Proces Lindsay Clancy unieważniony: jedenastu przysięgłych przeciw jednemu

Proces Lindsay Clancy unieważniony: jedenastu przysięgłych przeciw jednemu

2026.09.05 Autor: Robert Nogacki

W piątek 4 września 2026 r. o godzinie 14:22 sędzia William Sullivan z Sądu Wyższego hrabstwa Plymouth w Massachusetts unieważnił proces Lindsay Clancy, byłej pielęgniarki położniczej oskarżonej o zabójstwo trojga własnych dzieci. Dwanaścioro przysięgłych po siedmiu dniach i ponad trzydziestu sześciu godzinach narad po raz trzeci zawiadomiło sąd, że nie osiągnie jednomyślności. Według obrony podział wynosił jedenaście do jednego: jedenastu przysięgłych było gotowych uznać, że oskarżona nie ponosi odpowiedzialności karnej, jeden blokował uniewinnienie. Chwilę wcześniej sędzia Sądu Najwyższego stanu odrzuciła nadzwyczajną petycję o wyłączenie jedynego przysięgłego, który nie zgadzał się z pozostałymi. O tym, czy będzie drugi proces, zdecyduje prokurator okręgowy Timothy Cruz; posiedzenie organizacyjne wyznaczono na 29 września.

 

Proces równoległy

Zanim ława usiadła do narad, sprawa miała już dwa werdykty. Proces transmitowano na żywo, a widzowie rozbierali zeznania w czasie rzeczywistym na TikToku i Facebooku. Pod hasłami „Justice for Lindsay Clancy”, „Stand With Lindsay” i „I Am Lindsay Clancy” urósł ruch, który w sierpniu przyprowadził pod gmach sądu w Plymouth setki kobiet w różu; jego uczestniczki nagrywały filmy, w których utożsamiały własne wyczerpanie i lęk z tym, co przeżywała oskarżona. Po drugiej stronie pytano, gdzie kończy się empatia, a zaczyna odpowiedzialność, i widziano w tym ruchu kulturę usprawiedliwień. Prokuratorki Jennifer Sprague i Shanan Buckingham zostały w sieci nazwane odrażającymi ludźmi; użytkownicy montowali filmy śledzące każdą kokardę we włosach Buckingham, bo jedna z zabitych dziewczynek lubiła kokardy, i widzieli w tym cyniczną grę pod ławę. Po unieważnieniu procesu Cruz mówił o groźbach wobec obu prokuratorek, obu matek, i o publikowaniu ich adresów. W szesnastym dniu zeznań sędzia Sullivan przesłuchał poza obecnością ławy twórczynię z TikToka, którą obrona chciała powołać na świadka, i nie dopuścił jej zeznań. Kilka godzin po ogłoszeniu unieważnienia prezydent Stanów Zjednoczonych, pytany w Gabinecie Owalnym, powiedział, że trudno tej sprawy nie śledzić, bo tak dużo jej w telewizji, że oskarżona zrobiła rzecz straszną i że zapłaci za to cenę: zakład psychiatryczny albo więzienie, albo coś takiego. W jednym zdaniu zrównał dwa rozstrzygnięcia, których odróżnienie było jedynym zadaniem tego procesu.

Były mąż, Patrick Clancy, od trzech lat prowadzi własną, cichszą kampanię. Kilka dni po śmierci dzieci pisał publicznie o wybaczeniu; w wywiadzie dla New Yorkera powiedział, że nie był żonaty z potworem, lecz z kimś, kto zachorował; w piątek, godzinę po unieważnieniu, jego pełnomocnik oświadczył, że perspektywa przeżywania tragedii w drugim procesie jest dla niego nadzwyczaj bolesna. Prokuratura odczytała wywiad w New Yorkerze jako tekst skonstruowany tak, by przedstawić oskarżoną jako osobę w kryzysie psychicznym, i zażądała od redakcji notatek oraz nagrań reportera, także z rozmów prowadzonych poza protokołem. Do tego wątku wrócę, bo należy do akt, nie do publicystyki.

Obie strony miały gotowe narracje, zanim zeznał pierwszy świadek. Dla jednej sprawa jest opowieścią o systemie, który przedawkował i porzucił chorą kobietę; dla drugiej opowieścią o kulturze, która każdą zbrodnię umie wytłumaczyć. Obie są obojętne wobec pytania, na które musiało odpowiedzieć dwanaścioro ludzi w Plymouth. To pytanie nie brzmi, czy system zawiódł, ani czy matki mają prawo być zmęczone, lecz czy 24 stycznia 2023 r. oskarżona zachowała substancjalną zdolność rozpoznania naganności czynu i kierowania swoim postępowaniem. Żadna ze stron nie czyta protokołów przeszukania. Przy sprawie Lucy Letby opisywałem moment, w którym dyskusja publiczna drastycznie rozchodzi się z ustaleniami sądowymi; tam rozeszła się w jednym kierunku, tu rozeszła się w dwu jednocześnie. Obie strony są przy tym posłuszne temu samemu odruchowi, o którym tam pisałem, najstarszemu z ludzkich: szukaniu sprawcy w każdej katastrofie. Jedni znaleźli go w Lindsay Clancy, drudzy w jej lekarzach. Ława miała inne zadanie.

W eseju o wyroku jako akcie psychologicznym przywoływałem badania, w których intensywność medialnego relacjonowania przestępczości idzie w parze z surowszymi karami. Ta sprawa dopisuje do tego przypis: hałas był ogromny, a jedenaścioro z dwanaściorga przysięgłych, jeśli wierzyć obronie, poszło w stronę przeciwną, niż podpowiadałaby ta korelacja. Pokój narad okazał się szczelniejszy, niż zakłada teoria. Dlatego ten tekst schodzi z pola bitwy do akt: do odtajnionych wniosków o nakazy przeszukania, postanowienia o odmowie podziału procesu, wniosków obrony, protokołowanych notatek ławy i instrukcji sędziego. Relacje prasowe służą mi tam, gdzie akta są niedostępne, a więc głównie do przebiegu zeznań. Zestawienie faktów sprawy jest publicznie dostępne, ale liczy się w niej to, czego w zestawieniach nie ma: kolejność ruchów i ich cena.

