Pieniądz z niczego. Areszt prezesa PKOl i mechanika tokena zonda

Pieniądz z niczego. Areszt prezesa PKOl i mechanika tokena zonda

2026.08.29 Autor: Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec · Robert Nogacki, radca prawny · 29 sierpnia 2026 r.

Sąd w Katowicach aresztował na trzy miesiące Radosława P., prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. To pierwsze znane publicznie zatrzymanie osoby spoza samej giełdy w śledztwie dotyczącym zondacrypto, do niedawna jednej z największych polskich giełd kryptowalut, która wiosną wstrzymała klientom wypłaty, a 27 sierpnia została postawiona w stan upadłości przez sąd w Estonii, gdzie formalnie miała siedzibę. Straty klientów prokuratura szacuje na obecnym etapie na nie mniej niż 350 milionów złotych. Obok zarzutu płatnej protekcji, z zegarkiem za blisko 170 tysięcy złotych w tle, prokuratura postawiła podejrzanemu zarzut rzadszy i, jak spróbujemy pokazać, ważniejszy: nakłaniania do spłacenia wybranych wierzycieli z pokrzywdzeniem pozostałych. Istotą tego zarzutu jest zdanie, które wystarczy za całą historię: wyjście z tej giełdy nie było prawem klienta, było przysługą.

W centrum tej historii od początku stoi token ZND, prywatna waluta giełdy: siedemset milionów jednostek wytworzonych dwiema linijkami kodu. W kwietniu opisaliśmy, jak powstała ta puszka z powietrzem: koszt emisji rzędu kilkudziesięciu dolarów, biała księga jako etykieta. W lipcu pokazaliśmy na danych z blockchaina, jak pustoszał magazyn: 99 milionów tokenów wyniesionych w jedenaście dni na adresy przypisywane zewnętrznej giełdzie KuCoin, podczas gdy klientom w domu pokazywano cenę nawet pięciokrotnie wyższą niż gdziekolwiek indziej. Dziś, gdy prokuratura sięgnęła po przepis, o którym mało kto pamięta, warto złożyć tę maszynę tworzenia „tokena Zonda” w całość: od drukarni, przez program earningu, w którym odsetki płacono własnym drukiem, po sprawozdania finansowe, w których maszyna zostawiła odciski palców. Bo w tej sprawie od początku nie chodzi o technologię. Chodzi o najstarszy instrument finansowy świata: o cudze zaufanie.

 

Noc, po której zostały trzy miesiące

W piątek wieczorem Radosław P. został doprowadzony do Sądu Rejonowego Katowice-Wschód. Posiedzenie w przedmiocie tymczasowego aresztowania zaczęło się około północy i trwało do piątej rano; podejrzanego wyprowadzono tylnym wyjściem, a decyzji nie ogłoszono od razu. Dopiero przed siódmą rzeczniczka Prokuratora Generalnego Anna Adamiak przekazała, że sąd zastosował areszt na trzy miesiące.

Zatrzymania dokonali w czwartek w Warszawie funkcjonariusze Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, działający na zlecenie śląskiego wydziału Prokuratury Krajowej, tego samego, który obecnie prowadzi śledztwo w sprawie zondacrypto. Zarzuty są dwa. Pierwszy to płatna protekcja z art. 230 § 1 ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny (dalej: k.k.): według prokuratury podejrzany powoływał się w 2025 roku na wpływy w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, mające wynikać ze znajomości z byłym premierem, i w zamian za korzyść majątkową, zegarek o wartości blisko 170 tysięcy złotych, podjął się załatwienia dla prezesa giełdy sprawy prowadzonej przez UOKiK. Media, które ujawniły sprawę, opisują ten zegarek jako Patka Philippe’a wartego około 40 tysięcy euro. Drugi zarzut, i o nim będzie ten tekst, dotyczy zaspokojenia części wierzycieli z pokrzywdzeniem pozostałych w obliczu grożącej niewypłacalności.

