Zondacrypto. Dlaczego żądanie, by prokuratura oddała zabezpieczone miliony syndykowi w Estonii, brzmi świetnie i nie ma sensu, i kto naprawdę powinien zapłacić

Zondacrypto. Dlaczego żądanie, by prokuratura oddała zabezpieczone miliony syndykowi w Estonii, brzmi świetnie i nie ma sensu, i kto naprawdę powinien zapłacić

2026.10.26 Autor: Robert Nogacki

Wokół upadłości giełdy Zonda krąży pomysł, który brzmi jak rozwiązanie wszystkich problemów naraz: polska prokuratura miałaby wydać estońskiej masie upadłości mienie zabezpieczone u osób podejrzanych i w ich spółkach, a syndyk w Tallinie rozdzieliłby je między wierzycieli. Gdyby ktoś ogłosił taki postulat w imieniu wierzycieli, brzmiałoby to równie atrakcyjnie jak obietnica 100 mln dla każdego i miałoby z prawem dokładnie tyle samo wspólnego. Co gorsza, przesuwałoby ciężar z Krala i sprawców na prokuraturę, do której kierowano by żądania efektowne i całkowicie nierealne, podczas gdy ci, którzy pieniądze wzięli, przyglądaliby się temu z boku. Jako pełnomocnik kilkuset wierzycieli, których zgłoszenia stanowią ponad połowę wartości wierzytelności zgłoszonych dotąd syndykowi,  wolę wyjaśnić to, zanim ktokolwiek cokolwiek ogłosi: dlaczego żaden prokurator tego nie zrobi, bo zrobić nie może; komu taki postulat służy; i kto naprawdę może dziś, przed jakimkolwiek wyrokiem, wysłać pieniądze do Estonii.

Zakładnik wyroku: co naprawdę znaczy „zabezpieczone”

Minister Sprawiedliwości mówił 27 sierpnia o ponad 100 mln zł zabezpieczonych na poczet przyszłych odszkodowań dla klientów giełdy. Słowo „zabezpieczone” brzmi jak „odłożone dla was”. Znaczy co innego. Zabezpieczenie majątkowe (art. 291 i następne Kodeksu postępowania karnego) jest zajęciem mienia podejrzanego po to, by przyszły wyrok miał z czego zostać wykonany: przepadek korzyści z przestępstwa, obowiązek naprawienia szkody, grzywna, koszty. Właścicielem pozostaje ten, u kogo zajęto, a jest nim osoba, której wina nie została stwierdzona, objęta domniemaniem niewinności z Konstytucji (art. 42 ust. 3) i kodeksu (art. 5 § 1 k.p.k.). Konstytucja dodaje zdanie, które zamyka dyskusję, zanim się zaczęła: przepadek rzeczy może nastąpić tylko na podstawie prawomocnego orzeczenia sądu (art. 46). Pieniądze zabezpieczone u podejrzanego są więc zakładnikiem jego wyroku. Prokurator ich pilnuje; nie jest ich depozytariuszem, nie może ich nikomu „przekazać”, „zwolnić na rzecz masy” ani „oddać wierzycielom”, bo przed wyrokiem nikt nie jest do nich uprawniony, a organ władzy działa tylko na podstawie i w granicach prawa (art. 7 Konstytucji). Nie może tego zrobić Prokurator Generalny. Nie mógłby tego zrobić Sejm uchwałą, bo uchwała to nie ustawa, a ustawa musiałaby przejść przez art. 46 Konstytucji.