 

Jedenastu przysięgłych chciało uniewinnienia?

Notatka, którą przewodniczący ławy (foreperson) przekazał sędziemu w piątek przed południem, była trzecią z kolei i pierwszą, która nie zostawiała furtki. Przysięgli pisali, że z ciężkim sercem donoszą, iż nie są w stanie podjąć jednomyślnej decyzji i nie będą w stanie jej podjąć. Sullivan oświadczył, że nie ma innego wyjścia niż unieważnienie procesu, ale dał obrońcy Kevinowi Reddingtonowi godzinę na złożenie petycji do Sądu Najwyższego Massachusetts. Sędzia Dalila Argaez Wendlandt, orzekająca jednoosobowo, odmówiła interwencji. O 14:22 dziewięć kobiet i trzech mężczyzn wróciło na salę i usłyszało, że ich praca się skończyła. Kobiety z ławy były widocznie poruszone. Lindsay Clancy, sparaliżowana od pasa w dół po skoku z okna, siedziała na wózku między dwiema pielęgniarkami. Przed siedemnastą była z powrotem w szpitalu stanowym w Tewksbury, gdzie przebywa od maja 2023 r.

Przed budynkiem sądu Reddington powiedział, że ławę okradł jeden człowiek kierujący się nieznaną mu agendą, który zabrał siedem tygodni życia jedenastu uważnym przysięgłym; dodał, że ma nadzieję, iż ten człowiek będzie dobrze spał, a prokurator okręgowy Timothy Cruz wie, że został zmiażdżony. Cruz odpowiedział, że w tej sprawie od początku chodzi o sprawiedliwość dla trojga małych dzieci, nie o system ochrony zdrowia ani o to, jak traktuje się w nim kobiety, i że opinia publiczna nie wpłynie na decyzję o drugim procesie. Reddington zapowiedział, że jego klientka będzie na taki proces gotowa. Te wypowiedzi są ważne nie jako emocje, lecz jako sygnały strategiczne, do których wrócę.

Przez pięć tygodni proces dotyczył poczytalności. W ostatnim tygodniu stał się procesem o coś bardziej podstawowego: o to, czym jest wątpliwość i kto ma prawo sprawdzać, czy przysięgły ją stosuje.

 

Początkowo wina Lindsay Clancy wydawała się oczywista

W październiku 2023 r., dwa dni przed stawiennictwem oskarżonej w Sądzie Wyższym, Sąd Rejonowy w Plymouth odtajnił 299 stron akt: jedenaście nakazów przeszukania wraz z wnioskami i protokołami wykonania. To najbardziej surowy materiał, jakim dysponujemy. Protokół z przeszukania domu przy Summer Street w Duxbury wymienia między innymi kamery Google i Ring, elektroniczną nianię, różowego iPhone’a, cztery butelki z lekami, dokumenty ze szpitala McLean, brązowy notes oraz torbę z apteki CVS z preparatem Pedia-Lax. W tej jednej linijce inwentarza mieści się cała sprawa: dziennik choroby, papiery z wypisu i zakupy, po które mąż pojechał na prośbę żony.

Wnioskodawcy napisali, że Clancy używała telefonu i dziennika do dokumentowania swojego stanu psychicznego oraz uczuć wobec dzieci, do śledzenia leków i do „researching ways to kill”, czyli poszukiwania sposobów zabijania. Boston Globe zauważył wówczas, że żadna z odtajnionych stron nie wyjaśnia, skąd śledczy to wiedzieli, ani nie przytacza konkretnych zapytań. Dwa notesy, brązowy z piwnicy i wielobarwny z kuchennej szafki, zawierały listy leków oraz, jak ujęto to w afidawicie, wyrażenia i myśli samobójcze.

Chronologia 24 stycznia 2023 r., odtworzona z danych telefonu i przedstawiona przez prokuraturę już przy pierwszym stawiennictwie, wygląda następująco. Rano wizyta u pediatry z pięcioletnią Corą, która skarżyła się na brzuch. Po południu bałwan i prace plastyczne z dziećmi. O 16:02 wyszukiwanie „kids Miralax”. O 16:13 wyszukanie restauracji w Plymouth i sprawdzenie w Apple Maps czasu dojazdu. O 16:47 telefon do apteki, gdzie kierownik informuje, że Miralaxu nie ma, ale są zamienniki. O 17:10 zamówienie jedzenia. O 17:15 Patrick Clancy wyjeżdża. O 17:32 jest w CVS w Kingston i dzwoni do żony, by spytać, który środek kupić; nie odbiera, oddzwania po minucie. O 17:54 odbiera jedzenie. Około 18:09 wraca. O 18:11 policja przyjmuje zgłoszenie. W piwnicy troje dzieci z taśmami do ćwiczeń na szyjach. Cora i trzyletni Dawson umierają w szpitalu w Plymouth, ośmiomiesięczny Callan trzy dni później w bostońskim szpitalu dziecięcym. Przyczyna zgonu: uduszenie.

Ten sam ciąg zdarzeń czyta się na dwa sposoby i oba są spójne. Dla prokuratury sprawdzenie czasu dojazdu to obliczenie okna, w którym oskarżona będzie sama. Dla obrony to popołudnie matki zaabsorbowanej zaparciem córki, która na godzinę przed śmiercią dzieci wciąż organizuje im lek. Jedna torba z Pedia-Lax jest jednocześnie alibi i dowodem troski. Właśnie dlatego w takich sprawach istnieją ławy przysięgłych.

Cała ta chronologia stoi na nakazach: dane z telefonu, zapytania do map i wyszukiwarki, nagrania z kamer zabezpieczono na podstawie afidawitów, z których część nie cytuje ani jednego wyszukiwania. W Stanach, gdyby któryś z tych nakazów upadł z braku dostatecznej podstawy, zagrożone byłyby także jego owoce, bo tak działa doktryna owoców zatrutego drzewa, o której pisałem przy dowodach pozyskanych nielegalnie. W Polsce art. 168a k.p.k. nie pozwala odrzucić dowodu tylko dlatego, że zdobyto go bezprawnie, więc ten sam materiał najpewniej wszedłby do akt. Czy obrona próbowała tej drogi, z publicznych akt nie wynika.