Podejrzany nie przyznaje się do żadnego z czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Przed wejściem do sądu mówił dziennikarzom: „Straciłem 200 tys. euro, zapłaciłem za zegarek, do czego mam się przyznawać?”. Twierdzi, że informacja prokuratury o odzyskaniu przez niego środków z giełdy jest nieprawdziwa. To jest spór o fakty, który rozstrzygnie sąd, i do tego momentu obowiązuje domniemanie niewinności; zarzut, nawet poparty aresztem, pozostaje stanowiskiem jednej strony postępowania.

 

Ciekawszy jest drugi zarzut

Uwaga publiczności skupi się na zegarku, bo zegarek dobrze wychodzi na zdjęciach. Z perspektywy kilku tysięcy pokrzywdzonych istotniejszy jest jednak zarzut drugi, oparty na art. 302 § 1 k.k. Przepis ten karze dłużnika, który w razie grożącej mu niewypłacalności lub upadłości, nie mogąc zaspokoić wszystkich wierzycieli, spłaca lub zabezpiecza tylko niektórych i działa w ten sposób na szkodę pozostałych; zagrożenie karą sięga dwóch lat pozbawienia wolności. Według komunikatów prokuratury zarzucane zachowanie polegało na nakłanianiu członka zarządu BB Trade Estonia OÜ, operatora giełdy, do wypłacenia z platformy 195 tysięcy złotych i 100 tysięcy euro. Miało do tego dojść w kwietniu 2026 roku, a więc wtedy, gdy o problemach z wypłacalnością zondacrypto było już głośno, a dziesiątki tysięcy klientów czekały przy zamkniętych drzwiach. Konstrukcja „nakłaniania” wskazuje przy tym na podżeganie z art. 18 § 2 k.k. do czynu, którego sprawcą głównym może być osoba prowadząca sprawy majątkowe dłużnika (art. 308 k.k.); Rzeczpospolita podaje, że zarzut ujęto w związku z art. 21 § 2 k.k., a pełną kwalifikację pozna się dopiero z postanowienia o przedstawieniu zarzutów.

Dlaczego ten zarzut jest ważniejszy niż zegarek? Z trzech powodów. Po pierwsze, przekłada on doświadczenie pokrzywdzonych na język prawa i nadaje sądową formę zdaniu, od którego zaczęliśmy ten tekst. Po drugie, stawiając go, prokuratura formalnie przyjmuje, że w kwietniu 2026 roku spółce groziła niewypłacalność. Ta teza ma wagę daleko poza sprawą jednej osoby, bo giełda w tym samym czasie przyjmowała świeże depozyty, zwabione między innymi premią cenową na tokenie ZND, której nie dało się spieniężyć. Po trzecie, zarzut zakłada, że o tym, kto wypłaci, decydował człowiek, a nie kolejka; Rzeczpospolita opisuje przy tym spór o to, czy zwrot środków podejrzanego został faktycznie sfinalizowany, co również pozostaje do procesowego wyjaśnienia. Straty klientów prokuratura szacuje na nie mniej niż 350 milionów złotych, a zawiadomień o przestępstwie wpłynęło już kilka tysięcy; postanowieniem z 30 lipca, ujawnionym na początku sierpnia, śledztwo połączono z postępowaniem dotyczącym zaginięcia Sylwestra Suszka, założyciela BitBay, poprzedniczki zondacrypto, którego osoba służyła wcześniej za narrację o zaginionych kluczach.

