Truth API: San Francisco i The Intercept pozywają Trump Media za sprzedaż wpisów prezydenta z 50 milisekundami przewagi
Prokurator miejski San Francisco David Chiu pozwał 21 września 2026 r. w imieniu mieszkańców Kalifornii spółkę Trump Media & Technology Group, właściciela Truth Social. Sześć tygodni wcześniej ten sam produkt zaskarżyły w sądzie federalnym na Manhattanie redakcja The Intercept i Freedom of the Press Foundation, kierując pozew przeciwko prezydentowi i dwojgu jego współpracownikom, a 17 września w Waszyngtonie trzeci pozew złożyły organizacje strażnicze American Oversight i Campaign for Accountability. Przedmiot wszystkich trzech spraw jest jeden: Truth API, płatny kanał danych, który za 60 do 100 tysięcy dolarów miesięcznie dostarcza wpisy z dziesięciu najważniejszych kont Truth Social, w tym z konta Donalda Trumpa, o kilkadziesiąt milisekund wcześniej, niż zobaczy je reszta świata. Rozprawa w sprawie zabezpieczenia w procesie nowojorskim wyznaczona jest na 7 października.
Rynki płacą za czas od czterystu lat i nigdy nie wygrał na nich ten, kto uznał, że sekunda nie ma ceny. Nowością nie jest więc handel prędkością. Nowe jest to, że towarem stał się komunikat głowy państwa, sprzedawcą spółka, w której ta głowa państwa ma 41 procent akcji, a między jednym i drugim nie stoi żadna instytucja. Warto to rozebrać na części bez taniej satysfakcji, bo sprawa mówi więcej o państwie w epoce algorytmów niż o jednym prezydencie.
Scena: 1 sierpnia 2026 r., godzina 22:05
Wieczorem 1 sierpnia, o 22:05 według sygnatury wpisu, na koncie @realDonaldTrump pojawia się komunikat: Stany Zjednoczone są gotowe uderzyć na Iran z siłą niewidzianą od drugiej wojny światowej, ale na prośbę Teheranu i państw regionu prezydent atak odwołuje, w zamian za obietnicę otwarcia cieśniny Ormuz. Jest sobotni wieczór, rynki ropy są zamknięte; gdy otwierają się ponownie, Brent i WTI tanieją o około 5 procent. Tego samego dnia rusza Truth API.
Tymczasowy prezes Trump Media Kevin McGurn opisuje to, co dostaje abonent, jako „przewagę 50 milisekund”, która trafia prosto na platformę handlu algorytmicznego. Jeśli tak było 1 sierpnia, przewaga przypadła na noc, w której żaden algorytm nie mógł z niej skorzystać, i o to właśnie chodzi: następny taki wpis może przyjść we wtorek po południu. Pięćdziesiąt milisekund to dla człowieka nic; oko nie zdąży mrugnąć. Dla algorytmu to epoka. Sygnał w światłowodzie pokonuje w tym czasie około dziesięciu tysięcy kilometrów, a system transakcyjny zdąży złożyć i wycofać tysiące zleceń na kontrakty na ropę, obligacje i akcje, zanim ktokolwiek z ludzi przeczyta pierwsze zdanie. Chiu ujął rzecz jednym zdaniem: żaden zwykły człowiek nie zapłaci takiej ceny. Trump Media odpowiedziała, że ludzie, którzy złożyli pozew, nie rozumieją podstawowej różnicy między informacją publiczną a niepubliczną. W tej odpowiedzi mieści się cały spór.
