Zonda: co prokuratura może zrobić dla syndyka, a czego zrobić nie powinna. I propozycja dla Ministra Sprawiedliwości: jak oddawać ofiarom pieniądze bez czekania na wyrok

Zonda: co prokuratura może zrobić dla syndyka, a czego zrobić nie powinna. I propozycja dla Ministra Sprawiedliwości: jak oddawać ofiarom pieniądze bez czekania na wyrok

2026.10.23 Autor: Robert Nogacki

Do wtorku 27 października klienci upadłej giełdy Zonda zgłaszają wierzytelności estońskiemu syndykowi. Zgłoszeń jest już około pięciu tysięcy na około 40 mln euro; 237 z nich, na 23,7 mln euro, złożyła moja kancelaria. Nasi klienci stanowią więc ponad połowę wolumenu wszystkich zgłoszeń. W tym samym tygodniu agencja podała, że w Ministerstwie Sprawiedliwości rozmawiano o współpracy prokuratury z syndykiem. Piszę więc o tym, co każde z dwóch postępowań może zrobić, a czego nie może, dlaczego pieniądze zabezpieczone w Polsce nie powinny trafić do masy w Estonii, i jakiej ustawy brakuje, żeby ofiary oszustw nie czekały na swoje pieniądze dwadzieścia lat. Propozycję takiej ustawy złożyłem w imieniu pokrzywdzonych na ręce Ministra Sprawiedliwości.

 

Spotkanie, o które pytają dziennikarze

Zacznę od spotkania w Ministerstwie Sprawiedliwości, o które pytają mnie dziennikarze. Pytają słusznie: depesza agencyjna się ukazała, a sprawa dotyczy tysięcy ludzi, więc zainteresowanie jest ich prawem, a nawet obowiązkiem. Ani go nie potwierdzam, ani mu nie zaprzeczam, i nie jest to pretensja do nikogo, kto pyta. To zasada, którą stosuję wobec siebie: pełnomocnik pokrzywdzonych opowiada prokuraturze o sprawie, nie opowiada o prokuraturze. Zasady obowiązują także wtedy, gdy wszyscy znają odpowiedź, inaczej byłyby tylko ozdobą. Mam też powód, który wykracza poza dobre obyczaje. Spotkania robocze są robocze dlatego, że ustalenia z nich się wykonuje, a nie ogłasza; ogłoszone przestają być ustaleniami i stają się zapowiedziami, a zapowiedzi w tej sprawie czytają także ci, przeciwko którym toczy się śledztwo. Jeżeli któryś z uczestników uznał, że przebieg takiego spotkania nadaje się do depeszy, to jego decyzja i jego relacja, nie stanowisko pokrzywdzonych. A relacja, która się ukazała, rozmija się z tym, o co pokrzywdzeni proszą. Nie proszą o przekazanie do Estonii mienia zabezpieczonego w Polsce, tylko o skromne środki własne spółki, około 167 tysięcy euro, na pozwy syndyka. Nie proszą o „wymianę informacji”, tylko o szczelne informacyjnie śledztwo i o jedną rzecz dla syndyka: kopię bazy klientów, bez której nie zweryfikuje zgłoszeń. Dlatego zamiast opowiadać o spotkaniu, piszę o sprawie: co każde z dwóch postępowań może zrobić, czego nie może i czego pokrzywdzeni oczekują od państwa.

 

Z jakiego miejsca mówię

Nasza kancelaria jest w kontakcie z ponad 900 klientami giełdy, co stanowi ok. 20 – 25 % wszystkich aktywnych klientów Zondy w momencie upadłości. W imieniu 237 z nich kancelaria złożyła syndykowi zgłoszenia wierzytelności na łącznie 23 717 665,61 euro według stanu na 23 października, a około 220 występuje jako pokrzywdzeni w polskim śledztwie. To ponad połowa wartości wszystkich zgłoszeń, których według przewodniczącego komitetu wierzycieli jest około pięciu tysięcy na około 40 mln euro; syndyk szacuje, że łącznie nie przekroczą 50 mln euro. Na zgromadzeniu wierzycieli 17 września grupa reprezentowana przez moją kancelarię miała 7 209 z 11 597 głosów obecnych, czyli 62 % (Zonda: rada wierzycieli wybrana, 2 tysiące zgłoszeń, 167 tysięcy euro w masie. Strategia na upadłość). Co ustalamy z dokumentów, przekazujemy prokuraturze i syndykowi; tu piszę o tym, co jest publiczne i co da się policzyć. Klientom nie obiecuję terminów ani kwot. Od dwudziestu lat prowadzę sprawę Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej (WGI, Warszawska Grupa Inwestycyjna) i wiem, ile kosztują obietnice składane pokrzywdzonym i kto za nie płaci.