Warto przy tym zarzucie otworzyć komentarze, bo art. 302 § 1 k.k. jest przepisem o wąskim gardle i o to gardło będzie się toczył spór. Konstrukcję odpowiedzialności osoby spoza spółki doktryna zna i akceptuje: zaspokajany wierzyciel, który współdziała w akcie własnego uprzywilejowania, odpowiada obok dłużnika jako tak zwany ekstraneus, na podstawie art. 21 § 2 k.k., pod warunkiem że o sytuacji dłużnika wiedział; tak ujmuje to R. Zawłocki w komentarzu do tego przepisu. Warunek świadomości będzie polem sporu, choć trudno przekonująco nie wiedzieć o zamkniętych drzwiach, kiedy zabiega się o otwarcie bocznych. Dalej: przepis wymaga stanu pośredniego. Nie obejmuje ani dłużnika, który może spłacić wszystkich, ani takiego, który nie ma już żadnego majątku; karalne jest faworyzowanie dłużnika wypłacalnego częściowo, nad którym wisi groźba niewypłacalności zupełnej, co zgodnie podkreślają J. Majewski i R. Zawłocki. Orzecznictwo dodaje, że między stanem zagrożenia niewypłacalnością a stanem uzasadniającym wniosek o upadłość istnieje różnica jakościowa i pierwszy poprzedza drugi. Jest wreszcie kwestia liczby mnogiej: ustawa mówi o spłacaniu „niektórych” wierzycieli i część doktryny wymaga co najmniej dwóch zaspokojonych, dokładne zakreślenie czynu głównego, którego z komunikatów prokuratury nie znamy, będzie więc miało znaczenie.

Z tego stanu pośredniego wynika linia obrony na pierwszy rzut oka paradoksalna: wykazywać, że w kwietniu 2026 roku spółka nie była dopiero zagrożona niewypłacalnością, lecz niewypłacalna już całkiem, bo wtedy przepis o faworyzowaniu wierzycieli w ogóle nie znajduje zastosowania. Paradoks jest mniejszy, niż wygląda. Niewypłacalność wyłączająca ten przepis oznacza w ujęciu doktryny brak substancji majątkowej, a nie brak płynności; przykład dłużnika, który majątek ma, tylko nie może go spieniężyć, J. Majewski podaje wprost jako sytuację objętą normą. Sprawozdanie za 2024 rok pokazuje zaś w aktywach ponad sto milionów euro pożyczek i zaliczek udzielonych podmiotom powiązanym, a wierzytelność to majątek, choćby trudno ściągalny; część tych pożyczek po dacie bilansowej zresztą realnie spłacono. Przede wszystkim jednak ten spór ma dla pokrzywdzonych wartość niezależnie od rozstrzygnięcia, bo obrona musi wybrać jedną z dwóch tez: że pieniądze były, tylko ich nie wydawano, albo że pieniędzy nie było, choć wciąż je przyjmowano. Pierwsza potwierdza uznaniowość wypłat, druga przyjmowanie depozytów w stanie niewypłacalności. Dla pokrzywdzonych dowodowo dobra jest każda; różnią się tylko przepisem, którym się kończą. Obraz domykają dwie normy flankujące: art. 307 k.k., który wobec sprawcy dobrowolnie naprawiającego szkodę w całości pozwala nadzwyczajnie złagodzić karę, a nawet odstąpić od jej wymierzenia, ustawia więc podejrzanym czytelną ekonomię zwrotu środków, oraz art. 18 § 2 Kodeksu spółek handlowych, który po prawomocnym skazaniu za przestępstwo przeciwko obrotowi gospodarczemu zamyka, co do zasady na pięć lat, drogę do zarządów, rad nadzorczych, prokury i funkcji likwidatora w spółkach prawa handlowego.

Żeby jednak zrozumieć, dlaczego na tej giełdzie wyjście stało się przywilejem, trzeba wrócić do instrumentu, który tę asymetrię finansował. Do tokena.

 

Prasa drukarska, czyli skąd się bierze token ZND

Przypomnijmy mechanikę, opisaną szczegółowo w kwietniu. Token ZND to kontrakt ERC-20 na blockchainie Ethereum. Jego emisja sprowadza się do dwóch linijek kodu: pierwsza nadaje nazwę, druga tworzy 700 milionów jednostek i zapisuje je na koncie emitenta. Koszt operacji: kilkadziesiąt dolarów opłat sieciowych. Z tej podaży do publicznej i prywatnej sprzedaży trafiło 27 procent; pozostałe 73 procent, według białej księgi z 27 czerwca 2024 roku, zostało w pulach kontrolowanych przez emitenta. Jedyną drogą wpłaty na zakup w emisji było konto na samej giełdzie. Obieg zamknięty.