Czym jest Truth API i kto płaci 100 tysięcy dolarów miesięcznie
Spółka Trump Media ogłosiła Truth API 16 lipca 2026 r. jako licencjonowany, maszynowo czytelny strumień wpisów z dziesięciu najpopularniejszych kont platformy. Pełnej listy nie opublikowała, ale z doniesień prasowych wynika, że obok prezydenta są na niej wiceprezydent J.D. Vance, zastępca szefa personelu Białego Domu Dan Scavino, rzeczniczka Karoline Leavitt, sekretarz transportu Sean Duffy, dyrektor FBI Kash Patel i sekretarz zdrowia Robert F. Kennedy Jr. Cennik: 100 tysięcy dolarów miesięcznie albo 60 tysięcy przy umowie na trzy lata. Pod koniec sierpnia McGurn mówił o klientach „w połowie drugiej dziesiątki”, głównie firmach handlu wysokich częstotliwości, oraz o umowie z jednym z największych dystrybutorów danych finansowych, którego nie nazwał. Następni w kolejce są, jak zapowiada, operatorzy centrów danych, twórcy dużych modeli językowych i platformy zakładów na zdarzenia, czyli te same kontrakty zdarzeniowe, o które toczy się w Stanach osobny spór regulacyjny. Równocześnie spółka obiecała „tarcie” dla wszystkich, którzy dotąd pobierali wpisy z platformy własnymi narzędziami.
Materiały sprzedażowe nie udają subtelności. Prospekt dla klientów wylicza dziesięć „wpisów poruszających rynek”, a hasło głosi, że gdy @realDonaldTrump publikuje, świat reaguje, i że żaden porównywalny sygnał nie istnieje. W komunikacie prasowym prezes mówił o monetyzacji aktywów własnych w modelu wysokomarżowego, powtarzalnego przychodu. Dla spółki, która w drugim kwartale 2026 r. wykazała 238 milionów dolarów straty netto, jest to być może pierwszy produkt, którego cena ma coś wspólnego z wartością. Jeden z zarządzających funduszem makro powiedział reporterom, że układ jest skandaliczny, ale wpisy prezydenta ruszają rynkiem, więc wszyscy będą musieli zapłacić. Trudno o bardziej przejrzystą formę dostępu niż cennik.
Kto na tym zarabia, wynika z rejestrów. Około 41 procent akcji Trump Media trzyma odwoływalny trust, którego jedynym beneficjentem jest prezydent, a powiernikiem jego syn. Z dokumentów giełdowych wynika też, że od 2021 r., a w wersji odnowionej od lutego 2024 r., Trumpa wiąże ze spółką umowa licencyjna z klauzulą sześciogodzinnej wyłączności: każdy wpis ma najpierw trafiać na Truth Social, a gdzie indziej dopiero po sześciu godzinach. Umowa przewiduje wyjątek dla treści rządowych i politycznych, z którego prezydent, według pozwu nowojorskiego, praktycznie nie korzysta: pozew liczy od stycznia do sierpnia 2026 r. ponad cztery tysiące wpisów na Truth Social, 160 na Facebooku, 18 na X. Czy to umowa, czy wybór, dokument giełdowy nie rozstrzyga; skutek jest ten sam. Rzeczniczka Białego Domu potwierdziła w lutym, że wpisy prezydenta należy traktować jako politykę administracji.
Trzy pozwy, dwie drogi do tego samego celu
Pozwy różnią się konstrukcją i to jest w nich prawniczo najciekawsze. San Francisco pozywa spółkę, nie prezydenta, na podstawie kalifornijskiej ustawy o nieuczciwej konkurencji (Unfair Competition Law, § 17200 i nast. Business and Professions Code), zakazującej praktyk bezprawnych i nieuczciwych. Bezprawność ma płynąć z dwóch źródeł prawa federalnego. Pierwsze to pomocnictwo w naruszaniu przez prezydenta art. 9(a) ustawy STOCK Act z 2012 r., który zakazuje członkom władzy wykonawczej, z prezydentem włącznie, używania informacji niepublicznych uzyskanych dzięki urzędowi jako środka do osiągania prywatnego zysku. Drugie to przepisy o insider tradingu (art. 10(b) ustawy o obrocie papierami wartościowymi z 1934 r. i reguła 10b-5), które STOCK Act rozciągnął na urzędników, nakładając na nich obowiązek lojalności wobec państwa i obywateli co do informacji poufnych. Nieuczciwość ma polegać na tym, że szkoda dla zwykłych inwestorów, z planami emerytalnymi 401(k) włącznie, przewyższa jakąkolwiek użyteczność produktu. Miasto żąda zakazu i kary do 2 500 dolarów za każde naruszenie.