Jedyna szczelina w tym murze jest wąska i warto ją obejrzeć z bliska, bo pokazuje odległość między marzeniami a procedurą karną. Zabezpieczenie karne niczego nie przesądza o własności; zamraża mienie, by przyszły wyrok miał co wykonać. Wierzyciel podejrzanego, który ma prawomocny tytuł wykonawczy, może z tego mienia prowadzić egzekucję, a prokurator może w tej części swoje zabezpieczenie ograniczyć, bo zabezpieczenie jest jego uprawnieniem, nie obowiązkiem. Tylko że tytuł trzeba najpierw mieć. Estońska masa upadłości musiałaby uzyskać w Tallinie wyrok przeciwko konkretnym osobom: o odszkodowaniu od członków zarządu (estońska ustawa o spółkach, ÄS § 187) albo o bezskuteczności czynności, którymi majątek wyszedł ze spółki (§§ 109 do 119 estońskiej ustawy upadłościowej), uznać go w Polsce, skierować do komornika i stanąć w kolejce po mienie podejrzanych jako jeden z ich wierzycieli, obok pokrzywdzonych, którzy egzekwują własne orzeczenia o naprawieniu szkody z art. 46 Kodeksu karnego. Samo postanowienie o zabezpieczeniu roszczenia, które można dostać szybciej, nie daje nic poza drugą pieczęcią na tych samych pieniądzach. Ta droga istnieje, syndyk ma obowiązek ją zbadać i nic w niej nie zależy od uprzejmości prokuratora. Mierzy się ją jednak w latach, nie w uchwałach.

Jest też drugie nieporozumienie, groźniejsze, bo dotyczy ludzi. Pokrzywdzony i wierzyciel to dwa różne słowa i dwie różne listy. Pokrzywdzonym w polskim śledztwie jest każdy klient, który stracił pieniądze, z mocy samego faktu szkody, niezależnie od tego, czy się ujawnił (art. 49 § 1 k.p.k.); może to zrobić do zamknięcia śledztwa, a wniosek o naprawienie szkody złożyć do zamknięcia przewodu sądowego (art. 49a k.p.k.). Wierzycielem w Estonii jest ten, kto zgłosi roszczenie syndykowi do 27 października. Według liczb podanych publicznie 21 października takich zgłoszeń było około pięciu tysięcy; pod koniec 2025 r. giełda miała około 57 tysięcy aktywnych kont. Lista syndyka to zatem mniejszość ofiar, uzupełniona o wierzycieli, którzy ofiarami nie są. Kto żąda, by mienie zabezpieczone u podejrzanych trafiło na tę listę, żąda, by mniejszość ofiar razem z innymi wierzycielami została zaspokojona z tego, co prawo rezerwuje dla wszystkich ofiar. A rezerwuje: przepadku nie orzeka się, jeżeli korzyść podlega zwrotowi pokrzywdzonemu (art. 44 § 5 i art. 45 § 1 k.k.), i naprawienie szkody sąd orzeka na jego wniosek, do wykonania z zabezpieczonego mienia, bez syndyka, bez estońskich stawek godzinowych i bez dzielenia się z nikim. Pierwszeństwo ofiar przed Skarbem Państwa nie wymaga uchwały. Wymaga wyroku.

 

Moskwa, 1921: drzwi, które się nie otwierają

W 1921 r. radziecka policja polityczna założyła organizację monarchistyczną. Nazywała się Monarchistyczne Zjednoczenie Rosji Centralnej, w historii wywiadu znana jest jako „Trust”, i przez pięć lat była najprężniejszym ruchem oporu przeciw bolszewikom, jaki znali emigranci w Paryżu, Berlinie i Warszawie. Wysyłali do niego kurierów, pieniądze i ludzi. Borys Sawinkow, terrorysta i pisarz, przekroczył granicę w 1924 r., by stanąć na czele powstania, i wylądował na Łubiance. Sidney Reilly, as brytyjskiego wywiadu, przeszedł granicę fińską we wrześniu 1925 r. na spotkanie z kierownictwem „Trustu” i został rozstrzelany w listopadzie. Przez pięć lat opozycja nie była zwalczana. Była prowadzona, i to w stronę drzwi, które się nie otwierały. Kto z emigrantów wyrażał wątpliwość, czy „Trust” w ogóle istnieje, dowiadywał się od innych emigrantów, że jest defetystą i sprzyja wrogowi.