Trzeba tu od razu oddać sprawiedliwość kontrargumentowi, bo jest mocny. Samo tworzenie pieniądza z niczego nie jest przestępstwem. Robi to każdy bank centralny świata, robią to, w formie pieniądza depozytowego, banki komercyjne, a tokeny giełdowe jako klasa instrumentów istnieją i działają latami; rozporządzenie MiCA (Rozporządzenie (UE) 2023/1114) wprost dopuszcza tokeny użytkowe oparte na rzetelnej białej księdze, a księga ZND była utrzymana w tej konwencji i nawet ujawniała konflikty interesów, choć oferta przypadła na okres przejściowy przed pełnym stosowaniem tych przepisów, więc formalna zgodność to osobna analiza. Różnica nie leży więc w druku, tylko w tym, co się z drukiem robi i co się mówi kupującym. Bank centralny drukuje zobowiązania, z których się rozlicza: ma mandat, bilans i odpowiedzialność. Emitent ERC-20 ma klawiaturę z klawiszem ENTER – za każdym razem kiedy go wciska, pojawiają się nowe „tokeny”.

W sprawie ZND druk pełnił co najmniej cztery funkcje naraz. Pierwsza: sprzedaż pierwotna, czyli zamiana świeżo wytworzonych jednostek na cudze pieniądze. Druga: waluta rozliczeniowa wewnątrz ekosystemu, którą płacono za reklamę, prowizje i listingi, a według doniesień prasowych rozliczano nią również część zagranicznych umów sponsoringowych. Trzecia: substytut odsetek w programie earningu, o czym za chwilę. Czwarta: pozycja bilansowa poprawiająca wynik, o czym w rozdziale piątym. Historia zna ten model spoza świata krypto. W dziewiętnastym wieku fabrykanci płacili robotnikom kwitami wymienialnymi wyłącznie w sklepie fabrycznym; system truckowy działał znakomicie, dopóki prawo, w Anglii już ustawą z 1831 roku, nie zażądało wypłat w pieniądzu, który ma wartość także za bramą fabryki. Ekosystem tokena giełdowego to system truckowy z białą księgą: emitent jest jednocześnie mennicą, sklepem i kantorem, a klient odkrywa kurs wymiany na świat zewnętrzny dopiero wtedy, gdy próbuje przez tę bramę wyjść.

 

Zondacrypto earning: odsetki płacone walutą z własnej drukarni

Programy Earn i Farming reklamowano jako sposób, by „środki pracowały” na klienta. Regulamin z lipca 2025 roku pozwala opisać tę pracę precyzyjnie. Zgodnie z § 11 ust. 2 uczestnik planu subskrypcyjnego mógł zdecydować, że połowę albo całość należnych mu nagród otrzyma w tokenie ZND; § 11 ust. 3 ujmował to jako zlecenie wymiany nagród na tokeny po kursie z dnia konwersji. Do wyboru zachęcał § 13 ust. 2: bonus wypłacany w tokenie wynosił 10 procent wartości nagród przy opcji połowicznej i 20 procent przy opcji pełnej.

Policzmy na przykładzie. Klient wpłaca 1 BTC do programu na 90 dni przy oprocentowaniu 5 procent w skali roku. Nagroda to 0,01233 BTC, czyli około 740 euro przy przyjętym tu kursie bitcoina rzędu 60 tysięcy euro. W wariancie klasycznym spółka musi po kwartale wydać klientowi realnego bitcoina i o tyle uszczuplić rezerwy. W wariancie Farming klient dostaje równowartość 740 euro w tokenie ZND plus 148 euro bonusu, razem 888 euro, tyle że liczonych na dzień konwersji, a spółka nie uszczupla rezerw bitcoina o nic: sięga po pulę Ecosystem Incentives, 15 procent emisji wydrukowanych w całości pierwszego dnia, i płaci z tej sterty. Na ekranie klienta 888 wygląda lepiej niż 740, więc racjonalny człowiek wybiera wariant korzystny dla emitenta. Po spadku tokena o ponad 99 procent z tych 888 euro zostaje mniej niż dziewięć.