Miesiące poprzedzające są w aktach cywilnych i w zeznaniach klinicystów. Od września 2022 r. psychiatra rozpoznaje zaburzenie lękowe uogólnione i włącza sertralinę; potem kolejno pojawiają się między innymi lorazepam, trazodon, fluoksetyna, zolpidem, mirtazapina, klonazepam, kwetiapina, lamotrygina, amitryptylina. Boston Globe policzył trzynaście różnych preparatów w niecałe pięć miesięcy. W grudniu program dzienny szpitala Women & Infants odsyła ją z adnotacją, że jej problemy wynikają raczej z nadmiaru leków i błędnej diagnozy niż z depresji poporodowej. Od 1 do 5 stycznia 2023 r. jest pacjentką szpitala McLean, który rozpoznaje ciężką depresję bez cech psychotycznych. Dzień przed tragedią, 23 stycznia, na wizycie wideo zaprzecza myślom samobójczym i myślom o skrzywdzeniu kogokolwiek. W ostatnim miesiącu, według danych z jej telefonu przedstawionych ławie, szuka informacji o lekach, chorobie dwubiegunowej, halucynacjach i bezsenności, ale też o tym, gdzie jest tętnica szyjna, jak podciąć sobie gardło, czy w Kii Sorento można wyłączyć poduszki powietrzne oraz czy socjopatę da się leczyć. W chronologii leczenia odtworzonej na procesie pojawia się grudniowa wzmianka o zgłaszanych omamach i o dwóch telefonach na infolinie kryzysowe; nikt nie interweniuje, bo dzwoniąca nie ma planu. Żaden z leczących ją klinicystów nie rozpoznaje psychozy. W sprawie Kajetana P., bibliotekarza z Warszawy, który w 2016 r. zabił nieznaną sobie kobietę, sygnał był jeden i nikt go nie podjął, bo nie było podstaw; tu sygnałów były dziesiątki, wszystkie podjęto i żaden klinicysta nie zobaczył psychozy. Lekcja jest ta sama, którą wyciągałem z tamtej sprawy: pokora wobec granic predykcyjnych psychiatrii.

 

Czego wymagało prawo Massachusetts

Massachusetts nie używa w instrukcjach dla ławy słowa insanity; mówi o braku odpowiedzialności karnej. Test pochodzi ze sprawy Commonwealth v. McHoul z 1967 r. i odpowiada wzorcowi Model Penal Code: sprawca nie ponosi odpowiedzialności, jeśli wskutek choroby lub defektu psychicznego brakowało mu substancjalnej zdolności do rozpoznania naganności czynu albo do dostosowania zachowania do wymagań prawa. Oba człony liczą się osobno i prokuratura musi wykluczyć oba (Commonwealth v. Goudreau, 1996). Polski art. 31 § 1 k.k. jest zbudowany tak samo: przesłanka psychiatryczna i psychologiczna spięte relacją „z powodu”; przy sprawie Kajetana P. opisywałem, jak Sąd Apelacyjny w Warszawie rozdzielił zdolność rozpoznania znaczenia czynu od zdolności kierowania postępowaniem, czyli dokładnie dwa człony testu z Massachusetts. Co ważniejsze, kiedy obrona podniesie ten zarzut i przedstawi jakiekolwiek dowody, ciężar dowodu poczytalności spoczywa na Commonwealth i jest to ciężar ponad rozsądną wątpliwość (Commonwealth v. Kostka, 1976; Commonwealth v. Lawson, 2016). Sama „presumpcja poczytalności” jest w Massachusetts tylko wnioskowaniem i nie wystarczy, by ten ciężar udźwignąć. Przy sprawie Letby pisałem, że domniemanie niewinności jest zasadą pokory epistemicznej, nie łagodności. Massachusetts rozciąga tę pokorę na poczytalność: nie oskarżona ma dowieść, że była chora, lecz państwo, że była zdrowa.

To ustawia sprawę Clancy na jednym z najbardziej korzystnych dla obrony gruntów w Stanach Zjednoczonych. Po tym, jak w 1982 r. ława federalna uznała Johna Hinckleya za niepoczytalnego, Kongres w ustawie z 1984 r. przerzucił ciężar dowodu na oskarżonego, podnosząc go do standardu clear and convincing, i usunął człon wolicjonalny; wiele stanów zawęziło własne testy albo przerzuciło ciężar na oskarżonego. Teksas, w którym sądzono Andreę Yates, wymaga od oskarżonego udowodnienia niepoczytalności przewagą dowodów i pyta jedynie, czy sprawca wiedział, że czyn jest zły. Massachusetts zachowało oba człony i ciężar po stronie państwa.

Przysięgli w Plymouth wiedzieli też, co oznacza werdykt o braku odpowiedzialności karnej. Od sprawy Commonwealth v. Mutina (1975) sędzia instruuje ławę o konsekwencjach: przymusowa hospitalizacja na podstawie rozdziału 123 § 16 praw stanowych, okresowe kontrole i, od rewizji wzorcowych instrukcji z 2018 r., wyraźne pouczenie, że liczba przedłużeń nie jest ograniczona, dopóki osoba pozostaje chora i niebezpieczna. Lęk „ona wyjdzie na wolność”, który zwykle pracuje na rzecz oskarżenia, został w ten sposób w dużej mierze zneutralizowany.

Ława miała dla każdego z trzech zarzutów pięć możliwości: zabójstwo pierwszego stopnia (z rozmyślną premedytacją albo ze szczególnym okrucieństwem) zagrożone dożywociem bez możliwości zwolnienia warunkowego, zabójstwo drugiego stopnia z możliwością warunkowego zwolnienia po piętnastu do dwudziestu pięciu latach, nieumyślne spowodowanie śmierci, uniewinnienie oraz uniewinnienie z powodu braku odpowiedzialności karnej. Od sprawy Commonwealth v. Gould (1980) zaburzenie psychiczne niesięgające niepoczytalności może ponadto wykluczyć premedytację lub szczególne okrucieństwo, otwierając drogę do łagodniejszej kwalifikacji.

Paradoks, który trzeba wyjaśnić, brzmi więc inaczej, niż sugerowałby rozkład głosów. Nie dlaczego jedenaścioro miało wątpliwości, ale jak to możliwe, że przy takim rozkładzie ciężaru dowodu jedna osoba ich nie miała.