 

Dwa postępowania, różne narzędzia, różne pieniądze

Po upadku giełdy toczą się dwa postępowania, które z pozoru konkurują o te same pieniądze, a w rzeczywistości mają różne narzędzia, różne pieniądze i powinny robić różne rzeczy. W Polsce Prokuratura Krajowa prowadzi śledztwo o oszustwo i pranie pieniędzy (Prokuratura Krajowa łączy śledztwa. Afera Zondacrypto i zaginięcie Suszka w jednej sprawie): ściga osoby odpowiedzialne i zabezpiecza ich majątek. W Estonii sąd ogłosił 27 sierpnia upadłość operatora giełdy, spółki BB Trade Estonia OÜ, i powołał syndyka, który nikogo nie ściga: zarządza majątkiem spółki i ma go podzielić między wierzycieli (Upadłość Zondacrypto ogłoszona. Od dziś liczy się jeden termin). Rzecz w tym, że majątku prawie nie ma. Według ksiąg spółki jej środki na koniec marca to około 167 tysięcy euro, a koszty postępowania syndyk oszacował w swojej kalkulacji na kwotę rzędu miliona (Zondacrypto: syndyk chce do miliona euro, czyli rząd się sam wyżywi). Z tej arytmetyki bierze się wszystko, o czym piszę dalej: masa bez pieniędzy musi ich szukać, a cała sprawa sprowadza się do pytania, gdzie wolno jej szukać.

W każdym z tych postępowań klient giełdy jest kimś innym. W polskim śledztwie jest pokrzywdzonym, czyli stroną (Zondacrypto: jak odzyskać pieniądze? Upadłość, śledztwo i termin dla wierzycieli). Ten status wynika ze szkody, nie z wpisu na listę. Wniosek o naprawienie szkody można złożyć aż do zamknięcia przewodu sądowego, w procesie pokrzywdzony może występować jako oskarżyciel posiłkowy, a zaspokojenie przychodzi po wyroku z mienia zabezpieczonego u osób odpowiedzialnych, bez pośredników. Kosztów śledztwa nie ponosi; płaci za nie państwo. W estońskiej upadłości ten sam człowiek jest wierzycielem spółki. Jest nim o tyle, o ile zgłosił wierzytelność, najlepiej w terminie, bo spóźnione trafiają na koniec kolejki, i o ile zostanie ona uznana. Głosuje proporcjonalnie do jej wysokości, a jego udział w podziale zależy od tego, ile syndyk zdoła odzyskać i ile z tego pochłoną koszty, bo za upadłość płacą wierzyciele. Pokrzywdzony dostaje pieniądze sprawcy; wierzyciel dostaje udział w tym, co zostanie z firmy.

 

Wzorzec: jak podzielono pracę w sprawie Madoffa

Wzorcem podziału pracy jest sprawa Madoffa (What Madoff’s Bankers Could Teach the Customers of a Polish Crypto Exchange). Syndyk Irving Picard nie ścigał sprawców, sprawców ścigał Departament Sprawiedliwości. Syndyk pozywał tych, którzy z firmy Madoffa wypłacili więcej, niż wpłacili, i zawierał z nimi ugody: do lipca 2026 r. odzyskał lub uzgodnił odzyskanie około 15,5 mld dolarów przy stratach kapitału szacowanych na 17,5 mld, a honoraria syndyka i jego kancelarii, ponad 1,8 mld dolarów, zapłacił branżowy fundusz gwarancyjny, nie ofiary. Państwo robiło w tym czasie to, czego syndyk nie mógł: z mienia przepadłego, w tym 2,2 mld dolarów z majątku zmarłego Jeffry’ego Picowera, największego beneficjenta piramidy, i 1,7 mld z ugody z JPMorgan Chase, utworzyło własny fundusz, który wypłacił 4,3 mld dolarów prawie 41 000 ofiarom ze 127 krajów, także ofiarom pośrednim, których syndyk zaspokoić nie mógł, bo nie byli jego klientami. Licząc ze wszystkimi źródłami, ofiary odzyskały blisko 94 procent udowodnionych strat.

Oba tory dzieliły między siebie nawet pojedyncze ugody: z 7,2 mld dolarów od spadkobierców Picowera 5 mld poszło do syndyka, bo to on miał listę klientów, a 2,2 mld do funduszu rządowego, bo ten mógł dosięgnąć także ofiar spoza listy. Pieniądze szły tam, gdzie była lista uprawnionych. Tę zasadę warto zapamiętać, bo wraca w sprawie Zondy przy pytaniu, gdzie mają czekać pieniądze zabezpieczone w Polsce.

