwencję z 2018 roku, pokazują czarno na białym, że strata jest tu wpisana w konstrukcję produktu, a churning jedynie przyspiesza nadejście nieuchronnego. To właśnie te liczby będą osią całego wywodu.

 

Czym jest churning?

Churning, czyli w swobodnym tłumaczeniu „mielenie” rachunku, to nadmierne i pozbawione ekonomicznego uzasadnienia zawieranie transakcji na cudzym rachunku po to, by generować wynagrodzenie od obrotu, a nie w interesie inwestora. Pojęcie wywodzi się z prawa rynku kapitałowego Stanów Zjednoczonych, gdzie określa praktykę maklera dokonującego częstych transakcji na rachunku klienta wyłącznie po to, by mnożyć prowizje. W prawie amerykańskim churning narusza przepisy antyfraudowe Securities Exchange Act z 1934 roku (skodyfikowane w 17 C.F.R. § 240.15c1-7), a Reguła 2111 FINRA, dotycząca odpowiedniości (suitability), jest konsekwentnie odczytywana jako zakazująca nadmiernego obrotu. Doktryna amerykańska wymaga wykazania trzech elementów: kontroli sprawcy nad rachunkiem, nadmierności obrotu w świetle celów inwestycyjnych klienta oraz zamiaru oszukańczego lub rażącego lekceważenia interesu klienta.

Istota jest prosta i niezmienna. Wynagrodzenie osoby prowadzącej rachunek zależy od liczby i wielkości transakcji, a nie od wyniku klienta. W wydaniu klasycznym był to nielojalny makler. Dziś znacznie częściej spotykamy odmianę rozgrywaną w oszustwach na rynku forex i CFD, prowadzonych przez fałszywych „doradców” i „grupy sygnałowe” na Telegramie, WhatsAppie czy Instagramie. Wspólny mianownik pozostaje ten sam, a w skrajnej postaci interes sprawcy jest wprost sprzeczny z interesem ofiary, ponieważ to właśnie zniszczenie rachunku, poprzedzone maksymalnym obrotem, bywa dla niego najbardziej dochodowe. W opisywanym schemacie spełnione są zresztą wszystkie trzy elementy klasycznego churningu: ofiara przekazuje dane logowania (kontrola), wolumen jest dobierany pod prowizje (nadmierność), a zamiar wynika z samej konstrukcji wynagrodzenia „partnera”.

 

Model wynagrodzenia, czyli dlaczego „doradcy” zależy na obrocie, a nie na zysku

Aby zrozumieć churning, trzeba zrozumieć, kto i za co płaci „doradcy”. Najczęściej działa on w modelu partnera wprowadzającego (Introducing Broker, IB) albo afilianta brokera. Jego wynagrodzenie przyjmuje jedną z trzech postaci: udziału w przychodach brokera z transakcji poleconego klienta (revenue share), stałej stawki za każdy przehandlowany lot (rebate) albo narzutu doliczanego do spreadu. W modelu progowym stawka rośnie wraz z łącznym wolumenem poleconych klientów, co wprost premiuje zwiększanie obrotu. Co istotne, dochód IB ma charakter powtarzalny: dopóki polecony klient handluje, partner zarabia. Powstaje strukturalny konflikt interesów identyczny z klasycznym churningiem, w którym liczy się wolumen, a nie zysk inwestora. „Bezpieczne zarządzanie kapitałem”, które obiecuje sprawca, jest więc dokładnym przeciwieństwem tego, co robi: jego optymalnym wynikiem jest maksymalny obrót zakończony wyczerpaniem rachunku, byle po drodze udało się zebrać dość prowizji.

Ta obserwacja ma kluczowe znaczenie prawne, do którego wrócimy. Sprawcą nie jest bowiem „inwestor, który źle obstawił”, lecz partner wprowadzający, którego model zarobkowy z definicji premiuje niszczenie cudzego kapitału. To przesądza, kto ponosi odpowiedzialność karną i cywilną.

 

Dlaczego rachunki niemal zawsze topnieją? Dane i matematyka

To nie jest kwestia pecha. Strata jest wpisana w samą konstrukcję produktu i potwierdzona twardymi danymi nadzoru.

 

Ujemna wartość oczekiwana, czyli przewaga „domu”

Punktem wyjścia jest ujemna wartość oczekiwana. Dostawca CFD zarabia na spreadzie, prowizji i koszcie finansowania pozycji, więc, jak wprost stwierdza analiza produktowa ESMA, inwestor musi mieć ujemną oczekiwaną stopę zwrotu, bo w przeciwnym razie model biznesowy dostawcy byłby nierentowny. Przeciętny uczestnik gra zatem w grę, w której matematyczne oczekiwanie jest dla niego ujemne, zanim jeszcze cokolwiek kliknie.