 

Psychoza, która przyszła raz

Psychoza poporodowa dotyka jedną do dwóch kobiet na tysiąc porodów i zaczyna się zwykle w pierwszych dwóch tygodniach po porodzie. Jest stanem nagłym: urojenia, omamy, dezorganizacja, gwałtowne wahania nastroju, często na podłożu dwubiegunowym. W literaturze przytacza się ryzyko dzieciobójstwa i samobójstwa rzędu kilku procent. Czym innym są natrętne myśli o skrzywdzeniu dziecka, które zgłasza mniej więcej połowa matek po porodzie, także bez depresji; są dla nich obce i przerażające i niezwykle rzadko prowadzą do czynu. Cała sztuka diagnostyczna polega na odróżnieniu jednego od drugiego.

Na tym rozróżnieniu prokuratura zbudowała część swojej sprawy. Jej biegli, psychiatra Gregory Saathoff i psycholog Kirk Heilbrun, przyjęli definicję okresu poporodowego z DSM-5, gdzie specyfikator „z początkiem w okresie okołoporodowym” obejmuje cztery tygodnie po porodzie. Callan miał osiem miesięcy. Obrona odpowiadała, że klinicyści liczą ten okres do roku, a Reddington w mowie końcowej dorzucił, że ci panowie nie odróżniają psychozy od schizofrenii. Spór definicyjny jest w istocie sporem o etykietę, nie o stan pacjentki; nomenklatura DSM nie rozstrzyga, czy kobieta słyszała głos. Pierwszy świadek odpierający oskarżenia, psychiatra Avram Mack, potwierdził zresztą, że w Tewksbury oskarżona jest leczona na chorobę dwubiegunową.

Kluczowym świadkiem obrony był Phillip Resnick, autor klasyfikacji dzieciobójstwa z 1969 r., która do dziś porządkuje tę dziedzinę: filicyd altruistyczny, ostro psychotyczny, dziecka niechcianego, z maltretowania oraz z zemsty na partnerze. Resnick badał Jeffreya Dahmera, Teda Kaczynskiego i Susan Smith, a w obu procesach Andrei Yates zeznawał dla obrony. W Plymouth powiedział, że 24 stycznia Clancy była jawnie psychotyczna, że działała jak marionetka, za której sznurki ciągnął ktoś inny, i że zabójstwa mieszczą się w kategorii altruistycznej: zabijała z miłości, przekonana, że dzieci nie przeżyją bez niej. Dodał, że w rozmowach raczej minimalizowała objawy, niż je wyolbrzymiała. Ta uwaga nie jest przypadkowa. U Kajetana P. maska zsuwała się, gdy odgrywał chorobę na sali i pytał protokolanta, czy zdążył zanotować; demonstracja choroby stała się dowodem przeciw chorobie. Resnick zeznał o Clancy rzecz odwrotną. Zawodowo specjalizuje się w wykrywaniu symulowanej choroby psychicznej; jego zeznanie o minimalizowaniu było wymierzone dokładnie w najmocniejszy argument oskarżenia.

Ten argument brzmiał: głos przyszedł raz. Żaden z leczących ją klinicystów nie odnotował psychozy. Dzień wcześniej zaprzeczyła myślom o skrzywdzeniu kogokolwiek. Głos, o którym opowiadała biegłym po fakcie, pojawił się 24 stycznia i nigdy nie wrócił. Prokurator Jennifer Sprague ujęła to w mowie końcowej obrazowo: oskarżona musiała wybrać gdzie, czyli piwnicę; jak, czyli uduszenie; czym, czyli taśmę do ćwiczeń. Głos był ogólny, decyzje konkretne.

Oceniam te punkty osobno, bo mają różną wagę. Pojedynczy epizod omamów imperatywnych bez wcześniejszych i późniejszych objawów psychotycznych jest w obrazie klinicznym nietypowy; to realna słabość wersji obrony i prokuratura słusznie na niej stanęła. Zaprzeczenie wobec lekarki dzień wcześniej jest natomiast dowodem słabym: pacjentki ukrywają myśli o skrzywdzeniu dzieci ze wstydu i ze strachu przed ich odebraniem, a Yates też ukrywała przed otoczeniem swoje urojenia. Argument z planowania jest najsłabszy merytorycznie i najsilniejszy retorycznie. Planowanie nie jest przeciwieństwem psychozy. Yates czekała, aż mąż wyjdzie do pracy, i napełniła wannę. Człowiek, który słyszy rozkaz, dostaje cel, nie scenariusz; wykonanie musi zorganizować sam i robi to tym sprawniej, im bardziej wierzy w konieczność. Prawo nie pyta, czy oskarżona potrafiła planować, tylko czy zachowała substancjalną zdolność rozpoznania naganności czynu i kierowania postępowaniem. Utożsamienie planowania z poczytalnością to, moim zdaniem, najważniejsze pojedyncze zniekształcenie poznawcze w procesach o niepoczytalność. Jest krewnym efektu pewności wstecznej, który opisywałem w eseju o wyroku jako akcie psychologicznym: kto zna skutek, w każdym wcześniejszym kroku widzi zamiar, a ława zna skutek od pierwszej minuty. Przy sprawie Kajetana P. pisałem, że dwumiesięczne przygotowania świadczyły o chłodnej, planującej kontroli, nie o jej zniesieniu. Oba zdania są prawdziwe, bo planowanie mówi o zdolności kierowania postępowaniem dopiero wtedy, gdy wiadomo, czemu plan służył. U Poznańskiego służył fantazji o sobie samym, przy zaburzeniu osobowości i bez psychozy. U Yates i, według obrony, u Clancy służył rozkazowi spoza umysłu. To pierwsza rzecz, którą obrona musi rozbroić, i to na etapie wyboru ławy, nie w mowie końcowej.