 

Co może zrobić tylko syndyk: cofnięcie umów

Co w tym podziale pracy należy do syndyka w Tallinie. Jedna rzecz, której polska prokuratura nie może zrobić w ogóle: cofnięcie umów. Instytucja jest stara i zna ją każde prawo upadłościowe, bo dłużnik, który widzi nadchodzącą upadłość, robi zwykle jedno z dwojga: wyprowadza majątek poza zasięg przyszłego postępowania albo spłaca wybranych wierzycieli kosztem reszty. Ustawy odpowiadają na to katalogiem czynności, które, dokonane w oznaczonym czasie przed upadłością, traktuje się jako niebyłe wobec masy. Nie trzeba dowodzić, że ktoś chciał kogoś skrzywdzić; wystarczy data i treść czynności. Umowa pozostaje ważna między stronami, ale dla wierzycieli jest przezroczysta: kontrahent oddaje masie to, co dostał, albo równowartość, a syndyk dzieli to między wszystkich.

Polskie Prawo upadłościowe uznaje za bezskuteczne z mocy prawa rozporządzenia nieodpłatne albo rażąco nieekwiwalentne z roku przed złożeniem wniosku o upadłość oraz zapłatę lub zabezpieczenie długu jeszcze niewymagalnego z ostatnich sześciu miesięcy; umowy z osobami powiązanymi z tego okresu może uznać za bezskuteczne sędzia-komisarz. Komentatorzy podają skalę: samochód sprzedany o ponad jedną czwartą poniżej ceny rynkowej może się już w tym mieścić. Estońska ustawa upadłościowa, która rządzi upadłością Zondy, działa na tej samej zasadzie, tylko liczy czas od powołania tymczasowego nadzorcy. Pozwala sądowi uchylić transakcje zawarte w ciągu roku przed tym dniem, jeżeli druga strona wiedziała lub powinna była wiedzieć, że szkodzą one wierzycielom, oraz zawarte w ciągu pięciu lat, jeżeli dłużnik umyślnie szkodził wierzycielom, a drugą stroną była osoba z nim powiązana; przy umowach nieodpłatnych z osobą powiązaną okres także sięga pięciu lat, chyba że obdarowany albo dłużnik udowodni, że spółka była wtedy wypłacalna. Przy transakcjach z ostatnich sześciu miesięcy przed powołaniem nadzorcy ustawa domniemywa, że kontrahent o szkodzie wiedział; nadzorcę powołano 27 lipca, więc domniemanie obejmuje transakcje od końca stycznia 2026 r. Pozew wnosi wyłącznie syndyk, w ciągu trzech lat od ogłoszenia upadłości, a to, co wróci, wraca do masy, czyli do wszystkich wierzycieli. Czy i które umowy spółki z ostatnich miesięcy przed upadłością mieszczą się w tych oknach (Zonda: pieniądze „od Suszka” wpłynęły 15 miesięcy po zaginięciu. Ujawniamy finanse giełdy), rozstrzygnie estoński sąd; żeby go o to zapytać, syndyk musi mieć z czego opłacić pozew.

 

Dlaczego polskie narzędzia w tej sprawie nie działają

W Polsce odpowiedniki istnieją, ale w tej sprawie nie działają. Bezskuteczność z art. 127 i następnych Prawa upadłościowego jest narzędziem polskiego syndyka w polskiej upadłości, a tej w wypadku Zondy nie ogłoszono. Skargę pauliańską z art. 527 Kodeksu cywilnego (Skarga pauliańska orężem w ręku fiskusa) może wnieść każdy wierzyciel, ale każdy osobno, we własnym imieniu i na własny koszt; musi wykazać, że dłużnik działał ze świadomością pokrzywdzenia wierzycieli, a kontrahent o tym wiedział lub mógł wiedzieć, i wygrywa tylko dla siebie. Dla pięciu tysięcy wierzycieli to nie instrument, lecz loteria.