Najlepiej widać to na opcjach binarnych, instrumencie pokrewnym, który ESMA przeanalizowała w czystej, laboratoryjnej postaci. Weźmy modelowy przykład z analizy nadzoru: opcja kosztuje 100 euro i wypłaca 180 euro, jeśli „wejdzie w pieniądz”, a szansa na to wynosi około 50 procent, jak przy rzucie monetą. Wartość oczekiwana to połowa ze 180 euro, czyli 90 euro, podczas gdy zapłaciliśmy 100. Każde kliknięcie kosztuje statystycznie dziesięć euro, niezależnie od tego, czy akurat wygramy, czy przegramy. To nie jest gra losowa o uczciwych szansach. To gra, w której dom pobiera dziesięcioprocentową daninę od każdego zakładu.

 

Paradoks, który demaskuje cały mechanizm

Tu pojawia się liczba, która obnaża istotę zjawiska lepiej niż jakakolwiek opowieść. W danych zebranych przez ESMA od rzeczywistych dostawców jedna z firm raportowała, że jej klienci wygrywali 54 procent pojedynczych transakcji, a mimo to 83 procent rachunków kończyło na minusie. U innego dużego dostawcy proporcja brzmiała 50,7 procent wygranych transakcji wobec 83,3 procent stratnych rachunków. Wzór powtarza się u wszystkich badanych firm: pojedyncza transakcja przypomina rzut niemal uczciwą monetą, w okolicach 45 do 54 procent szans, podczas gdy na poziomie całego rachunku stratę ponosi od 73,7 do 85 procent klientów.

Jak to możliwe, że można wygrywać większość transakcji i jednocześnie prawie na pewno stracić cały rachunek? Odpowiedź brzmi: bo liczą się nie pojedyncze rzuty, lecz ich seria pomnożona przez przewagę domu. I właśnie ta przepaść między „prawie uczciwą monetą” na poziomie jednej transakcji a „prawie pewną stratą” na poziomie rachunku jest sednem schematu. Sprawca nie potrzebuje, byś przegrywał każdą transakcję. Wystarczy, że będziesz grał często.

 

Próg, którego nikt nie zauważa

Pokażmy to liczbą. Wróćmy do opcji o wypłacie 180 euro przy szansie 50 procent i zadajmy pytanie pozornie banalne: ile z dwudziestu zakładów trzeba wygrać, żeby wyjść na plus? Intuicja podpowiada dziesięć, czyli połowę. Intuicja jest w błędzie. Z rachunku ESMA wynika, że potrzeba dwunastu wygranych z dwudziestu. Jedenaście wygranych i dziewięć przegranych to wciąż strata, bo dziewięć przegranych po 100 euro przewyższa zysk z jedenastu wygranych po 80 euro netto. Prawdopodobieństwo, że uda się uzyskać te dwanaście trafień, wynosi około 25 procent, co oznacza, że prawdopodobieństwo łącznej straty po dwudziestu transakcjach to mniej więcej 75 procent. A im dłuższa seria, tym bliżej pewności.

To jest właśnie twierdzenie o ruinie gracza zastosowane do instrumentu o ujemnej wartości oczekiwanej. Skoro, według danych ESMA, łączna szansa zysku przeciętnego klienta detalicznego mieści się w przedziale od 11 do 26 procent, długa seria transakcji niemal pewnie kończy się wyzerowaniem rachunku. Churning, czyli sztuczne mnożenie tej serii, nie zmienia szans pojedynczego zakładu. On po prostu wydłuża grę aż do statystycznie nieuchronnego końca, inkasując prowizję przy każdym obrocie.

 

Skala kompulsji

Że to nie teoria, lecz codzienna praktyka, widać w częstotliwości handlu. Według danych ESMA przeciętny klient zawierał od 100 do 200 transakcji rocznie, a u niektórych dostawców raportowano od 27 do 54 transakcji miesięcznie na rachunek. W zbiorze danych od dziesięciu dostawców, który ESMA zebrała za okres od stycznia do sierpnia 2017 roku, stratę poniosło średnio 87 procent rachunków. To nie są liczby świadczące o inwestowaniu. To liczby świadczące o kompulsji, a kompulsja jest dokładnie tym stanem, który schemat ma w ofierze wywołać i podtrzymać.