Najciekawsza jest jednak własna teoria motywu prokuratury. Sprague przekonywała, że dzieci były dla Clancy „czynnikami ochronnymi” przed samobójstwem, więc musiała je zabić, by zakończyć swoje cierpienie; nie spodziewała się konsekwencji, bo zamierzała umrzeć razem z nimi. Prokuratura przyznała wprost, że oskarżona była chora psychicznie i że próba samobójcza była prawdziwa. Stawiam hipotezę, że tym samym oddała pół pola. Nie przez samo przyznanie choroby: w konstrukcji, o której pisałem przy Kajetanie P., choroba zamyka tylko pierwszą przesłankę, a druga, psychologiczna, zostaje. Oddała je, bo opisała motyw, który sam jest opisem zaburzonego wnioskowania. Umysł, który traktuje własne dzieci jako przeszkodę na drodze do śmierci i usuwa ją, żeby móc umrzeć, opisuje się w podręcznikach jako rozszerzone samobójstwo, czyli dokładnie kategorię Resnicka. Commonwealth musiało następnie przekonać dwanaście osób ponad rozsądną wątpliwość, że ten sam umysł zachował substancjalną zdolność kierowania sobą. To wąska półka. Tym bardziej że w innych momentach procesu oskarżenie sugerowało, iż próba samobójcza była pozorowana: rany powierzchowne, stężenia leków we krwi niezgodne z połknięciem garści tabletek. Dwie narracje wzajemnie się wykluczały. Kiedy 28 sierpnia ława poprosiła o pokazanie jedynych dowodów rzeczowych, których wcześniej nie miała w rękach, czyli butelek z lekami i noża, przysięgli, jak sądzę, badali właśnie ten szew.

 

Strategiczna gra zanim zaczął się proces

Najbardziej pouczające ruchy w tej sprawie wykonano, zanim wybrano ławę. Na początku marca 2026 r. Reddington wniósł o podział procesu na dwie fazy: najpierw Commonwealth udowodniłoby, że oskarżona zabiła i w jakim stopniu, potem osobno musiałoby wykluczyć brak odpowiedzialności karnej. Powołał się na art. 12 Deklaracji Praw Massachusetts, który zakazuje zmuszania oskarżonego do „dostarczania dowodów” przeciw sobie, a więc jest szerszy niż federalny zakaz zmuszania do bycia „świadkiem” przeciw sobie, czyli jedna z gwarancji, na których stoi amerykańska reguła wyłączająca dowody. Precedensów praktycznie nie było. Sullivan odmówił w pisemnym postanowieniu, uznając, że rozdzielenie dowodów między fazy byłoby niemal niewykonalne, ci sami świadkowie zeznawaliby dwukrotnie w niewiele różniących się celach, a zapowiadane obszerne zeznania biegłych czynią taki podział sprzecznym z ekonomią procesową. Zastrzegł zarazem, że wypowiedzi oskarżonej wobec biegłych Commonwealth (badanie w trybie Blaisdell v. Commonwealth, 1977) będą dopuszczalne wyłącznie jako dowód odpierający, po tym jak obrona uczyni z poczytalności przedmiot sporu. To ten sam problem widziany od drugiej strony: co państwo może zrobić ze słowami, które oskarżona wypowiedziała, bo musiała.

Kilka dni później obrona wykonała ruch będący konsekwencją tej porażki: zaproponowała pisemną stypulację, że oskarżona spowodowała śmierć dzieci, tak by jedyną żywą kwestią pozostał jej stan umysłu. Prokuratura odmówiła. Warto przedstawić jej racje w najsilniejszej wersji. Po pierwsze, zabójstwo pierwszego stopnia ze szczególnym okrucieństwem wymaga od ławy oceny sposobu działania według kryteriów ze sprawy Commonwealth v. Cunneen (1983): świadomości i stopnia cierpienia ofiar, rozległości obrażeń, użytego narzędzia, dysproporcji między środkiem a skutkiem; sucha stypulacja tego nie zastąpi. Po drugie, przyjęcie stypulacji oddałoby obronie kontrolę nad ramą sprawy od pierwszej minuty. Po trzecie, nagranie zgłoszenia na 911 i zeznania ratowników są przeciwwagą dla współczucia, które budzi sparaliżowana kobieta na wózku.

Koszt tej decyzji był jednak konkretny. Przez pięć tygodni oskarżenie przesłuchało ponad siedemdziesięciu z osiemdziesięciu pięciu świadków, rekonstruując mechanikę śmierci trojga dzieci, podczas gdy jedyne sporne pytanie, o substancjalną zdolność, zajęło ułamek czasu. Stawiam hipotezę, że nadmiar dowodu na okoliczność niesporną obrócił się przeciw oskarżeniu: im drobiazgowiej pokazywano, co zrobiła ta matka, tym mniej przypominało to cokolwiek, co mogłaby zrobić matka zdrowa. Wiem, że idzie to pod prąd ustaleniu, które sam przywoływałem w eseju o wyroku: wstręt wywołany drastycznym opisem przemocy czyni sędziów mierzalnie surowszymi. Sądzę, że ta reguła ma warunek brzegowy. Działa, gdy odpowiedzialność jest przesądzona, a decyduje się o karze. Kiedy przedmiotem sporu jest sama poczytalność, ten sam wstręt karmi heurystykę reprezentatywności, tylko w drugą stronę: pielęgniarka bez przeszłości kryminalnej, która dusi troje własnych dzieci, mówiąc im, by szły do Boga, nie pasuje do prototypu morderczyni, pasuje do prototypu szalonej. Im pełniejszy obraz czynu, tym silniejsze dopasowanie. Jeśli odczytanie podziału jedenaście do jednego przez obronę jest trafne, Commonwealth wygrało każdy punkt faktyczny i przegrało jedyny sporny.

Reszta przedprocesowej partii układa się w spójny wzór. Prokuratura uzyskała nakaz wydania notatek reportera New Yorkera Erena Orbeya z wywiadu z Patrickiem Clancym; Massachusetts nie ma ustawy chroniącej dziennikarzy, wydawca złożył wniosek o uchylenie nakazu, a w maju 2025 r., przed procesem, wezwanie cofnięto. W lipcu 2026 r. oskarżenie samo wycofało trzy zarzuty duszenia jako zbędne, porządkując kartę werdyktu. W trakcie procesu Heilbrun wspomniał o katolickiej wierze oskarżonej, Reddington zażądał unieważnienia, sędzia odmówił i pouczył ławę, by to zignorowała. Byłemu mężowi, który zeznawał jako świadek oskarżenia, przypadła rola obosieczna: opowiedział o narastających obawach o bezpieczeństwo dzieci i o tym, że żona mówiła o skrzywdzeniu ich i siebie, co służy obronie, ale także o tym, że rankiem 24 stycznia wydawała się w lepszej formie, co służy oskarżeniu. Nagranie jego zgłoszenia na 911 sędzia uznał za tak wstrząsające, że zakazał jego publikacji.