Narzędzia prokuratora odpowiadają na inne pytanie. Prawo upadłościowe pyta o datę i treść umowy; prawo karne pyta o pochodzenie pieniędzy. Prokurator może mienie zabezpieczyć, czyli zamrozić je na czas śledztwa na poczet przyszłego przepadku i naprawienia szkody (Zajęcie majątku z przestępstwa), a sąd karny może orzec przepadek korzyści pochodzącej z przestępstwa albo jej równowartości (art. 45 § 1 Kodeksu karnego). Siłą tego narzędzia są domniemania. Jeżeli sprawca osiągnął z przestępstwa korzyść znacznej wartości, czyli ponad 200 tysięcy złotych, albo popełnił przestępstwo zagrożone karą co najmniej pięciu lat, prawo domniemywa, że całe mienie, które objął w ciągu pięciu lat przed przestępstwem i aż do wyroku, pochodzi z przestępstwa, chyba że udokumentuje jego legalne źródło (art. 45 § 2; Konfiskata rozszerzona). Jeżeli sprawca przeniósł mienie na kogoś innego, pod jakimkolwiek tytułem albo tylko faktycznie, prawo domniemywa, że mienie to nadal należy do sprawcy, chyba że nabywca nie mógł przypuszczać, że pochodzi ono z czynu zabronionego (art. 45 § 3). Na tym domniemaniu opiera się sięganie po majątek przeniesiony na spółki i osoby z otoczenia sprawcy: to nie państwo musi udowodnić, że majątek jest cudzy, lecz posiadacz musi wykazać, że nabył go w dobrej wierze. Ale trzeba najpierw wykazać związek mienia z przestępstwem, a przepadłe mienie przypada Skarbowi Państwa, chyba że podlega zwrotowi pokrzywdzonemu, bo zwrot ma pierwszeństwo przed przepadkiem (art. 44 § 5 i art. 45 § 1 Kodeksu karnego). Żadna z tych dróg nie zasila masy i żadna nie cofa umowy. Dlatego oba tory są sobie potrzebne i dlatego żaden nie zastąpi drugiego.

 

Trzy rzeczy do zrobienia i jedna granica

Z tego podziału pracy wynika, czego syndyk potrzebuje od polskiego państwa, żeby swoją część wykonać, i czego syndyk nie powinien otrzymać od prokuratury:

 

Pieniądze własne spółki BB Trade do masy upadłości

Pierwsza nie wymaga ani ustawy, ani ministra, tylko decyzji prokuratora. Spółka ma własne pieniądze, skromne, u operatorów płatności. Jeżeli są zabezpieczone w Polsce i nie są ani korzyścią z przestępstwa, ani zabezpieczeniem roszczeń wobec osób fizycznych, prokuratura powinna umożliwić ich przekazanie do masy. To pieniądze dłużnika, którymi od 27 sierpnia zarządza syndyk, i w jego rękach mają jedno rozsądne przeznaczenie: pozwy o zwrot tego, co ze spółki wyszło. Bez nich postępowanie w Estonii umrze z braku środków, zanim zdąży cokolwiek odzyskać, a byłaby to strata także dla polskiego śledztwa, bo nikt inny tych umów nie cofnie.

 

Kopia bazy klientów dla syndyka

Weryfikacja tysięcy zgłoszeń nie uda się bez rejestru kont i sald klientów, który leży na nośnikach zabezpieczonych w Polsce. Syndyk powinien dostać jego kopię, z oryginałami w śledztwie i z zastrzeżeniem użycia wyłącznie do listy wierzytelności. To nie jest wymiana informacji między śledztwem a masą, to zwrot spółce kopii jej własnych dokumentów, bez których tysiące zgłoszeń pozostaną oświadczeniami. Na tym wyjątku ruch informacji w stronę masy się kończy. Reszta ma jeden kierunek: do śledztwa. Syndyk, który wie, gdzie może być majątek, mówi o tym prokuraturze; prokuratura, która ten majątek zabezpiecza, nie ma obowiązku tłumaczyć się masie. Co trafia do syndyka, trafia do akt, do których wgląd ma każdy z tysięcy wierzycieli, a wśród nich są osoby blisko związane z giełdą. Ofiary nie potrzebują otwartości śledztwa, potrzebują jego skuteczności.

 

Śledztwo zostaje w Polsce

Śledztwo ma pozostać w Polsce, jako postępowanie wiodące. Z zagranicy sprowadza się dowody i zabezpieczone mienie, nie oddaje się tam sprawy. Państwo, które samo wszczyna śledztwo o pieniądze leżące u niego, zajmuje je jako przedmiot własnego prania i orzeka ich przepadek na rzecz własnego skarbu; udział polskich pokrzywdzonych staje się wtedy kwestią uznania obcego państwa, a podział między państwa przychodzi po latach, jeśli w ogóle. Kto zajmuje, ten dzieli, a kto dzieli, zaczyna od siebie. W obrębie Unii mamy instrumenty wzajemnego uznawania, które dają pierwszeństwo pokrzywdzonym; poza Unią bezpieczniejsza jest pomoc prawna z przekazaniem mienia do Polski.