Czterdzieści lat później radziecki matematyk Władimir Lefebvre nadał temu wzorcowi teorię i nazwę: sterowanie refleksyjne. Nie walczysz z decyzją przeciwnika; tak urządzasz jego obraz świata, by sam wybrał to, czego potrzebujesz, i by uważał ten wybór za własny. Lefebvre wyemigrował do Stanów Zjednoczonych w 1974 r., jego pojęcie zostało w Moskwie i wróciło w ostatniej dekadzie jako elementarz operacji hybrydowych. Przywołuję tę historię nie po to, by komukolwiek w sprawie Zondy przypisać zamiar; zamiarów nie znam i o niczyich nie piszę. Przywołuję ją, bo skutek nie potrzebuje zamiaru, a prawnikowi płaci się za widzenie skutków.

Żądanie niemożliwe, czyli żądanie skierowane do organu, który nie ma prawa go spełnić, ma w każdej wielkiej aferze finansowej tę samą konstrukcję. Zużywa dobrą wolę organu: prokurator, który musi odmówić, czyta następny wniosek od tych samych nadawców inaczej, a w tej sprawie jedyne pieniądze i jedyne dane spółki leżą dziś w prokuraturze. Ustawia ofiary przeciwko państwu, bo narracja „prokuratura nie chce oddać” jest prosta, nośna i fałszywa, a raz uruchomiona żyje własnym życiem. Tworzy rynek nadziei, bo postępowanie, w którym „mają wrócić setki milionów”, ktoś musi sfinansować, a skoro masa nie ma pieniędzy, tym kimś są zawsze ofiary; zaliczka na niemożliwe jest najdroższym produktem na tym rynku, bo nie da się jej odzyskać nawet w teorii. I ma wbudowany test lojalności, najstarszy mechanizm z arsenału „Trustu”: nie da się go odrzucić, nie wyglądając na przeciwnika tych, w których imieniu je postawiono. Kto odmawia podpisu pod żądaniem niemożliwym, zostaje przeciwnikiem ofiar w oczach tych, którzy im to żądanie sprzedali. Wiem, że tak będzie.

Pełnomocnik, który podpisuje niemożliwe, by uniknąć epitetu, zdradza klientów za cenę własnego komfortu; wolę epitet.

Najważniejszy skutek jest jednak czwarty i o nim jest reszta tego tekstu. Żądanie niemożliwe odwraca wzrok od właściwego adresata. Dopóki ofiary i ich pełnomocnicy spierają się z prokuratorem o to, czego prokurator zrobić nie może, nikt nie pyta człowieka, który może. Obrońca prezesa giełdy oświadczył 25 sierpnia, że jego klient przekazał prokuraturze ogromny majątek, wystarczający dla wszystkich dotąd zgłoszonych pokrzywdzonych. Żądanie, by prokuratura przekazała ten majątek do Estonii, jest lustrzanym odbiciem tej deklaracji: prosi państwo, by wykonało narrację obrony, i zwalnia obronę z obowiązku wykonania jej samej.

„Trust” ma także wersję upadłościową i nazywa się Mt. Gox. Gdy w 2017 r. wierzyciele tej giełdy przenieśli postępowanie do sanacji i ponownie zgłaszali roszczenia, wszyscy zgłosili to, co stracili, poza dawnym amerykańskim partnerem giełdy, który roszczenie z 75 mln dolarów podniósł do 16 mld. Dopóki sąd nie ocenił tego jednego roszczenia, nikt nie mógł głosować nad planem, a bez planu nikt nie dostał nic; szef największej grupy wierzycieli zrezygnował i sprzedał własne roszczenie z dyskontem, bo nie wierzył, że dożyje wypłaty. Pierwsze pieniądze trafiły do wierzycieli w lipcu 2024 r., dziesięć lat po upadku, a 16 października tego roku syndyk przesunął termin spłat po raz czwarty, na 31 października 2027 r. W upadłości najdroższe jest to, czego nie ma, bo płaci się za to czasem wszystkich pozostałych.