Wojnę biegłych warto czytać przez lekcję z Houston. W 2002 r. ława w sprawie Yates potrzebowała niespełna czterech godzin, by odrzucić niepoczytalność. Wyrok upadł w 2005 r., bo biegły oskarżenia Park Dietz zeznał, że oskarżona mogła zaczerpnąć pomysł z odcinka serialu Law & Order, w którym matka topi dzieci i zostaje uznana za niepoczytalną; taki odcinek nigdy nie powstał. W 2006 r. druga ława po ponad dwóch dniach narad uznała Yates za niepoczytalną. Biegły jest pojedynczym punktem awarii całej sprawy, po obu stronach. W Plymouth głównymi biegłymi oskarżenia byli Saathoff i Heilbrun, obrony Resnick i psycholog Paul Zeizel; jeden ze świadków odpierających poszedł dalej i zasugerował, że to Zeizel zaszczepił oskarżonej myśl o głosie, co Reddington w mowie końcowej nazwał manipulacją. Spór o cztery tygodnie kontra dwanaście miesięcy pokazał, jak kwestię medyczną zamienia się w kwestię wiarygodności. Spór biegłych o samo istnienie psychozy nie jest zresztą amerykańską osobliwością: u Kajetana P. pierwszy zespół rozpoznał schizofrenię i całkowitą niepoczytalność, drugi zaburzenie osobowości; podobnie było u Andersa Breivika.

Dwunastu gniewnych ludzi

Narady zaczęły się 27 sierpnia. Pierwszą notatkę o impasie ława wysłała we wtorek 1 września, drugą w środę. Po drugiej Sullivan odczytał tak zwaną instrukcję Tuey-Rodriquez, nazywaną potocznie „dynamitową”: pochodzi ze sprawy Commonwealth v. Tuey z 1851 r., a w 1973 r. w sprawie Commonwealth v. Rodriquez Sąd Najwyższy stanu złagodził jej język, by nie wywierać nacisku na przysięgłych w mniejszości. Współczesna wersja każe dalej rozważać stanowiska innych, ale zakazuje porzucania szczerych przekonań tylko po to, by osiągnąć jednomyślność. Prawo stanowe (obecnie rozdział 234A § 68C) stanowi, że po dwukrotnym powrocie bez werdyktu ławy nie wolno odesłać do narad bez jej zgody, chyba że sama poprosi o wyjaśnienie prawa.

W czwartek ława zadała pytanie o jak zdefiniować „uzasadnione wątpliwości”. Sullivan powtórzył definicję: zarzut jest udowodniony, jeśli po rozważeniu całości dowodów przysięgli mają trwałe przekonanie, graniczące z pewnością moralną, że jest prawdziwy. Ta formuła ma sto siedemdziesiąt sześć lat. Pochodzi ze sprawy Commonwealth v. Webster (1850), w której prezes sądu Lemuel Shaw instruował ławę w procesie harwardzkiego profesora chemii oskarżonego o zabójstwo doktora Parkmana; stała się na sto lat najczęściej cytowaną anglosaską definicją rozsądnej wątpliwości. Po południu przewodniczący ławy przesłał notatkę, że jeden z przysięgłych wygłasza wypowiedzi przyznające istnienie wątpliwości, lecz odmawia zastosowania jej do werdyktu, tak jak wymaga prawo. Wszyscy na sali zrozumieli to samo: ten człowiek wątpi w poczytalność oskarżonej, a mimo to nie chce głosować za uniewinnieniem, do którego wątpliwość musi prowadzić, gdy ciężar dowodu leży na prokuraturze. Sędzia przesłuchał każdego przysięgłego z osobna, a potem powtórzył całej ławie pouczenie o domniemaniu niewinności i ciężarze dowodu. Reddington wniósł o wyłączenie przysięgłego i wprowadzenie jednego z sześciu zastępców, co oznaczałoby narady od nowa. Sullivan odmówił: nie uważał za właściwe, by opowiadać się po stronie jednego przysięgłego albo jedenastu.

W piątek rano obrona złożyła jednostronicowy wniosek o zakaz dalszych narad przy stole sędziowskim i prowadzenie wszystkiego w jawnej sali. Na krótkim, napiętym posiedzeniu Reddington posunął się do stwierdzenia, że przysięgły skłamał pod przysięgą; sędzia odparł, że nie będzie go dalej przesłuchiwać, bo obowiązkiem przysięgłych jest przyjąć prawo tak, jak je podał. Ława wróciła do narad o 9:25, około 11:00 przysłała trzecią notatkę. W petycji do Sądu Najwyższego obrona argumentowała, że rozumowanie przysięgłego odzwierciedla uprzedzenie wobec osób z wyniszczającą chorobą psychiczną. Sędzia Wendlandt odmówiła.

Ten wniosek musiał przegrać i, jak sądzę, Reddington to wiedział. Od sprawy Commonwealth v. Connor (1984) przysięgłego w trakcie narad można wyłączyć tylko z powodów osobistych, niemających nic wspólnego z przedmiotem sprawy ani z jego relacjami z innymi przysięgłymi. Wzorcowa instrukcja ujmuje to dosadniej: nierozumny upór ani ekscentryczność nie są dobrą przyczyną. Reguła istnieje po to, by chronić dokładnie to, co obrona chciała naruszyć: tajność i autonomię narady. „Dwunastu gniewnych ludzi” Sidneya Lumeta z 1957 r. to hymn na cześć tej reguły; przysięgły numer osiem mógł bronić wątpliwości przeciw jedenastu, bo nikt nie miał prawa go za to usunąć. W Plymouth ta sama tarcza osłoniła człowieka, który wątpliwość odrzucał. Film o jednym sprawiedliwym przeciw tłumowi ma swoje lustrzane odbicie, a prawo nie potrafi ich odróżnić, bo nie wolno mu zajrzeć do pokoju narad.