 

Czwarta, czyli granica: środki zabezpieczone w toku postępowań karnych w Polsce nie powinny być przekazywane do masy upadłości w Estonii

Moi klienci prosili, żebym nazwał jedną kwestię publicznie: mienie zabezpieczone w Polsce na majątku osób podejrzanych i podmiotów z nimi powiązanych nie powinno trafić do masy upadłości w Estonii. Polskie prawo nie zna trybu, w którym mienie zabezpieczone u osób trzecich przelewa się do obcej masy na prośbę syndyka. Jeżeli masa ma do kogoś roszczenie, musi je najpierw wygrać w sądzie, a zabezpieczenie karne tymczasem stoi. Warto zobaczyć, jak nierówne są to narzędzia. Polskie zabezpieczenie na majątku podmiotów z otoczenia sprawcy opiera się na domniemaniu z art. 45 § 3 Kodeksu karnego; estońskiej masie żadne domniemanie nie przysługuje, więc o ten sam majątek musiałaby wytoczyć proces i w nim wszystko udowodnić. Sąd Najwyższy w postanowieniu z 12 lutego 2025 r. (I KZP 5/24) odmówił wprawdzie podjęcia uchwały, ale napisał wprost, że w obowiązującym porządku prawnym nie istnieje przepis, na podstawie którego zabezpieczenie karne upadałoby z powodu ogłoszenia upadłości, i wskazał orzecznictwo, zgodnie z którym zabezpieczenia ustanowione przed upadłością pozostają w mocy i są skuteczne wobec syndyka. Dotyczyło to majątku samego upadłego, tym bardziej dotyczy więc majątku osób trzecich. Stanowiska tego bronił przed Sądem Najwyższym ten sam wydział Prokuratury Krajowej, który dziś prowadzi sprawę Zondy; nie proszę więc prokuratury o nic ponad to, co sama obroniła.

W Polsce te pieniądze czekają na wyrok i na pokrzywdzonych, także tych, którzy jeszcze nigdzie się nie zgłosili. W Estonii stałyby się masą, z której najpierw pokrywa się koszty postępowania, a resztę dzieli proporcjonalnie między klientów i wszystkich innych wierzycieli z listy, której składu dziś nikt nie zna. Transfer byłby praktycznie nieodwracalny, a decyzji nieodwracalnych nie podejmuje się na podstawie listy, której jeszcze nie ma. Polski tor może dosięgnąć każdego pokrzywdzonego, estoński tylko tych z listy; to ta sama zasada, która w Nowym Jorku rozdzieliła pieniądze Picowera. Polska ma już takie doświadczenie: upadłość Amber Gold trwała dziewięć lat i oddała klientom 66 mln zł z 582 mln zgłoszonych, około 11 procent, a sąd karny orzekł naprawienie szkody także na rzecz ponad tysiąca osób, które do syndyka nigdy się nie zgłosiły. Mówię to jako pełnomocnik. Jako członek komitetu mam dbać o wszystkich wierzycieli i nie widzę tu sprzeczności: masa, która żyje z własnych pozwów, służy wszystkim; masa, która chciałaby żyć z cudzych zabezpieczeń, utknęłaby w sporze o nie na lata. Nie ma w tym żadnej oceny syndyka, jest ocena narzędzia. Dla klientów giełdy wniosek praktyczny jest jeden i Minister sam go powtarza: zgłoszenie do syndyka składa się do 27 października niezależnie od tego, jak skończy się spór o pieniądze.

 

Dlaczego Ministerstwo mówi mało

Teraz pytanie, które pada najczęściej: dlaczego Ministerstwo nie mówi więcej. Minister mówi o rzeczach dokonanych, o zarzutach i zabezpieczeniach; milczy o zamierzonych. Powód jest w aktach. Z raportu tymczasowego nadzorcy wynika, że od grudnia 2025 r. do kwietnia 2026 r., a więc gdy o kłopotach giełdy mówiono już publicznie (Tak umierała Zondacrypto: 501 tys. euro dla prezesa, 118 tys. nad Jezioro Bodeńskie), z jej portfeli wyszło na jeden adres innej giełdy około 21 mln dolarów w kryptowalutach. Kryptowaluty nie mają granic ani godzin urzędowania; przelew trwa minuty, a każdy komunikat prokuratury czyta także ten, kto ma klucze do portfela. Prokuratura, która mówi zbyt wiele, przestaje działać skutecznie. Ustawa pozwala Prokuratorowi Generalnemu informować media o toczącym się śledztwie, jeśli uzna, że przemawia za tym interes publiczny; jego powściągliwość jest więc wyborem w granicach prawa, nie koniecznością. Nie czytam jej jako braku zainteresowania, czytam ją jako cenę skuteczności prowadzonych czynności. Pokrzywdzeni rozumieją to lepiej, niż się sądzi. W sprawie WGI widziałem śledztwo otwarte wobec opinii publicznej i bezradne wobec majątku; wolę państwo, które mówi mało i zajmuje dużo. Moi klienci nie oczekują od Ministra komunikatów, oczekują, że gdy przyjdzie czas wypłat, będzie z czego wypłacać.