Mechanizm miał trzy skutki systemowe. Po pierwsze, im więcej klientów wybierało nagrody w tokenie, tym mniej realnych aktywów spółka musiała trzymać na pokrycie własnych obietnic; twarde zobowiązanie w bitcoinie zamieniało się w miękkie zobowiązanie we własnym druku. Po drugie, plany subskrypcyjne zamrażały wniesione aktywa na czas trwania planu, a w zakresie, w jakim wnoszono i wypłacano ZND, zdejmowało to podaż z rynku i podpierało kurs, a kurs uwiarygadniał kolejną sprzedaż. Po trzecie, program domykał obieg zamknięty: klient wnosił realne aktywa, a odbierał jednostki, których jedynym naturalnym rynkiem była giełda emitenta. Jeden z pokrzywdzonych ujął to w rozmowie z money.pl krótko: token „był sprzedawany jako pewna obietnica”, z udziałem w zyskach giełdy i przywilejami w tle. Bank, który wypłacałby odsetki banknotami własnej produkcji, wpadłby w Polsce pod emisyjny monopol NBP, zanim zdążyłby wydrukować drugą serię. Tutaj nazywało się to programem lojalnościowym.

 

Co mówią sprawozdania finansowe: token jako maszyna do wyniku

Najciekawsze w tej sprawie jest to, że maszyna zostawiła ślady w dokumentach, które spółka sama złożyła do estońskiego rejestru. Z analizy raportu BB Trade Estonia OÜ za 2024 rok, omówionej przez money.pl, wynika, że ZND pełnił trzy role równocześnie: użytkową (zniżki i lepsze warunki w Earn, Stakingu i Farmingu), finansową (presale przynoszący spółce realną wartość) i wewnętrzno-rozliczeniową (płatności za reklamę, prowizje i listingi). Token figurował jednocześnie w aktywach, pasywach i wyniku: własne ZND wyceniono na blisko 8 milionów euro, zobowiązania z przedsprzedaży przekraczały 9 milionów euro, a przychody powiązane z tokenem wyniosły ponad 19 milionów euro przy niespełna 4 milionach euro kosztów regulowanych tą walutą.

I zdanie kluczowe: jawnie wykazany dodatni wpływ ZND na wynik był większy niż cały zysk netto spółki za 2024 rok. Bez tokena spółka pokazałaby stratę. Księgowość ujawnia tu asymetrię, na której stoi cały model: wytworzenie tokena nie kosztuje prawie nic, ale jego sprzedaż księguje się jako przychód w twardej walucie. Pisaliśmy o tym w lipcu jednym zdaniem, które dziś wypada powtórzyć: kurs ZND nie był dla giełdy ozdobą, był pozycją bilansową.

Sprawozdania mówią też, dokąd płynęła realna wartość, gdy w jej miejsce wchodził druk. Na dzień 31 grudnia 2024 roku spółka wykazała zobowiązania wobec klientów w kwocie 722,36 miliona euro przy 9,73 miliona euro gotówki, a więc rozjazd, w którym na jedno euro w kasie przypadało ponad siedemdziesiąt euro cudzych roszczeń; samo to porównanie mierzy bufor płynności, nie pełne pokrycie, bo w aktywach figurowały też kryptowaluty i należności, tyle że o ich istnieniu i ściągalności rozstrzygnie dopiero weryfikacja. Te należności mają swoją historię: pożyczki dla podmiotów powiązanych urosły z nieco ponad 12 milionów euro w 2023 roku do ponad 93 milionów euro rok później, z największą pozycją 75 milionów euro w kryptowalucie, udzieloną bez zabezpieczenia; zaliczki dla podmiotów powiązanych wzrosły w tym samym czasie z około 8 do ponad 30 milionów euro, a w przypisach spółka informowała o „prawie do korzystania ze środków klientów”. Raport odnotowuje wreszcie, że po dacie bilansowej spłacono z tych pożyczek ponad 58 milionów euro w bardzo krótkim czasie. Uczciwość każe dodać zastrzeżenie, które formułuje także cytowany przez money.pl analityk: na podstawie samych sprawozdań nie sposób przypisać tych kwot konkretnym beneficjentom, do tego potrzebne są dane o przepływach, po które sięga postępowanie karne. Kolejne dokumenty, do których dotarł money.pl, dopisały dalszy ciąg: w samym 2025 roku zobowiązania wobec klientów stopniały z 722 do 343 milionów euro, co ma wszystkie cechy klasycznego runu, tyle że prowadzonego przez API. Kierunek obrazu jest więc, w naszej ocenie, jednoznaczny. To nie jest sprawozdanie giełdy, która przy okazji ma token. To jest sprawozdanie mechanizmu, w którym realne aktywa wychodziły do kręgu właścicielskiego, a ich miejsce w oczach klientów zajmowały jednostki z drukarni i narracja o ekosystemie.