 

Niewłaściwy adresat: jedyny człowiek, który może dziś wysłać pieniądze do Estonii

Masa upadłości Zondy nie ma pieniędzy na prowadzenie postępowania. To fakt i powód, dla którego kusi żądanie, by zapłaciło państwo. Ale pytanie „kto ma sfinansować upadłość” ma w tej sprawie odpowiedź tak oczywistą, że aż dziwne, jak rzadko pada: ten, kto spółkę opróżnił. Majątek Zondy nie wyparował. Wyszedł umowami, a umowy mają strony, daty i podpisy. Z dokumentów w aktach sprawy upadłościowej wynika sekwencja, którą da się opowiedzieć w pięciu zdaniach.

Fundament to umowa inwestycyjna z 2 marca 2020 r. między giełdą a Orion Software, wtedy prywatną spółką Przemysława Krala z kapitałem 5 tysięcy złotych: giełda płaci za budowę platformy, Orion ma przejść na jej własność do końca 2022 r., a w lipcu 2022 r. giełda kupuje Orion i zamienia 60,6 mln zł wcześniejszych wpłat na jego kapitał. Pożyczka główna to umowa z 4 sierpnia 2022 r., niespełna pięć miesięcy po zaginięciu Sylwestra Suszka: 50 mln euro dla Orionu na 10 procent, zwrot dziesięć lat od każdej transzy; aneks obniża odsetki do 4,6 procent od 2024 r. i przesuwa ich zapłatę na koniec, wypłacono 75 mln, czyli 25 mln ponad umowę, ostatnią transzę 16 marca 2026 r., trzy tygodnie przed zamrożeniem wypłat, a Orion pożyczył pieniądze dalej, czeskiej Expofer; po obu stronach umowy stał ten sam człowiek. Pieniądze klientów z programu Earn trafiły pożyczką do Admitrade, podmiotu Wojciecha Sroki, na początku 2025 r. 89,5 mln euro; w lipcu 2025 r. wróciły kryptowaluty za 58 mln, które do końca roku znów wyszły z portfeli giełdy, a w księgach całe 89,5 mln zniknęło bez odpisu. Mniejsze umowy powtarzają wzór: spółka założyciela w Emiratach (2020 r., 2 procent, zastaw na krypto), linie kredytowe dla dwóch osób fizycznych (2,9 mln euro na 2 procent do 2041 r. i 1,5 mln zł), trzy pożyczki dla spółki cypryjskiej z kwietnia, września i października 2025 r., gdy portfele giełdy już pustoszały, i sprzedaż udziałów w szwajcarskim SEBA Bank w styczniu 2025 r., po której w księgach nie widać ceny.

Każda z tych pozycji ma adresata, i nie jest nim prokurator. Po stronie estońskiej syndyk jest jedynym wspólnikiem Orionu i wykonuje jego prawa w Katowicach: wymienia zarząd, wypowiada pożyczkę 75 mln euro z odsetkami, idzie za pieniędzmi do Expofer. Czynności, którymi majątek wychodził ze spółki w okresie, który sam syndyk nazywa trwałą niewypłacalnością, podlegają zaskarżeniu (§§ 109 do 119 PankrS), a członkowie zarządu odpowiadają za szkodę wyrządzoną spółce (ÄS § 187); te roszczenia można zabezpieczyć przed procesem i wykonać w Polsce. Po stronie polskiej instrumenty są ostrzejsze i, co w tej dyskusji umyka, już istnieją. Prasa pisała latem, że prezes giełdy może ubiegać się o status świadka koronnego. Ustawa o świadku koronnym pozwala uzależnić dopuszczenie takiego dowodu od zobowiązania się podejrzanego do zwrotu korzyści majątkowej odniesionej z przestępstwa oraz naprawienia szkody (art. 3 ust. 2); termin i sposób wykonania tego zobowiązania określa sąd, a jego niewykonanie wznawia postępowanie. Prawo pozwala więc prokuratorowi powiedzieć krótko: najpierw pieniądze, potem status. Nadzwyczajne złagodzenie kary za współpracę (art. 60 § 3 i 4 k.k.), skazanie bez rozprawy (art. 335 k.p.k.), obowiązek naprawienia szkody (art. 46 k.k.) mają ten sam mianownik: wydanie mienia, nie opowiadanie o nim.