 

Brakujące ogniwo: propozycja, którą złożyłem Ministrowi

Jest jeszcze jedna rzecz, która wykracza poza tę sprawę, i tu Minister ma narzędzie, jakiego nie ma żaden prokurator ani sąd: może zainicjować zmianę prawa. W piśmie z 22 października złożyłem na ręce Ministra, w imieniu moich klientów, propozycję inicjatywy legislacyjnej w sprawie zwrotu ofiarom mienia odebranego sprawcom bez skazania. Polskie prawo umie zająć pieniądze oszusta w tydzień i oddać je ofierze po dwudziestu latach. Propozycja dotyczy tej drugiej liczby.

 

Co polskie prawo już umie, a czego nie

Zabierać bez skazania prawo potrafi od 2017 r.: art. 45a § 2 Kodeksu karnego, dodany nowelizacją z 23 marca 2017 r. w wykonaniu unijnej dyrektywy z 2014 r., pozwala sądowi orzec przepadek, jeżeli dowody wskazują, że w razie skazania zostałby orzeczony, także po śmierci sprawcy, po umorzeniu postępowania z powodu jego niewykrycia oraz po zawieszeniu postępowania, gdy oskarżony ukrywa się albo ciężko choruje; w śledztwie orzeka o tym sąd na wniosek prokuratora (art. 22 § 4 i art. 323 § 3 Kodeksu postępowania karnego). Ten sam pakiet przebudował domniemania z art. 45 § 2 i § 3, o których pisałem wyżej. Ustawodawca uzasadniał go wprost tym, że zabezpieczone mienie przez lata ukrywania się podejrzanego „systematycznie dekapitalizuje się, tracąc na wartości”; w sprawie, w której zabezpieczono kryptoaktywa, ten argument waży więcej niż w jakiejkolwiek innej. Tylko że przepadłe mienie przypada Skarbowi Państwa. Ofierze prawo oddaje bez skazania jedynie konkretną rzecz albo korzyść, co do której da się wykazać, że podlega zwrotowi właśnie jej (art. 44 § 5 i art. 45 § 1 Kodeksu karnego, art. 230 § 2 Kodeksu postępowania karnego). Gdy pula jest przemieszana, a ofiar są tysiące, takiego trybu nie ma: kto rości sobie prawo do przepadłego mienia, jest odsyłany na drogę cywilną (art. 340 § 3 Kodeksu postępowania karnego), a obowiązek naprawienia szkody z art. 46 sąd karny może orzec tylko wobec osądzonego sprawcy. Gdy sprawcy są nieosiągalni, zmarli albo ukrywają się za granicą, oznacza to oczekiwanie liczone w dekadach; w sprawie WGI nieprawomocne wyroki zapadły po dwudziestu latach. Państwo nauczyło się więc zabierać bez skazania; oddawać bez skazania jeszcze nie.

 

Dwie odpowiedzi, które znam

Słyszę dwie odpowiedzi i obie znam z własnych spraw. Pierwsza: ofiara ma drogę cywilną. Ma, przeciwko spadkobiercom zmarłego, kuratorowi nieobecnego albo człowiekowi, który wyjechał do państwa, z którym nie ma umowy o pomocy prawnej; po drodze są lata, koszty i mienie, które tymczasem przypadło Skarbowi Państwa. Druga: wypłata przed skazaniem narusza domniemanie niewinności. Nie narusza, bo nie rozstrzyga o winie. O tym, że mienie pochodzi z przestępstwa, sąd orzeka już dziś, w postępowaniu o przepadek, według standardu, który ustawodawca sam napisał; doktryna traktuje przepadek z art. 45a jako środek zabezpieczający, nie karę, co otwiera drogę do rozstrzygania o mieniu bez rozstrzygania o winie. Kto chce bronić swojego mienia, ma po temu postępowanie o przepadek. Europejski Trybunał Praw Człowieka, od sprawy Raimondo przeciwko Włochom z 1994 r. po Gogitidze przeciwko Gruzji z 2015 r., zostawia państwom szeroką swobodę w kontroli własności mienia, które może pochodzić z przestępstwa, łącznie z przerzuceniem ciężaru dowodu, pod jednym warunkiem: właściciel musi mieć sądową procedurę, w której może się bronić. Spór nie dotyczy więc tego, czy państwo może to mienie zabrać, bo już może; dotyczy tego, komu ma je oddać.