 

Dźwignia, czyli podpałka

Dźwignia ten proces dramatycznie przyspiesza, i to na trzy sposoby. Po pierwsze, powiększa koszty względem depozytu, bo spread i prowizja liczone są od pełnej, lewarowanej wartości pozycji, więc przy wysokiej dźwigni same koszty pochłaniają znaczną część kapitału. Po drugie, wzmacnia stratę: im wyższa dźwignia, tym mniejszy ruch ceny wystarczy, by wyczerpać depozyt. Po trzecie, wysoka dźwignia wiąże się z większym wolumenem transakcji, a każde wejście i wyjście z rynku to kolejny zapłacony spread.

Geometrię tego przyspieszenia najlepiej oddaje przykład z analizy ESMA. Wyobraźmy sobie kontrakt na złoto o wartości ekspozycji 10 000 euro. Przy dźwigni 20:1 depozyt zabezpieczający wynosi 500 euro, więc spadek ceny złota o 5 procent zeruje cały depozyt. Przy dźwigni 100:1 depozyt to już tylko 100 euro, a do jego wyzerowania wystarczy spadek o 1 procent, czyli ruch o rutynowej, wewnątrzdziennej częstotliwości. Innymi słowy, przy skrajnej dźwigni nie trzeba żadnego krachu. Wystarczy zwyczajny, nudny dzień na rynku, by depozyt zniknął.

Jak niebezpieczna potrafi być nielimitowana dźwignia, pokazało załamanie kursu franka szwajcarskiego 15 stycznia 2015 roku, gdy część inwestorów została z ujemnym saldem sięgającym dziesiątek tysięcy euro, wielokrotnie przekraczającym wpłacony kapitał. To właśnie wtedy dojrzała idea ochrony przed ujemnym saldem. Wniosek z tej części jest niewygodny, ale jednoznaczny: intensywny, wysokowolumenowy „trading” nie jest aktywnym zarządzaniem, lecz niemal deterministyczną drogą do zera. Churning jedynie przyspiesza ten proces i czyni go opłacalnym dla sprawcy.

 

Czas trzymania pozycji, czyli dlaczego liczy się każda godzina

Jest jeszcze jeden, rzadziej omawiany wymiar tej arytmetyki: czas. Z danych, które ESMA zebrała od dużych brokerów, wynika prosta zależność: im dłużej trzyma się lewarowaną pozycję, tym większa szansa, że zostanie automatycznie zamknięta na skutek niekorzystnego ruchu ceny. Dla różnych klas aktywów obraz jest uderzająco różny. U jednego z dużych brokerów brytyjskich tylko około 11 procent pozycji na indeksach i 13 procent na walutach pozostawało otwartych dłużej niż dobę, podczas gdy w przypadku akcji było to aż 69 procent, a mediana czasu trzymania akcji wynosiła pięć dni. U innego brokera trzeci kwartyl czasu trzymania sięgał 22 dni dla walut, 47 dni dla towarów i 142 dni dla akcji.

Dlaczego to istotne dla ofiary schematu? Bo churning rozgrywany jest najczęściej na instrumentach o krótkim horyzoncie i wysokiej zmienności, gdzie pozycje są otwierane i zamykane wielokrotnie w ciągu dnia. Każde takie wejście i wyjście to kolejny zapłacony spread, kolejny obrót zasilający prowizję „partnera” i kolejny rzut monetą obciążoną przewagą domu. To nie przypadek, że sprawcy nie polecają cierpliwego trzymania jednej pozycji przez tygodnie. Cierpliwość nie generuje prowizji. Generuje ją gorączka.

 

Ramy regulacyjne: co wolno, a czego nie

Europejski prawodawca dostrzegł te zagrożenia. Na podstawie art. 40 rozporządzenia MiFIR (rozporządzenie (UE) nr 600/2014) Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych uzgodnił środki interwencji produktowej ESMA wobec kontraktów CFD: porozumienie zapadło 23 marca 2018 roku, decyzję (UE) 2018/796 przyjęto 22 maja, a obowiązuje od 1 sierpnia 2018 roku (równolegle decyzją (UE) 2018/795 zakazano sprzedaży opcji binarnych klientom detalicznym od 2 lipca 2018 roku). Środki wobec CFD opierają się na pięciu filarach:

  • Limity dźwigni zróżnicowane według zmienności instrumentu bazowego.
  • Reguła zamknięcia pozycji (margin close-out) przy spadku środków na rachunku do 50 procent wymaganego minimum, liczona na poziomie rachunku.
  • Ochrona przed ujemnym saldem na poziomie rachunku, dzięki której klient nie może stracić więcej, niż wpłacił.
  • Zakaz zachęt typu bonus, cashback i podobnych korzyści.
  • Ujednolicone ostrzeżenie o ryzyku z podanym odsetkiem klientów ponoszących straty.