I tu jest sedno, które żądanie niemożliwe zasłania. Pieniądze zabezpieczone u podejrzanego pozostają jego własnością, a właściciel może nimi zapłacić swoje długi.

Prokurator nie może przekazać ich masie upadłości, ale podejrzany może wystąpić o ich zwolnienie po to, by naprawił szkodę albo spłacił dług spółki, którą opróżnił, bo dokładnie temu służy zabezpieczenie: wykonaniu obowiązku naprawienia szkody. Jedyną osobą, która może dziś, przed jakimkolwiek wyrokiem, skierować do Estonii pieniądze na sfinansowanie postępowania upadłościowego Zondy, jest Przemysław Kral. Nie prokurator, nie minister, nie komitet wierzycieli, nie estoński sąd. Kral: jako dłużnik Orionu, jako członek zarządu odpowiedzialny za szkodę, jako kandydat na świadka koronnego, jako właściciel zabezpieczonego mienia, który może nim zapłacić.

Żądanie adresowane do prokuratora jest żądaniem adresowanym do niewłaściwego człowieka, a jego urok polega na tym, że właściwy człowiek może mu się spokojnie przyglądać. Obrońca mówi o ogromnym majątku przekazanym prokuraturze. Test tego oświadczenia jest prosty i nie wymaga adwokata: lista tytułów prawnych i przelewów, nie lista przymiotników. Co powinien wydać ten, kto chce być traktowany poważnie: klucze i dostępy do portfeli spółki i jej przestrzeni roboczej w systemie Fireblocks; dokumentację pożyczki dla Orionu i dalszej pożyczki dla Expofer; rozliczenie 89,5 mln euro z Admitrade z adresami, na które wyszły kryptowaluty w drugiej połowie 2025 r.; nazwiska i umowy dwóch osób z liniami kredytowymi do 2041 r.; umowy cypryjskie i emirackie; cenę udziałów SEBA Bank i rachunek, na który wpłynęła; i wyjaśnienie, kto ma klucze do portfela 4 503 BTC, bo wersja o zaginionym założycielu jest wygodna dla wszystkich poza tymi, których pieniądze rzekomo w nim leżą. Majątek pokazany nie jest majątkiem oddanym. Dopiero oddany liczy się w prawie karnym jako naprawienie szkody i dopiero wtedy jest o czym rozmawiać z tym, kto go oddaje.

 

Co można wziąć bez niczyjej łaski

Obok tego, czego trzeba żądać od Krala, jest to, co należy się masie z mocy samego prawa i o co wystarczy poprosić. Według sprawozdania tymczasowego syndyka z 21 sierpnia środki pieniężne spółki u siedmiu dostawców usług finansowych (AMINA Bank i Sygnum w Szwajcarii, ZEN.COM na Litwie, Clear Junction w Londynie, Fenige, TryPay i Tpay w Polsce) wynosiły 167 675,04 EUR, według sald księgowych sprzed zamrożenia wypłat, które od tego czasu mogły się zmienić. Do tego baza klientów i sald na zabezpieczonych nośnikach, bez której syndyk nie zweryfikuje tysięcy zgłoszeń.

To mienie upadłej spółki, którą syndyk reprezentuje w całej Unii z mocy prawa (art. 21 rozporządzenia 2015/848), i prokurator może je wydać przedstawicielowi spółki bez tytułu, bez uchwał i bez konferencji: kopie danych jako rzeczy zbędne dla postępowania po ich zabezpieczeniu (art. 230 § 2 k.p.k.), rachunki przez uchylenie zabezpieczenia w tej części, jeśli w ogóle zostały nim objęte, a jeśli nie, zwykłym pismem syndyka do banku. O to wystąpiłem do prokuratury w imieniu moich klientów 21 października; szczegóły opisałem w tekście „Zonda: co prokuratura może zrobić dla syndyka, a czego zrobić nie powinna. I propozycja dla Ministra Sprawiedliwości: jak oddawać ofiarom pieniądze bez czekania na wyrok”. Sto sześćdziesiąt siedem tysięcy euro nie brzmi jak setki milionów. Za to istnieje.