 

FTT, CEL i krótka historia tokenów giełdowych

Nic w tej konstrukcji nie jest polskim wynalazkiem. Token FTT, waluta domowa giełdy FTX, służył jako zabezpieczenie wewnętrznych pożyczek: powiązana z giełdą Alameda Research trzymała ogromne rezerwy FTT i pod ich zastaw pożyczała miliardy dolarów pochodzących z depozytów klientów. Amerykańska SEC zarzuciła wprost, że Caroline Ellison na polecenie Sama Bankmana-Frieda skupowała FTT na rynku, żeby podtrzymać jego cenę, bo od tej ceny zależała wartość zabezpieczeń. Gdy w listopadzie 2022 roku rynek zakwestionował tę wycenę, w bilansie ukazała się ośmiomiliardowa dziura, a Bankman-Fried został uznany za winnego siedmiu zarzutów, w tym oszustw i prania pieniędzy.

Drugi precedens to CEL, token pożyczkodawcy Celsius Network. Niezależna badaczka wyznaczona przez sąd upadłościowy, była prokurator federalna Shoba Pillay, ustaliła w raporcie z 31 stycznia 2023 roku, że spółka wydała co najmniej 558 milionów dolarów na skup własnego tokena, finansowany między innymi bitcoinem i etherem klientów; gdy w 2021 roku odkryto powstały w ten sposób niedobór obu walut, załatano go kolejnymi 300 milionami dolarów w stablecoinach kupionych także za depozyty, a założyciel zarobił na sprzedaży CEL około 68,7 miliona dolarów. Wewnętrzna korespondencja mówiła sama za siebie: pracownik nazwał praktykę „bardzo przypominającą schemat Ponziego”, a dyrektor finansowy pisał o działaniu „być może nielegalnym i na pewno niezgodnym z przepisami”. Raport nie przesądził kwalifikacji, ale wyłożył dowody, w tym ustalenie, że w czerwcu 2022 roku wypłaty finansowano z wpłat nowych klientów.

Zestawienie tych trzech historii pokazuje jeden wspólny mianownik i jedną różnicę. Mianownik to refleksywność: wartość tokena zależy od kondycji emitenta, a kondycja emitenta, tak jak ją zaksięgowano, zależy od wartości tokena. FTX pompowało kurs, żeby więcej pożyczyć pod zastaw. Celsius skupował token, żeby podtrzymać wiarę. W sprawie ZND, co opisaliśmy na danych z łańcucha, hipoteza śledcza jest lustrzana: kurs na własnej, zamkniętej giełdzie utrzymywany wysoko przyciągał świeże depozyty, podczas gdy podaż zrzucano na rynki zewnętrzne w zamian za aktywa płynne. Różnica polega zaś na tym, że model bywa nieśmiertelny, dopóki emitent jest wypłacalny; istnieją tokeny giełdowe notowane od lat. Perpetuum mobile z druku i wiary działa do dnia, w którym zbyt wielu posiadaczy chce jednocześnie wyjść przez bramę. Wtedy okazuje się, ile puszka waży naprawdę.