 

Wzór: przepadek cywilny i remisja

Wzór istnieje i działa od lat. Prawo federalne Stanów Zjednoczonych uniezależnia kompensację ofiar od skazania sprawcy. Rząd prowadzi cywilne postępowanie o przepadek skierowane przeciwko samemu mieniu, w którym wykazuje związek mienia z przestępstwem według standardu przewagi dowodów, z ustawową ochroną niewinnych właścicieli i nabywców w dobrej wierze oraz z zawieszeniem postępowania, gdy mogłoby ono zaszkodzić równoległemu śledztwu (18 U.S.C. § 981 i § 983). Gdy przepadek jest ostateczny, odzyskane środki trafiają do ofiar w administracyjnym trybie remisji (18 U.S.C. § 981(e)(6) i 28 C.F.R. część 9): uprawniony wykazuje udokumentowaną stratę i jej bezpośredni związek z przestępstwem, brak udziału w czynie, brak wcześniejszego zaspokojenia i brak innego rozsądnie dostępnego źródła kompensacji, a gdy pieniędzy jest mniej niż szkód, podział jest proporcjonalny, w granicach wpływów netto. Tak działał fundusz ofiar Madoffa. Mechanizm nie potrzebuje procesu: gdy Allen Hilly, oskarżony o wyłudzenie ponad 18 mln dolarów, zmarł przed rozprawą, Departament Sprawiedliwości przeprowadził przepadek cywilny i w 2014 r. zwrócił dziewięciu pokrzywdzonym ponad 14,6 mln dolarów. W ten sam sposób odzyskuje się kryptoaktywa od hakerów przypisywanych Korei Północnej, którzy przed amerykańskim sądem nie staną nigdy. Między 2002 a 2015 r. amerykański program przepadków oddał ofiarom ponad 4 mld dolarów. Istota tego rozwiązania nie leży w jego amerykańskim pochodzeniu: skoro państwo potrafi prawomocnie odebrać mienie pochodzące z przestępstwa, powinno mieć procedurę przeznaczenia go na zweryfikowane roszczenia pokrzywdzonych, niezależną od tego, czy sprawcę da się osądzić.

 

Co zaproponowałem Ministrowi

Polska nie musi zaczynać od zera, ma już trzy z czterech elementów: przepadek bez skazania z art. 45a, zabezpieczenie majątkowe z art. 291 Kodeksu postępowania karnego z domniemaniami z art. 45 § 2 i § 3, które pozwalają sięgnąć po mienie przeniesione na osoby trzecie, oraz pierwszeństwo zwrotu pokrzywdzonemu przed przepadkiem. Brakuje czwartego: szczególnego trybu zbiorowego zaspokajania pokrzywdzonych z mienia, o którego przepadku sąd prawomocnie orzekł bez skazania, gdy niepełna i przemieszana pula aktywów ma służyć naprawieniu szkód wielu osób, a zwrot konkretnych składników ich właścicielom nie jest możliwy. Taki tryb opisałem Ministrowi w kilku zdaniach. Wypłata następuje po prawomocnym rozstrzygnięciu o przeznaczeniu mienia, nie po prawomocnym skazaniu sprawcy. Uprawnienie ustala się według jawnych kryteriów: udokumentowana strata, jej bezpośredni związek z czynem, brak udziału w czynie, brak wcześniejszego zaspokojenia z innego źródła, w tym z masy upadłości. Podział jest proporcjonalny i obejmuje także tych, którzy do żadnego syndyka się nie zgłosili. Rozstrzygnięcia o uprawnieniach podlegają kontroli sądu, osoby trzecie i nabywcy w dobrej wierze są chronieni, a podwójne zaspokojenie wykluczone. Roszczenie Skarbu Państwa do tego mienia schodzi za roszczenia ofiar, bo państwo nie powinno być beneficjentem oszustwa, którego nie zdążyło osądzić. Tryb pozostaje osadzony w postępowaniu w sprawie karnej, bo rozporządzenie unijne o wzajemnym uznawaniu nakazów zabezpieczenia i konfiskaty obejmuje tylko orzeczenia wydane w takich postępowaniach; odrębny przepadek cywilny straciłby tę ochronę poza granicami Polski. I obejmuje czyny popełnione przed wejściem w życie, co ustawodawca już raz zrobił: nowelizacja z 2017 r. objęła nowym brzmieniem art. 45 § 1a i § 2 także czyny sprzed jej wejścia w życie.

Byłaby to zmiana większa, niż brzmi: pierwszy w polskim prawie tryb, w którym mienie z przestępstwa wraca do ofiar na podstawie prawomocnego orzeczenia o mieniu, a nie o winie. Dziś ofiara oszustwa, którego sprawca umarł albo zniknął, jest w gorszym położeniu niż Skarb Państwa, bo państwo przepadek dostaje, a ona czeka na proces, którego nie będzie. Po zmianie kolejność byłaby odwrotna, taka, jaką podpowiada zdrowy rozsądek: najpierw ofiary, potem budżet.