 

23 listopada 2026: dzień, w którym Polska nauczy się sądzić pieniądze

Pozostaje pytanie, które zadają mi klienci i które jest uczciwe: czy naprawdę trzeba czekać na prawomocny wyrok, zanim zabezpieczone u sprawców pieniądze wrócą do ofiar? Dziś tak, z jednym wyjątkiem, czyli wtedy, gdy sprawca zapłaci sam. Ale dzisiejszy stan prawa ma termin ważności i jest nim 23 listopada 2026 r. Tego dnia upływa termin wdrożenia dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2024/1260 z 24 kwietnia 2024 r. w sprawie odzyskiwania i konfiskaty mienia. Dyrektywa każe państwom wprowadzić konfiskatę bez wyroku skazującego (art. 15) tam, gdzie postępowanie nie może zakończyć się skazaniem z powodu choroby, śmierci, immunitetu, przedawnienia albo ucieczki podejrzanego, a w sprawie Zondy ucieczka nie jest hipotezą, lecz stanem faktycznym.

Każe wprowadzić konfiskatę mienia o niewyjaśnionym pochodzeniu powiązanego z działalnością przestępczą (art. 16), biura zarządzania zabezpieczonym mieniem, w tym kryptoaktywami, i, co dla tej sprawy najważniejsze, nakazuje uwzględniać roszczenia ofiar już na etapie śledzenia, zabezpieczania i konfiskaty, a mienie, do którego ofiara ma prawo, jej zwracać (art. 18). Polskie prawo zna zalążek tej konstrukcji: przepadek bez skazania w razie śmierci sprawcy, jego niewykrycia albo zawieszenia postępowania wobec oskarżonego, którego nie można ująć (art. 45a § 2 k.k.). Zalążek trzeba rozwinąć w procedurę, a w doktrynie już przed implementacją pisze się, że obecny polski model przepadku jest funkcjonalnie niespójny z kierunkiem prawa unijnego i wymaga poważnej przebudowy właśnie na styku przepadku i kompensaty. W chwili pisania tego tekstu nie znalazłem opublikowanego projektu ustawy wdrażającej; termin biegnie.

 

Palm Beach, 25 października 2009: jak wraca majątek, którego nikomu nie udowodniono

W amerykańskich sądach federalnych toczyły się sprawy o tytułach, które brzmią jak opowiadania: Stany Zjednoczone przeciwko jednemu plymouthowi sedan rocznik 1958, Stany Zjednoczone przeciwko przeciwko około 64 695 funtom płetw rekina, Stany Zjednoczone przeciwko jednej kuli z pleksiglasu zawierającej materiał księżycowy. Pozwanym nie jest w nich człowiek, lecz rzecz. Ta osobliwość, przepadek in rem, tłumaczy o sprawie Zondy więcej niż wszystkie komunikaty razem wzięte: tłumaczy, dlaczego w Ameryce pieniądze wracają do ofiar, zanim ktokolwiek zostanie skazany, i dlaczego polski prokurator nie przekaże do Estonii ani złotówki z tego, co zabezpieczył u podejrzanych, choćby bardzo chciał.

Jeffry Picower, lat 67, zostaje znaleziony na dnie basenu swojej rezydencji w Palm Beach. Przez dwadzieścia lat był największym pojedynczym beneficjentem piramidy Bernarda Madoffa: wypłacił z niej 7,2 mld dolarów fikcyjnych zysków. Nigdy nie usłyszał zarzutu i już go nie usłyszy. Czternaście miesięcy później, w grudniu 2010 r., jego wdowa podpisuje ugodę, na mocy której cała ta kwota wraca: 5 mld do syndyka firmy Madoffa, 2,2 mld do rządu Stanów Zjednoczonych w drodze przepadku cywilnego. Największy przepadek w historii amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości dotyczy człowieka, którego nikt nie skazał, bo pozwanym nie był człowiek, lecz pieniądze.