Sprawa Karen Read w sąsiednim hrabstwie Norfolk pokazała to dwa lata wcześniej. Po unieważnieniu procesu w lipcu 2024 r. kilkoro przysięgłych ujawniło, że ława jednomyślnie uniewinniła Read od zarzutu zabójstwa i zawiesiła się tylko na lżejszym zarzucie, ale nie wiedziała, jak to zakomunikować. Sędzia, Sąd Najwyższy stanu i Sąd Najwyższy USA odmówiły uwzględnienia tych relacji; SJC orzekł jednoznacznie, że ujawnienia po procesie nie zmieniają wstecznie jego wyniku. W drugim procesie, w czerwcu 2025 r., Read została uniewinniona od zabójstwa. Reddington wyciągnął z tego dwie lekcje widoczne w jego zachowaniu: sprzeciwić się unieważnieniu (Read na nie przystała, co pogrzebało jej argument z zakazu podwójnego karania) i działać przed ogłoszeniem, nie po nim. Stąd godzina na petycję. Czy zapowiedziana droga federalna ma szanse, to hipoteza o małym prawdopodobieństwie: ława zawieszona jest od sprawy United States v. Perez (1824) wzorcowym przykładem „oczywistej konieczności” unieważnienia, więc obrona musiałaby wykazać, że odmowa dalszego przesłuchania przysięgłego tę konieczność podważyła.

Psychologia impasu jest tu równie ważna jak prawo. W klasycznym badaniu Kalvena i Zeisela z 1966 r. większość z pierwszego głosowania niemal zawsze wygrywała, a ławy, które się zawieszały, zaczynały narady z liczną mniejszością; samotny dysydent prawie nigdy nie wytrzymywał. Impas jedenaście do jednego jest więc statystyczną rzadkością i warto zobaczyć, jaką sekwencją go wytworzono. Notatka przewodniczącego wskazała palcem jedną osobę. Potem sędzia przesłuchał każdego z osobna, a więc także tę osobę. Potem grupa dostała pouczenie, którego adresat był dla wszystkich oczywisty. Z krzesła tego przysięgłego spór o dowody zamienił się w próbę osobistej uczciwości. Reaktancja, jedno z najlepiej udokumentowanych zjawisk psychologii społecznej, mówi, że nacisk rodzi przeciwsiłę. W eseju o wyroku pisałem, że kolegialność ratuje ocenę tylko pod warunkiem bezpieczeństwa psychologicznego, a bez niego spójna grupa zsuwa się w myślenie grupowe i tłumi zdanie odrębne. Notatka przewodniczącego jest podręcznikowym przykładem tego drugiego; osobliwość Plymouth polega na tym, że tłumienie się nie udało. Do tego doszła kwestia twarzy: po publicznym wskazaniu nikt nie mógł zaoferować mu sposobu zmiany zdania, który nie wyglądałby jak kapitulacja. Nie było złotego mostu. A instrukcja Rodriquez wręczyła mu zdanie, które mógł usłyszeć jako przyzwolenie: nie porzucaj szczerych przekonań.

Formuła Webstera dodała ostatni element. Kiedy w sprawie o śmierć trojga dzieci sędzia mówi o „pewności moralnej”, dosłownie myślący przysięgły dostaje miejsce, na którym może stanąć: mam wątpliwość, ale nie mam moralnej pewności niewinności. To błędne odczytanie standardu, lecz ludzkie. W „Czasie zabijania” z 1996 r. ława unieważnia prawo w imię moralnej intuicji, uniewinniając ojca, który zabił gwałcicieli swojej córki. Stawiam hipotezę, że w Plymouth doszło do nullifikacji odwrotnej: jeden przysięgły unieważnił standard dowodu zamiast prawa materialnego, w przeciwnym kierunku moralnym. Mechanizm ten sam, kostium inny. Zastrzeżenie z tekstu o Letby obowiązuje i tu: istnienie mechanizmu nie dowodzi, że zadziałał w konkretnej sprawie.

Polski czytelnik ma własną pamięć o ławach. We Lwowie 14 maja 1932 r. przysięgli uznali Ritę Gorgonową winną zabójstwa Lusi Zarembianki stosunkiem głosów dziewięć do trzech, co według austriackiej procedury wystarczyło do wyroku śmierci. Sąd Najwyższy uchylił wyrok w lipcu, a krakowski sąd przysięgłych w kwietniu 1933 r. skazał ją na osiem lat, przyjmując działanie pod wpływem silnego wzruszenia. Irena Krzywicka pisała po tym procesie przeciw sądom przysięgłych; zniesiono je w Polsce w 1938 r. Film Janusza Majewskiego z 1977 r. zachował z tej sprawy więcej niż podręczniki. Od wyroku Ramos v. Louisiana (2020) do skazania za zbrodnię w procesie stanowym konstytucja wymaga jednomyślnej ławy. Według reguł lwowskich Lindsay Clancy miałaby dziś wyrok, jakikolwiek. Według reguł z Plymouth nie ma żadnego. Które reguły są sprawiedliwsze, tego nie da się odczytać z wyniku jednej sprawy.

 

Co dalej: rachunek bodźców

Timothy Cruz jest prokuratorem z wyboru. Wycofanie się po trzech latach, pięciu tygodniach procesu i osiemdziesięciu pięciu świadkach jest dla urzędu kosztowne, a w piątek Cruz zapowiedział, że opinia publiczna nie będzie miała wpływu na decyzję. Dwa głosy zaważą na niej i tak. Ojciec dzieci, pierwszy świadek oskarżenia, oświadczył przez pełnomocnika godzinę po unieważnieniu, że drugi proces byłby dla niego i jego rodziny nadzwyczaj bolesny. A Reddington zapowiedział wniosek w trybie reguły 25(b), składany w ciągu pięciu dni od zwolnienia ławy, o wydanie przez sędziego orzeczenia o niewinności bez udziału przysięgłych, z argumentem, że dowody Commonwealth na poczytalność nie wystarczały z punktu widzenia prawa. Standard jest wymagający: sąd nie waży dowodów, lecz pyta, czy oceniane najkorzystniej dla Commonwealth pozwalały w ogóle racjonalnej ławie uznać poczytalność ponad rozsądną wątpliwość. Nawet odmowa powie jednak stronom, jak sędzia widzi wystarczalność materiału, a to jest kartą w negocjacjach.