 

Termin: 23 listopada

Termin jest bliski i sprzyjający: do 23 listopada, czyli za miesiąc, Polska ma wdrożyć unijną dyrektywę o odzyskiwaniu i konfiskacie mienia, która przewiduje konfiskatę bez skazania i każe chronić prawo ofiar do zwrotu mienia i rekompensaty. Ustawa wdrażająca jest naturalnym miejscem na brakujące ogniwo; dopisanie go nie wymaga nowej filozofii, tylko jednego rozdziału. To postulat moich klientów, bo to oni pierwsi czekaliby na taką ustawę: ich sprawcy mogą pozostawać poza zasięgiem polskiego sądu przez lata, a ich pieniądze leżą zabezpieczone w Polsce i czekają na wyrok, który może nie zapaść nigdy. Ich doświadczenie, z aktywami zabezpieczonymi w Polsce i za granicą oraz z perspektywą wieloletniego oczekiwania mimo tego zabezpieczenia, jest najlepszym materiałem do sprawdzenia, czy projektowane rozwiązanie zadziała. Oni też najlepiej wiedzą, że sprawiedliwość, która przychodzi po dwudziestu latach, jest już tylko statystyką. Zaproponowałem Ministrowi, że kancelaria przygotuje bez wynagrodzenia projekt założeń: z analizą porównawczą, ze wskazaniem, co mieści się w obowiązujących instytucjach, a co wymaga nowych przepisów, z przepisami przejściowymi i oceną zgodności z unijnymi instrumentami wzajemnego uznawania, w terminie, który Ministerstwo wskaże.

 

Czego pokrzywdzeni oczekują od państwa, a czego nie

Żeby nie było wątpliwości, czego moi klienci od państwa nie oczekują. Nie oczekują wymiany informacji między śledztwem a masą upadłości. Słowo „wymiana” dobrze brzmi w komunikacie i źle działa  w śledztwie: informacja, która wychodzi z akt prokuratury, nie wraca, a trafia tam, gdzie czytają ją wszyscy, łącznie z tymi, przeciwko którym śledztwo się toczy. Ofiary tej sprawy nie potrzebują wymiany informacji, potrzebują jej ochrony. Nie oczekują wszczynania postępowań za granicą ani wspólnych operacji z państwami trzecimi. Nie oczekują też komunikatów; każdy komunikat o zamiarach jest instrukcją dla tego, kto jest albo powinien być przedmiotem śledztwa.

Oczekują jednej rzeczy: sprawnego śledztwa w Polsce. Sprawność ma w tej sprawie jedno imię: informacja. Nośniki, rejestry kont i sald, eksporty z systemów depozytowych, historie rachunków u operatorów płatności, ślady transakcji w łańcuchu bloków: to jest pole, na którym rozstrzyga się ta sprawa, i wygrywa na nim ten, kto pierwszy ma dane, nie ten, kto pierwszy ma mikrofon. Śledztwo o kryptoaktywa wygrywa się w dniach, w których nikt o nim nie mówi. Dlatego to, co moi klienci i kancelaria zebrali, od inwentarza dokumentów z akt upadłości po opracowanie danych o depozytach giełdy, przekazaliśmy prokuraturze, nie prasie: tylko prokuratura może zrobić z tego zabezpieczenie. Przez dwadzieścia lat w sprawie WGI widziałem zwykły czas reakcji państwa na upadek instytucji finansowej: lata do pierwszych zarzutów, dekady do wyroków. W tej sprawie w pół roku od zatrzymania wypłat połączono postępowania i zabezpieczono majątek osób i podmiotów wokół giełdy. Pierwszy raz w mojej praktyce państwo jest w takiej sprawie szybsze od sprawców. Pokrzywdzeni nie prosili o uwagę. Dali państwu dokumenty i spokój i proszą o jedno: żeby pozostało szybsze.

 

W jednym zdaniu

Nie proszę państwa, żeby mówiło więcej. Proszę, żeby syndyk cofał umowy, prokuratura zabezpieczała majątek, a ustawodawca nauczył się oddawać pieniądze ofiarom równie sprawnie, jak umie je zabierać sprawcom.

Pozostałe teksty o sprawie zbieram na jednej stronie (Zonda (Zondacrypto): Afera, upadłość i pomoc prawna dla poszkodowanych).

Robert Nogacki, radca prawny, pełnomocnik pokrzywdzonych klientów giełdy i członek komitetu wierzycieli BB Trade Estonia OÜ

Sprawa Zondacrypto

Sprawą Zondacrypto zajmują się organy w kilku państwach, a losu powierzonych środków nikt dziś nie potrafi przewidzieć. Reprezentujemy poszkodowanych i dbamy o ich pozycję w toczących się postępowaniach.

Sprawdź, jak możemy pomóc