Dalej dzieje się rzecz, która w polskim prawie nie ma nazwy. Departament Sprawiedliwości tworzy Fundusz Ofiar Madoffa i powierza go Richardowi Breedenowi, byłemu przewodniczącemu amerykańskiej komisji papierów wartościowych. Fundusz nie prowadzi procesów. Przyjmuje wnioski: ponad 65 tysięcy ze 136 krajów. Ustala, ile kto stracił, i wypłaca proporcjonalnie, z pieniędzy, które przepadły, nie z pieniędzy podatnika. Przez dziesięć transz oddaje 4,3 mld dolarów 40 930 ofiarom ze 127 krajów, czyli 93,71 procent ich strat; obok majątku Picowera są tam 1,7 mld z ugody z bankiem JPMorgan Chase, który też nie został skazany. Podstawa prawna mieści się w jednym paragrafie i jednym rozporządzeniu: tytuł 18 Kodeksu Stanów Zjednoczonych, § 981, przewiduje przepadek cywilny mienia z przestępstwa i upoważnia Prokuratora Generalnego do przekazania go ofiarom tytułem restytucji (lit. e pkt 6), a część 9 tytułu 28 Kodeksu przepisów federalnych opisuje tryb: wniosek o remisję, urzędnik, decyzja, przelew. Od 2000 r. ten program zwrócił ofiarom przestępstw ponad 12 mld dolarów. Żadna z tych wypłat nie wymagała wyroku skazującego wobec osoby, której mienie przepadło. Wymagała procedury, w której sądzi się rzecz.

W Polsce nie sądzi się rzeczy. Sądzi się ludzi, a rzecz czeka na ich wyrok. To nie jest wada polskiego prawa, tylko jego gramatyka, i dyrektywa każe ją uzupełnić. Oto jak.

 

Cztery przepisy: co zaproponowałem Ministrowi Sprawiedliwości

Słowo „remisja” nic jeszcze w polskim prawie nie znaczy, więc tłumaczę je na przepisy. W piśmie z 22 października zaproponowałem Ministrowi cztery, nie nową gałąź prawa, i każdy z nich ma odpowiednik, który gdzieś już działa.

Pierwszy: przepadek bez skazania także wtedy, gdy podejrzany uciekł za granicę i nie można go sądzić, a zebrane dowody wskazują, że w razie skazania przepadek zostałby orzeczony. Orzeka sąd, na wniosek prokuratora, w postępowaniu, w którym właściciel może się bronić, choćby przez pełnomocnika z Dubaju. Konstytucja wymaga do przepadku orzeczenia sądu, nie wyroku skazującego, i art. 45a § 2 k.k. już dziś pozwala na to wobec zmarłych i niewykrytych; dyrektywa każe dopisać uciekinierów. W sprawie Zondy ten przepis działałby od pierwszego dnia, bo ucieczka jest tu faktem, nie hipotezą.

Drugi: mienie przepadłe w takiej sprawie nie wpływa do budżetu, lecz na wyodrębniony rachunek sprawy i czeka tam na ofiary, zanim cokolwiek trafi do Skarbu Państwa. Dziś przepadek wzbogaca państwo, a ofiara ma własny wyrok z art. 46 k.k. i własną egzekucję, prowadzoną zwykle z niczego, bo to, co było, już przepadło. Pierwszeństwo ofiar, które art. 18 dyrektywy każe zapewnić, musi mieć rachunek bankowy, inaczej zostaje zasadą.