Wystąpienie Reddingtona przed sądem było wymierzone dokładnie w tę decyzję. Nazwać przysięgłego złodziejem z agendą i powiedzieć prokuratorowi, że został zmiażdżony, to przerobić impas jedenaście do jednego na publiczne uniewinnienie, którym w świetle prawa nie jest, i podnieść cenę drugiego procesu w tym samym hrabstwie. To także fundament: przysięgły „z agendą” jest przesłanką zapowiadanej petycji federalnej. Ryzyko polega na tym, że te same słowa usłyszy następna pula przysięgłych. Obrona, której w drugim procesie wystarczy jeden niezgadzający się przysięgły, pokazała właśnie hrabstwu Plymouth, czego niezgadzający się przysięgły może się od niej spodziewać. Stawiam hipotezę, że Reddington zważył to ryzyko i uznał nacisk na Cruza za wart ceny. Druga hipoteza: odpowiedź Cruza, że sprawa dotyczy trojga dzieci, a nie systemu ochrony zdrowia, zapowiada strategię Commonwealth na drugi proces, czyli odebranie obronie ramy, którą Sprague nazwała w mowie końcowej rozpraszaniem uwagi.

Opcje Commonwealth są trzy: powtórzyć proces o zabójstwo pierwszego stopnia z tym samym materiałem, przed nową ławą z Plymouth znającą wynik jedenaście do jednego; obniżyć kwalifikację; albo negocjować. Jest też dźwignia, o której mało kto mówi. Rozdział 263 § 6 praw stanowych zakazuje zrzeczenia się ławy w sprawach „kapitalnych”, czyli o zabójstwo pierwszego stopnia (Commonwealth v. Francis, 2007). Dopóki oskarżenie utrzymuje ten zarzut, obrona nie może wybrać procesu przed samym sędzią. Gdyby zarzut obniżono do drugiego stopnia, proces bez ławy stałby się możliwy i zmieniłby strukturę ryzyka po obu stronach: obrona straciłaby tarczę, jaką jest wystarczalność jednego przysięgłego do impasu, ale zyskałaby decydenta wyszkolonego w stosowaniu ciężaru dowodu; oskarżenie straciłoby szansę na ławę wrażliwą na los ofiar, ale zyskałoby rozstrzygnięcie. Dla obu stron racjonalna jest droga negocjowana. Czy pozwolą na nią emocje i kalendarz wyborczy, to inna sprawa. Sędzia Sullivan zasygnalizował, że jeśli Commonwealth zdecyduje się na drugi proces, chciałby go przeprowadzić jeszcze tej jesieni.

Równolegle toczą się dwie sprawy cywilne w Sądzie Wyższym hrabstwa Norfolk, wniesione w styczniu 2026 r. Patrick Clancy pozwał psychiatrę Jennifer Tufts, pielęgniarkę psychiatryczną Rebeccę Jollottę oraz ich pracodawców o bezprawne spowodowanie śmierci dzieci i zaniedbanie lecznicze. Lindsay Clancy pozwała jedenastu pozwanych, w tym szpitale McLean i Women & Infants, o błąd w sztuce; jako szkodę wskazała między innymi wiedzę o tym, że zabiła własne dzieci. Posiedzenie wyznaczono na 28 października 2026 r. Splot jest niebanalny. Pozew byłego męża przyjmuje kauzalną teorię obrony karnej, że zaniedbane leczenie doprowadziło do śmierci dzieci, choć w procesie karnym zeznawał on jako świadek oskarżenia. Wynik sprawy karnej będzie z kolei warunkował sprawy cywilne: uznanie braku odpowiedzialności karnej wspiera teorię pozwów, a skazanie dałoby pozwanym placówkom potężny argument obronny. Pozwane szpitale mają więc, paradoksalnie, interes zbieżny z prokuraturą. To hipoteza, ale warto ją mieć w pamięci, czytając, kto i jak komentuje ewentualny drugi proces.

 

Wniosek

Ta sprawa nie rozbiła się o niejasność prawa ani o bezradność psychiatrii. Prawo Massachusetts było jasne i korzystne dla obrony; psychiatria była sporna w sposób, w jaki bywa sporna zawsze. Rozbiła się w punkcie, w którym system oddaje ostatnie słowo dwunastu laikom i zakazuje komukolwiek sprawdzać, jak z niego skorzystali.

Dla praktyka płynie z tego kilka wniosków. W procesie o niepoczytalność prawdziwa bitwa toczy się o ramę, czyli o podział procesu, stypulację i to, co ława zobaczy przez pierwsze dwa tygodnie; kto ją przegra, walczy potem z prądem. Nadmierne dowodzenie okoliczności niespornych nie jest bezpłatne, bo emocja, którą się wywołuje, nie zawsze płynie w zamierzonym kierunku. Heurystyka „planowała, więc była poczytalna” jest pierwszym zniekształceniem do rozbrojenia, a sprawa Yates najlepszym materiałem poglądowym. Procedury na wypadek impasu trzeba mieć gotowe, zanim ława wyjdzie z sali: sprzeciw wobec unieważnienia, zabezpieczony protokół, drogę do sądu wyższego. I ostatnia rzecz: nigdy nie dawać samotnemu przysięgłemu powodu, by bronił własnej twarzy zamiast własnego zdania.

Nie twierdzę, że Lindsay Clancy słyszała głos, ani że go nie słyszała. Twierdzę, jak przy Letby, że pytania, które ta sprawa stawia, są ważniejsze od odpowiedzi, bo dotyczą każdego procesu, w którym dwunastu ludzi ma zmierzyć cudzy umysł.

Wyroku nie ma. Jest wiedza o tym, jak działa maszyna, i o tym, w którym miejscu pęka.

 

Inne publikacje na podobne tematy

Przeczucie i przepis. Wyrok jako akt psychologiczny

Kajetan P. – Hannibal Lecter, którego nie było 

Lucy Letby – statystyka vs domniemanie niewinności