 

Co areszt zmienia w sytuacji pokrzywdzonych

Po pierwsze, zarzut z art. 302 § 1 k.k. ma znaczenie wykraczające poza osobę podejrzanego, bo jego przesłanką jest stan grożącej niewypłacalności w kwietniu 2026 roku i uznaniowość wypłat; areszt niczego tu jeszcze nie przesądza, jest rozstrzygnięciem wpadkowym. Dla klientów, którzy w tym okresie wpłacali środki, w tym pod premię cenową ZND, ta teza oskarżenia, jeśli się utrzyma, zasila dowodowo konstrukcję oszustwa z art. 286 § 1 k.k.: przyjmowanie depozytów przy faktycznie zamkniętych wypłatach jest wprowadzeniem w błąd co do okoliczności absolutnie istotnej. Po drugie, według doniesień medialnych Przemysław Kral współpracuje z prokuraturą i miał zabiegać o status tzw. małego świadka koronnego; pisaliśmy o tej grze procesowej w lipcu i dzisiejsze zatrzymanie dobrze się w nią wpisuje, choć oficjalnego potwierdzenia statusu nie ma.

Po trzecie, warto widzieć tło regulacyjne. MiCA obowiązuje w Unii wprost, ale Polska wciąż nie wyznaczyła organu właściwego do jej stosowania, bo ustawa o rynku kryptoaktywów została trzykrotnie zawetowana, ostatnio 11 czerwca 2026 roku, a głosowanie nad wetem dopiero wraca do Sejmu. O kosztach tej próżni pisaliśmy odrębnie; tu wystarczy powiedzieć, że dopóki nadzór administracyjny wisi w powietrzu, praktycznie cały ciężar sprawy dźwiga prawo karne i postępowanie upadłościowe.

Po czwarte wreszcie, biegną terminy. Sąd prowincji Harju w Tallinnie ogłosił 27 sierpnia 2026 roku upadłość BB Trade Estonia OÜ, syndykiem został dotychczasowy tymczasowy nadzorca Margus Lentsius, a wierzytelności zgłasza się w terminie dwóch miesięcy od obwieszczenia; pierwsze zgromadzenie wierzycieli wyznaczono na 17 września. Tor upadłościowy i tor karny uzupełniają się i żaden nie zastępuje drugiego: zgłoszenie zabezpiecza pozycję w podziale masy, postępowanie karne dysponuje aparatem zabezpieczeń majątkowych i międzynarodowej pomocy prawnej. I jedno stałe ostrzeżenie: każdy, kto kontaktuje się z pokrzywdzonymi przez komunikator albo telefon z nieznanego numeru i oferuje „odzyskanie środków” za zaliczką, jest kolejnym ogniwem oszustwa, typologię takich schematów opisaliśmy w kwietniu.

 

Zamiast zakończenia

Piero Manzoni, od którego zaczęła się ta seria, sprzedawał powietrze z dowcipem i za zgodą obu stron transakcji. Pieniądz z niczego dzieli z jego puszkami jedną cechę: ma wartość, dopóki nikt nie otwiera puszki. Nocne postanowienie z Katowic żadnej puszki nie otwiera i niczego jeszcze nie przesądza. Ustala na razie tylko tyle, że pytanie, kto stał najbliżej zgrzewarki i kto mógł wynieść swoje puszki bez kolejki, przestało być publicystyką, a stało się przedmiotem postępowania z realnymi środkami przymusu.

Pełne kompendium sprawy prowadzimy pod adresem kancelaria-skarbiec.pl/afera-zondacrypto.

Stan prawny i faktyczny na 29 sierpnia 2026 r. Informacje o zarzutach pochodzą z komunikatów prokuratury i publikacji prasowych; do prawomocnego wyroku wszystkich podejrzanych chroni domniemanie niewinności. Ustalenia oznaczone jako pochodzące z raportów zewnętrznych i doniesień medialnych nie zostały zweryfikowane procesowo.