Limity dźwigni jako mapa zmienności

Sama tabela limitów dźwigni jest pouczająca, bo to w istocie urzędowa mapa ryzyka poszczególnych klas aktywów. Im wyższa zmienność instrumentu, tym niższa dozwolona dźwignia:

Klasa aktywów Limit dźwigni Depozyt początkowy
Główne pary walutowe 30:1 3,33%
Niegłówne pary, złoto, główne indeksy 20:1 5%
Pozostałe towary, niegłówne indeksy 10:1 10%
Pojedyncze akcje 5:1 20%
Kryptowaluty 2:1 50%

Te liczby nie są arbitralne. ESMA dobrała je, symulując na podstawie wieloletnich danych rynkowych, jaka dźwignia oznacza 5-procentowe prawdopodobieństwo przymusowego zamknięcia pozycji w ciągu jednego dnia. Dla kryptowalut symulacje dawały dźwignię rzędu 2:1, dla Ethera czy Ripple zaledwie 2:1 lub 1:1 — stąd najniższy w całej tabeli limit. Innymi słowy, limit 2:1 na kryptowaluty to nie ostrożnościowa przesada urzędników, lecz odzwierciedlenie tego, jak gwałtownie te instrumenty potrafią się poruszać. Każda fałszywa „grupa sygnałowa” oferująca dźwignię 500:1 na bitcoinie oferuje więc dwustapięćdziesięciokrotność tego, co regulator uznał za granicę bezpieczeństwa.

 

Dlaczego zakaz bonusów nie jest formalnością

Zakaz bonusów ESMA uzasadniła wprost: bonusy i podobne zachęty odwracają uwagę od wysokiego ryzyka produktu, skłaniają do częstszego handlu i, skoro większość klientów traci, prowadzą do tego, że klient traci więcej, niż straciłby bez bonusu. Skala ówczesnej dźwigni również robi wrażenie. Jak podała grupa IG w odpowiedzi na konsultacje ESMA, w drugiej połowie 2017 roku 57 procent jej unijnych klientów detalicznych handlowało z dźwignią wyższą niż limity, które ESMA dopiero wprowadzała. To pokazuje, jak agresywne było lewarowanie przed interwencją i jak dotkliwie odczuwali je inwestorzy. Co więcej, istnieje przyczynowy, a nie tylko korelacyjny dowód, że ograniczenie dźwigni poprawia wyniki: badanie Heimera i Simska (NBER 2017), wykorzystujące wprowadzenie limitów przez amerykański nadzór CFTC, wykazało, że limity realnie zmniejszają straty inwestorów detalicznych.

 

Od interwencji ESMA do trwałej regulacji KNF

Istotny jest też status prawny tych środków. Interwencja ESMA miała charakter tymczasowy i działała w trzymiesięcznych cyklach. Po jej wygaśnięciu polski nadzór zastąpił ją własną interwencją produktową KNF, wprowadzoną Decyzją nr DAS.456.2.2019 z 1 sierpnia 2019 roku, obowiązującą od 2 sierpnia 2019 roku i utrzymującą analogiczne ograniczenia na stałe. KNF przewidziała przy tym kategorię „doświadczonego klienta detalicznego”, który po wykazaniu odpowiedniej historii transakcji i kwalifikacji może uzyskać wyższą dźwignię, do 100:1 dla wybranych par walutowych, zachowując ochronę przed ujemnym saldem i dostęp do systemu rekompensat dla inwestorów.

 

Przepis najważniejszy: zakaz obchodzenia

Najważniejszy dla naszego tematu jest jednak jeden przepis. Art. 3 decyzji ESMA dotyczącej CFD zakazuje świadomego i celowego udziału w działaniach, których celem lub skutkiem jest obejście tych zabezpieczeń, „w tym przez występowanie w roli zastępującej dostawcę CFD”. To właśnie robią schematy oszukańcze. Kierując ofiarę do brokera spoza Unii i przejmując jej rachunek pod pozorem „zarządzania”, omijają limity dźwigni, zakaz bonusów i ochronę przed ujemnym saldem. Jak wskazuje analiza polskiego rynku CFD z 2025 roku, to właśnie obejście przez zagranicznych brokerów pozostaje główną, nierozwiązaną luką regulacyjną w praktyce. Wniosek praktyczny jest prosty: bonus i skrajna dźwignia, które niszczą rachunek, nie są cechą brokera działającego zgodnie z prawem unijnym, lecz sygnałem podmiotu działającego poza tym reżimem.

 

Jak wciąga się inwestorów?

