Jak z ofiar Zondacrypto robi się podejrzanych

Jak z ofiar Zondacrypto robi się podejrzanych

2026-08-11

O ludziach, którzy postanowili nie być pokrzywdzeni, i o urzędzie, który w nich nigdy nie zwątpił. Robert Nogacki, 11 sierpnia 2026

Śledczy ściągnęli z chmury całą bazę giełdy zondacrypto: każdy klient, każda transakcja, wstecz aż do 2017 roku. I z tej bazy wyszła rzecz ciekawa. Pokrzywdzonych jest niemal dwa razy więcej, niż wpłynęło zawiadomień. Ponad trzy i pół tysiąca ludzi się zgłosiło; drugie tyle postanowiło nie być pokrzywdzone. Funkcjonariusz skarbówki wyjaśnił to dziennikarzom uprzejmie i anonimowo (anonimowość jest w tej sprawie jedyną instytucją działającą bez zarzutu): ci ludzie boją się pytań, skąd wzięli pieniądze na kryptowaluty.

I tu należy się państwu uznanie. Żadna policja świata nie obniżyła przestępczości o połowę jednym pytaniem. U nas się udało. Nikogo nie trzeba było łapać; wystarczyło dać do zrozumienia, że złapany może zostać ten, kto przyjdzie. Ofiara, która się nie zgłasza, nie figuruje. Statystycznie jest człowiekiem szczęśliwym. Tak jak mieszkańcy Bhutanu.

Przyjrzyjmy się temu szczęściu z bliska. Obywatel N. należy do cichej połowy. Miał na giełdzie oszczędności; giełda w kwietniu przestała wypłacać; saldo zostało na ekranie, równe co do grosza, z dokładnością do ośmiu miejsc po przecinku. Osiem miejsc po przecinku wygląda jak prawda. N. patrzy na nie codziennie rano, jak na fotografię kogoś, kto wyjechał.

Zawiadomienia N. nie złożył. Rozważał, ale poszedł najpierw do sąsiada, który złożył. Sąsiad siedział nad segregatorem. Przyjęli mu wszystko, opowiadał, a potem zapytali „a tak właściwie, to skąd Pan tyle miał?„. Więc teraz sąsiad dokumentuje: sprzedaż działki po babce w 2011, wesele córki (koperty, lista gości), premię z firmy, która już nie istnieje. Została mu jeszcze babka; trzeba będzie wykazać, skąd babka miała działkę. Kiedyś człowiek wywodził szlachectwo: herby, przodków spod Grunwaldu. Dziś wywodzi się gotówkę i herbarz zastąpił wyciąg z konta. N. obejrzał segregator, podziękował i wrócił do domu jako człowiek szczęśliwy. Statystycznie szęśliwy. Pieniądze już stracił. Szkoda mu było jeszcze tracić życiorysu.

Jest tylko jeden szkopuł w tym szczęściu. N. nie zgłosił się do państwa, ale państwo ma N. w chmurze. W bazie, którą ściągnęli śledczy, N. figuruje w całości: każdy przelew, każda transakcja, dziewięć lat życia finansowego. N. milczy, ale chmura zeznaje za niego. Chmura zeznaje za wszystkich: bez wezwania, bez pouczenia, bez prawa do odmowy odpowiedzi. N. bał się pytania „skąd”, a baza tymczasem odpowiada na pytanie „ile”, i to z tą samą dokładnością do ośmiu miejsc po przecinku, którą N. tak lubił, dopóki pracowała dla niego.

A na pytanie „ile” czeka drugi urząd, ten, który w N. nigdy nie zwątpił. Prokuratura zastanawia się, czy pieniądze N. na pewno były i czy były porządne. Skarbówka takich rozterek nie ma: wie, że były, wie ile, i przyjmuje, że w gruncie rzeczy wciąż są. Przecież widać, saldo świeci. N. sprzedał w panelu giełdy bitcoiny za złotówki, złotówki zapisały się na ekranie, a co się zapisało na ekranie, to według utrwalonej praktyki przychód. Że złotówek nikt N. nie wydał i już nie wyda: szczegół. Fiskus opodatkowuje zdarzenia, nie rozczarowania.

Pisałem o tym gdzie indziej, na chłodno i z przypisami. Ustawa od trzydziestu pięciu lat zna metodę kasową: przychodem jest to, co otrzymane lub postawione do dyspozycji, a liczba w aplikacji giełdy, która nie wypłaca, nie jest ani jednym, ani drugim. Trzy sądy administracyjne, w Krakowie, Warszawie i Poznaniu, powiedziały to samo trzema wyrokami. Wystarczyłaby jedna interpretacja ogólna Ministra Finansów. Minister milczy. Milczenie jest zresztą, podatkowo rzecz biorąc, neutralne: nie zostało ani otrzymane, ani postawione do dyspozycji.

Tak wygląda państwo dwóch wiar. Jedna instytucja nie dowierza pieniądzom, które istniały naprawdę; druga wierzy żarliwie w pieniądze, których nie ma wcale. Ta sama złotówka jest podejrzana albo opodatkowana, zależnie od okienka. Między okienkami stoi N.: człowiek podejrzany o własną krzywdę.

Metoda ma zresztą przyszłość i aż dziw, że nikt jej dotąd nie opatentował. Wystarczy każdą ofiarę o coś zapytać. Okradli mieszkanie? A skąd pan miał tyle rzeczy. Ukradli samochód? Poprosimy historię tankowań za sześć lat. Statystyka spadnie wszędzie tam, gdzie ofiara ma cokolwiek do wyjaśnienia, a ofiara zawsze ma coś do wyjaśnienia, bo żyła. Przestępców metoda na razie nie obejmuje: przestępca się nie zgłasza, więc nie ma go o co pytać.

Wieczorem N. zasiada nad zeznaniem. W tym kraju okradziony ma do dyspozycji dwa: jedno w prokuraturze, dobrowolne, po którym bywa się podejrzanym, i drugie w urzędzie skarbowym, obowiązkowe, po którym na pewno jest się podatnikiem. N. składa tylko drugie; nauczył się już, że korzystanie z praw bywa u nas ryzykowniejsze niż wykonywanie obowiązków. Wpisuje w rubrykę przychód, którego nie zobaczy, od majątku, którego być może nigdy nie było, i wychodzi mu podatek: jedyna w tej historii rzecz całkowicie realna.

A morał? Morału nie będzie. Morał musiałby najpierw wykazać, skąd się wziął.