Trzeci: wniosek zamiast procesu. Każdy pokrzywdzony, także ten, który nigdy nie złożył zawiadomienia, składa jeden wniosek o zwrot na formularzu. Szkodę weryfikuje się z bazy klientów giełdy zabezpieczonej w śledztwie, tej samej, której dziś brakuje syndykowi w Tallinie, a wypłata jest proporcjonalna, orzeczona przez sąd i wykonana przez wyznaczonego administratora, którym w Polsce może być kurator albo syndyk z listy doradców restrukturyzacyjnych. Bez pozwu, bez opłaty sądowej, bez adwokata, w jednym postępowaniu zamiast kilkudziesięciu tysięcy. To jest dokładnie to, co w Stanach Zjednoczonych robi Fundusz Ofiar Madoffa, i to jest cała „remisja”: nie przywilej dla państwa, lecz kasa dla ofiar, w której państwo jest tylko kasjerem.

Czwarty: furtka dla sprawcy, bo bez niej trzy pierwsze przepisy czekałyby latami na orzeczenie. Podejrzany, który chce zmniejszyć swoją odpowiedzialność, może przed wyrokiem wydać zabezpieczone u niego mienie na rachunek sprawy; wydanie liczy się jako naprawienie szkody z art. 46 k.k. i jako przesłanka złagodzenia kary, a jego odmowa jako okoliczność, którą sąd bierze pod uwagę przy wymiarze. Prawo mówi mu wtedy to samo, co ustawa o świadku koronnym mówi kandydatowi na świadka: najpierw pieniądze. W sprawie Zondy ten przepis ma jednego adresata i ten adresat zna go z nazwiska.

Ile to kosztuje: nic, bo mienie już jest zabezpieczone, a administratora opłaca się z niego. Ile czasu: tyle, ile trwa wdrożenie dyrektywy, które musi się odbyć do 23 listopada i tak. Komu szkodzi: wyłącznie temu, kto liczył, że pieniądze przeczekają go za granicą dłużej niż ofiary. Założenia tego projektu przygotuję bez wynagrodzenia, bo Polska musi uchwalić tę ustawę i tak, a różnica między ustawą dobrą a byle jaką jest w tej sprawie różnicą między odzyskaniem a oczekiwaniem. Polska nie musi uczyć się pozywać kamieni księżycowych. Musi tylko dopisać do ustawy, że pieniądze, których właściciel uciekł, mogą stanąć przed sądem bez niego.

 

Trzy pytania do każdego, kto obiecuje setki milionów

Pokrzywdzeni w sprawie Zondy będą w najbliższych miesiącach słyszeć wiele obietnic, także z ust ludzi w dobrej wierze. Do każdej wystarczy przyłożyć trzy pytania: kto otrzyma pieniądze, kiedy i jakim kosztem. Żądanie, by prokuratura przekazała do Estonii mienie podejrzanych, nie przechodzi żadnego, bo nie ma adresata z prawem do takiej decyzji, nie ma terminu i nie ma kosztu, który dałoby się policzyć, poza czasem wszystkich. Żądanie wobec Krala, własne mienie spółki i ustawa z terminem 23 listopada przechodzą wszystkie trzy. Tam będą pieniądze, jeśli gdziekolwiek będą.

Kto nie zgłosił wierzytelności syndykowi do 27 października, nadal może to zrobić, choć jego roszczenie trafi na koniec kolejki. Kto nie złożył zawiadomienia w polskim śledztwie, jest pokrzywdzonym z mocy prawa, ale bez wniosku z art. 46 k.k. sąd nie orzeknie na jego rzecz naprawienia szkody. I nikt nie powinien płacić nikomu za obietnicę, że państwo odda cokolwiek z mienia, które do nikogo jeszcze nie należy. Całość moich analiz tej sprawy, od umów Suszka po dzisiejszy stan upadłości, jest zebrana na stronie zbiorczej kancelarii o sprawie Zonda; stan prawa opisany wyżej jest stanem na 26 października 2026 r.

Robert Nogacki, radca prawny, Kancelaria Prawna Skarbiec

Sprawa Zondacrypto

Sprawą Zondacrypto zajmują się organy w kilku państwach, a losu powierzonych środków nikt dziś nie potrafi przewidzieć. Reprezentujemy poszkodowanych i dbamy o ich pozycję w toczących się postępowaniach.

Sprawdź, jak możemy pomóc