Mechanizm jest powtarzalny i zaprojektowany tak, by prowadzić ofiarę krok po kroku, bez momentu, w którym zapala się jedna wyraźna czerwona lampka. Każdy kolejny etap jest tylko nieco większy od poprzedniego, dzięki czemu nie pojawia się próg, na którym rozsądek mówi „dość”.

 

Grupa sygnałowa i „darmowe” zyski

Pierwszym etapem jest bezpłatny dostęp do „sygnałów” i atmosfera ekskluzywnej społeczności. Pojawiają się efektowne podsumowania z setkami czy tysiącami „pipsów” zysku, zrzuty rzekomych wyników i wpisy zadowolonych „członków”. Inwestor dostaje coś za darmo i obserwuje „dowód” skuteczności. Wkrótce proponuje mu się symboliczną opłatę za pakiet VIP. To pierwsze, niewielkie zaangażowanie finansowe ma znaczenie nie ekonomiczne, lecz psychologiczne, ponieważ uruchamia mechanizm konsekwencji.

 

„Zaufany doradca” i przejęcie rachunku

Równolegle budowana jest relacja. „Doradca” przedstawia się jako wieloletni praktyk, prowadzi pozornie profesjonalne analizy, okazuje zainteresowanie, czasem nawiązuje więź quasi-osobistą lub romantyczną. Gdy zaufanie dojrzeje, następuje kluczowy zwrot: propozycja założenia rachunku u „regulowanego” brokera przez link polecający doradcy oraz powierzenia mu prowadzenia transakcji, najczęściej przez przekazanie danych logowania albo zgodę na „zarządzanie” rachunkiem. Jest to moment przeniesienia kontroli, w którym ofiara oddaje stery rzekomemu ekspertowi. Z perspektywy regulacyjnej jest to zarazem owo obejście zabezpieczeń, o którym mowa wyżej.

 

Bonus, dźwignia i wolumen

Tu uruchamia się właściwy silnik schematu. Na rachunku pojawia się „bonus”, który sztucznie powiększa dostępny depozyt zabezpieczający i dzięki warunkom obrotu zatrzymuje środki, bo wypłata staje się uzależniona od wygenerowania określonego wolumenu. Transakcje są liczne, szybkie i przelewarowane, znacznie przekraczające rozsądny poziom ryzyka dla danego kapitału. Dla ofiary wygląda to jak „intensywny trading”, w istocie jest maszyną do produkcji obrotu, od którego zależy wynagrodzenie sprawcy. Warto powtórzyć, że regulowany broker w Unii nie może oferować takich bonusów klientowi detalicznemu, więc ich obecność sama w sobie zdradza podmiot działający poza prawem unijnym.

 

Wypłaty, które „się przeciągają”

Aby utrzymać złudzenie sukcesu, ofiarę zachęca się do „wypłacenia części zysku”. Gdy jednak realnie próbuje wypłacić środki, napotyka opór: wypłata „się przedłuża”, pojawia się sugestia, by spróbować innej metody, na przykład kryptowaluty, albo propozycja przeniesienia do kolejnego brokera. Bywa, że pada nakłanianie do obejścia weryfikacji tożsamości, w tym do posłużenia się dokumentami innej osoby. To sygnały, że pieniądze nie są już łatwe do odzyskania.

 

Dlaczego to działa? Psychologia manipulacji

Najczęstszy błąd w myśleniu o takich oszustwach to przekonanie, że padają ich ofiarą wyłącznie osoby naiwne lub chciwe. Jest odwrotnie. Schemat jest skuteczny właśnie dlatego, że celuje nie w słabość charakteru, lecz w uniwersalne mechanizmy ludzkiego poznania, opisane w psychologii społecznej i behawioralnej. Poniżej najważniejsze z nich, bo zrozumienie mechanizmu jest pierwszym krokiem do odzyskania krytycznego dystansu.

 

Reguły wpływu Cialdiniego

Klasyczne reguły wywierania wpływu Roberta Cialdiniego są tu uruchamiane niemal podręcznikowo. Reguła wzajemności sprawia, że po otrzymaniu czegoś za darmo, sygnałów, czasu, „bonusu”, czujemy wewnętrzną presję, by się odwdzięczyć, w tym wypadku zaangażowaniem i wpłatami. Autorytet wyłącza krytycyzm, bo rzekome wieloletnie doświadczenie, fachowy żargon i profesjonalnie wyglądające analizy każą zakładać kompetencję. Społeczny dowód słuszności, czyli chór „zadowolonych członków”, podsuwa wniosek, że skoro inni zarabiają, metoda działa. Sympatia, budowana przez uważność i ciepło, sprawia, że trudniej podejrzewać „kogoś, kto się troszczy”. Niedobór i presja czasu wymuszają decyzje „na już”, zanim zdążymy ochłonąć. Wreszcie jedność, siódma reguła dodana przez Cialdiniego w pracy „Pre-Suasion”, buduje poczucie „my”, ekskluzywnej wspólnoty wtajemniczonych, które wzmacnia lojalność wobec grupy ponad własny interes. To właśnie ta reguła nadaje „grupie VIP” jej psychologiczną siłę: ofiara nie chce zawieść wspólnoty, do której poczuła przynależność.

 

Wzmocnienie przerywane, czyli mechanizm automatu do gry

Najsilniejszym i najtrwalszym narzędziem jest jednak zmienny harmonogram wzmocnień opisany przez Burrhusa Skinnera. W warunkowaniu sprawczym nagroda wypłacana po nieprzewidywalnej liczbie reakcji wytwarza zachowanie najbardziej oporne na wygaszanie, znacznie trwalsze niż nagroda regularna. To dokładnie ten sam mechanizm, na którym opiera się automat do gry i uzależnienie od hazardu, bo mózg reaguje silniej na samo oczekiwanie nieprzewidywalnej nagrody niż na nagrodę pewną. Wczesne, nieregularne zyski na rachunku ofiary nie są więc przypadkiem, lecz haczykiem. Utrwalają nawyk handlu i nadzieję, że „następnym razem znowu się uda”, właśnie w momencie, gdy statystyka działa dokładnie odwrotnie. Owe 54 procent wygranych pojedynczych transakcji, o których mówiliśmy wyżej, to nie pocieszenie dla ofiary, lecz właśnie paliwo tego mechanizmu: dość częste wygrane, by podtrzymać nadzieję, zbyt rzadkie, by ocalić rachunek.

 

Koszt utopiony, dysonans poznawczy i pogoń za stratą

Drugą warstwą jest ekonomia emocji. Efekt kosztu utopionego sprawia, że im więcej już zainwestowaliśmy, tym trudniej się wycofać, bo wycofanie oznaczałoby przyznanie, że poprzednie decyzje były błędem. Towarzyszy mu dysonans poznawczy: aby uniknąć bolesnej sprzeczności między obrazem siebie jako osoby rozsądnej a faktem straty, umysł racjonalizuje sygnały ostrzegawcze i dokłada kolejne środki, byle „nie zmarnować” poprzednich. Na to nakłada się awersja do straty opisana przez Daniela Kahnemana i Amosa Tversky’ego, zgodnie z którą strata boli około dwukrotnie mocniej, niż cieszy zysk tej samej wielkości. Dlatego ofiara nie zamyka stratnej pozycji, lecz „odrabia”, wpłacając więcej w pogoni za wyrównaniem, co jest najpewniejszą drogą do pogłębienia straty. Ten sam koszt utopiony ma jeszcze jeden, dotkliwy skutek procesowy: opóźnia moment zgłoszenia, o czym niżej.

 

Złudzenie kontroli i pułapka „samodzielnej” decyzji

Wieńczy to wszystko złudzenie kontroli. Ponieważ ofiara „sama” klika „potwierdź”, odczuwa sprawczość i współodpowiedzialność za wynik. To podwójnie korzystne dla sprawcy. Z jednej strony utrzymuje ofiarę przy rachunku, bo skoro „sama decyduje”, czuje, że jeszcze może odwrócić bieg rzeczy. Z drugiej buduje w niej poczucie winy, które tłumi gotowość do zgłoszenia oszustwa i do szukania pomocy. Jak pokazujemy niżej, to poczucie winy jest psychologicznie zrozumiałe, ale prawnie bezpodstawne.

 

Dlaczego „dobrowolność” nie chroni sprawcy

Wiele osób obwinia się, że „samo” przelało pieniądze, a nawet udostępniło dostęp do rachunku. Tymczasem działanie pod wpływem wprowadzenia w błąd jest właśnie istotą oszustwa, a nie jego zaprzeczeniem. Art. 286 Kodeksu karnego penalizuje doprowadzenie innej osoby do niekorzystnego rozporządzenia mieniem przez wprowadzenie w błąd, wyzyskanie błędu albo wyzyskanie niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania. Polskie prawo odróżnia oszustwo od kradzieży dokładnie w tym punkcie: złodziej zabiera mienie wbrew woli pokrzywdzonego, a oszust sprawia, że pokrzywdzony sam je oddaje, tyle że na skutek błędu wywołanego przez sprawcę. Zgoda uzyskana podstępem jest znamieniem czynu, a nie okolicznością wyłączającą odpowiedzialność. Złudzenie kontroli jest więc elementem schematu, a nie linią obrony sprawcy.

Dla pełnego obrazu warto rozwinąć kilka wątków, bo opisany czyn rzadko wyczerpuje się w jednym przepisie.

Nieostrożność ofiary nie wyłącza odpowiedzialności sprawcy. Zgodnie z utrwalonym orzecznictwem Sądu Najwyższego okoliczność, że pokrzywdzony mógł wykryć błąd przy dołożeniu choćby znikomej staranności, pozostaje zasadniczo bez znaczenia dla odpowiedzialności sprawcy. Nawet daleko idąca nieostrożność ofiary nie wyłącza znamion oszustwa. To stanowisko ma realne znaczenie praktyczne: pokrzywdzony, który obwinia się, że „nie sprawdził”, może zostać odesłany do tej ugruntowanej linii orzeczniczej. Przestępstwo jest dokonane z chwilą oszukańczego oddziaływania sprawcy, niezależnie od tego, czy podstęp był wyrafinowany, czy prymitywny.

Możliwy zbieg z ustawą o obrocie instrumentami finansowymi. Gdy sprawca prowadził działalność w zakresie obrotu instrumentami finansowymi bez wymaganego zezwolenia, możliwy jest zbieg z art. 178 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, na który KNF standardowo powołuje się w zawiadomieniach do prokuratury. Kwalifikacja kumulatywna może mieć znaczenie zarówno dla wymiaru kary, jak i dla możliwości procesowych.

Wymiar prania pieniędzy. Opisane zachowanie może wyczerpywać znamiona prania pieniędzy z art. 299 Kodeksu karnego, gdy zagraniczny broker przyjmuje i transferuje środki pochodzące z oszustwa przez struktury słupów, a czynem bazowym jest właśnie oszustwo z art. 286 (szerzej w naszej analizie art. 299). To istotna okoliczność w każdym transgranicznym postępowaniu i przy próbie odtworzenia ścieżki środków.

Ścieżka cywilna i odpowiedzialność tego, kto skorzystał ze szkody. Istnieje wreszcie tor cywilny, niezależny od karnego: stwierdzone oszustwo z art. 286 stanowi także czyn niedozwolony z art. 415 Kodeksu cywilnego, a kto świadomie skorzystał z wyrządzonej szkody, odpowiada na podstawie art. 422 k.c. W odpowiednim układzie odpowiedzialność ta może objąć również brokera świadomie obsługującego rachunki polecone przez „partnera”, co ma znaczenie wszędzie tam, gdzie sam sprawca jest nieuchwytny, a podmiot czerpiący korzyść z obrotu pozostaje zidentyfikowany.

Typ podstawowy oszustwa zagrożony jest karą pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat.

 

Skala zjawiska

To nie są przypadki marginalne. Według rocznego raportu FBI IC3 za 2024 rok oszustwa inwestycyjne były kategorią o najwyższych stratach, przekraczających 6,5 miliarda dolarów, z czego oszustwa typu pig butchering z użyciem kryptowalut odpowiadały za 5,8 miliarda dolarów w 41 557 zgłoszeniach, co oznacza wzrost o 66 procent rok do roku. Łączne straty zgłoszone do IC3 w 2024 roku osiągnęły rekordowe 16,6 miliarda dolarów. Opisany tu schemat nie jest więc anegdotą, lecz dominującym dziś wariantem oszustwa inwestycyjnego.

 

Luka jurysdykcyjna i narzędzia, które przetrwają granicę

Z całej analizy płynie jeden niewygodny wniosek strukturalny: unijny system ochrony jest solidny wewnątrz granic Unii i rutynowo omijany spoza nich. Sprawca działa najczęściej z poziomu brokera spoza UE, niedostępnego dla bezpośredniej egzekucji. To przesuwa ciężar na te narzędzia, które działają mimo granicy.

Pierwszym jest lista ostrzeżeń publicznych KNF, na której nadzór umieszcza podmioty działające bez zezwolenia. Sprawdzenie brokera na tej liście przed jakąkolwiek wpłatą jest najtańszym możliwym zabezpieczeniem, a jego obecność tam przesądza sprawę. Drugim jest transgraniczny zasięg samego MiFIR, który obejmuje podmioty kierujące ofertę do rezydentów Unii niezależnie od ich siedziby, co otwiera pole do działań nadzorczych nawet wobec brokera spoza UE. Trzecim, i w praktyce najważniejszym, jest czas: wczesne zawiadomienie organów, zanim ścieżka środków zatrze się w łańcuchu słupów i kryptowalut. To właśnie ten trzeci element najczęściej zawodzi, bo opóźnia go psychologia kosztu utopionego, o której była mowa wyżej. Im dłużej ofiara wierzy, że „jeszcze odrobi”, tym mniej zostaje do odzyskania.

 

Sygnały ostrzegawcze

  • „Grupa sygnałowa VIP” obiecująca spektakularne i powtarzalne zyski oraz prezentująca „statystyki”, których nie da się zweryfikować.
  • „Doradca”, który chce prowadzić Twój rachunek albo prosi o login i hasło.
  • Link polecający do brokera, „zarządzanie kapitałem”, „wspólne konto”.
  • Bonus depozytowy z warunkami obrotu, którego regulowany broker unijny nie może oferować.
  • Dźwignia znacznie wyższa niż unijne limity albo broker spoza Unii, niefigurujący w rejestrze KNF lub obecny na liście ostrzeżeń publicznych.
  • Zachęta do dokładania środków, zwłaszcza by „ratować” stratną pozycję.
  • Wypłaty, które się przeciągają lub są przekierowywane na kryptowaluty.
  • Presja, pośpiech, love-bombing oraz prośby o obejście weryfikacji tożsamości.

 

Co zrobić, jeśli już padłeś ofiarą?

W takich sprawach czas naprawdę ma znaczenie, ponieważ jednocześnie tyka kilka zegarów.

Po pierwsze, zabezpiecz dowody, zanim znikną: pełną korespondencję, historię transakcji i potwierdzenia płatności. Kanały i konta sprawców bywają usuwane z dnia na dzień.

Po drugie, jeśli płaciłeś kartą, sprawdź termin reklamacji. Zasady organizacji kartowych pozwalają zwykle kwestionować transakcję w okresie około 120 dni, a w szczególnych sytuacjach termin bywa dłuższy. Uwaga praktyczna, która bywa rozstrzygająca: bieg tego terminu liczy się od daty transakcji, a nie od dnia, w którym odkryłeś oszustwo. Jeżeli przez tygodnie wierzyłeś w „zyski” pokazywane na platformie, realny czas na reklamację (chargeback) może być krótszy, niż się wydaje, dlatego warto działać bez zwłoki.

Po trzecie, złóż zawiadomienie do prokuratury, koncentrując się na ścieżce przepływu środków. To ona jest najtwardszym dowodem i otwiera drogę do ustaleń, których osoba prywatna nie wykona, w tym do pomocy prawnej za granicą i prób zablokowania środków.

Po czwarte, sprawdź podmiot w rejestrach i zawiadom nadzór. Pomocna jest lista ostrzeżeń publicznych KNF, a zgłoszenie warto skierować wcześnie, także do CERT.PL i Rzecznika Finansowego, zanim rachunek zostanie wyczerpany. Zwłoka, którą napędza efekt kosztu utopionego, realnie pogarsza szanse odzyskania środków.

Na koniec ostrzeżenie, które chroni przed drugą stratą. Osoby pokrzywdzone bywają wkrótce namierzane przez kolejnych oszustów podających się za firmy „odzyskujące” pieniądze i żądających opłaty z góry. To druga fala tego samego oszustwa: dane ofiar trafiają na listy odsprzedawane kolejnym sprawcom. Uczciwy podmiot nigdy nie zażąda zaliczki za obietnicę odzyskania kapitału, więc nie wpłacaj nikomu z góry.

 

Podsumowanie

Churning rzadko wygląda na oszustwo od pierwszej chwili. Najpierw wyłącza się czujność, a dopiero potem sięga po pieniądze. Mechanizm jest jednak policzalny, i to właśnie liczby są tu najmocniejszym argumentem: ujemna wartość oczekiwana sprawia, że dom pobiera daninę od każdego zakładu; próg dwunastu wygranych z dwudziestu pokazuje, że „prawie uczciwa moneta” na poziomie transakcji staje się prawie pewną stratą na poziomie rachunku; a geometria dźwigni sprawia, że przy 100:1 wystarczy zwykły, jednoprocentowy ruch ceny, by zniknął depozyt.

Dane ESMA domykają obraz: 54 procent wygranych transakcji, a mimo to 83 procent rachunków na minusie. Model wynagrodzenia sprawcy premiuje dokładnie ten przebieg, a churning jedynie przyspiesza nadejście statystycznie nieuchronnego.

 

Inne artykułu na podobne tematy

Czy brokerzy Forex oszukują klientów?

Copy trading i konta PAMM jako obejście reżimu zarządzania aktywami

Strzyżenie owiec. Zagraniczne kasyna i polscy klienci

Oszustwa internetowe. Błąd, podstęp, groźba w epoce socjotechniki

Granice losowości. O grze w chowanego z definicją hazardu