The Intercept i FPF idą drogą konstytucyjną. Pozywają prezydenta w jego urzędowym charakterze, dwoje współpracowników, Natalie Harp i Dana Scavino, jedyne osoby, które poza nim mają dostęp do konta, oraz zatrudniające ich biura Białego Domu. Zarzuty: pierwsza poprawka (prawo do otrzymywania wypowiedzi funkcjonariuszy publicznych na równych zasadach oraz dostęp do forum publicznego, jakim są wpisy urzędnika), doktryna niekonstytucyjnych warunków oraz piąta poprawka (równa ochrona i nieuzasadniona opłata za dostęp do dobra publicznego). Żądanie: zakaz publikowania oficjalnych komunikatów wyłącznie na platformie, która sprzedaje do nich pierwszeństwo. Dla Freedom of the Press Foundation, której baza wpisów prezydenta atakujących prasę powstaje przez automatyczne pobieranie treści z Truth Social, zapowiedziane „tarcie” nie jest niedogodnością, lecz groźbą dla samego archiwum: dla usuniętych i poprawionych wpisów, które zachowuje tylko pobierający je program. Pozew waszyngtoński, złożony 17 września przez American Oversight i Campaign for Accountability, idzie drogą nowojorską i do pierwszej oraz piątej poprawki dodaje ustawę o ograniczaniu obciążeń biurokratycznych (Paperwork Reduction Act).
Ten podział ról nie jest przypadkowy. Od sprawy Mississippi v. Johnson z 1867 r. sądy amerykańskie nie wydają nakazów wobec prezydenta w zakresie jego urzędowych czynności, więc pozew nowojorski celuje w dwoje asystentów z hasłem do konta; w tradycji Youngstown zakaz kieruje się do wykonawcy, nie do zwierzchnika. San Francisco omija z kolei immunitety otaczające prezydenta (Nixon v. Fitzgerald chroni go przed odszkodowaniami za czynności urzędowe, Mississippi v. Johnson przed nakazami sądowymi), pozywając spółkę, ale płaci za to cenę: żeby utrzymać zarzuty bezprawności, musi wykazać naruszenie prawa przez prezydenta w procesie, w którym prezydent nie jest stroną. Sędzia zostanie poproszony o ustalenie, pod nieobecność prezydenta i jako kwestię wstępną, że głowa państwa łamie ustawę etyczną. To konstrukcja delikatna i dlatego sprawę może w końcu unieść zarzut nieuczciwości, który takiego ustalenia nie wymaga.
Obie sprawy warto też czytać przez interesy ich autorów. Chiu wniósł od stycznia 2025 r., według doniesień, dziewiętnaście pozwów przeciwko administracji; po stronie miasta stoją kancelaria byłego prokuratora generalnego New Jersey Matthew Platkina i Democracy Defenders Fund Normana Eisena, prawnika z pierwszego impeachmentu. Po stronie nowojorskiej są klinika prawa mediów Uniwersytetu Yale i organizacja CREW. Rzecznik Trump Media nazwał powodów lewicowymi aktywistami przebranymi za prawników. Jako opis socjologii sporu nie jest to całkiem nietrafne; jako argument prawny nie znaczy nic. Obraz komplikują republikańscy senatorowie Cassidy, Collins, Murkowski i Tillis, którzy usługę skrytykowali publicznie, oraz 53 byłych prokuratorów i agentów federalnych z jedenastu administracji, którzy 21 września złożyli w sprawie nowojorskiej opinię przyjaciela sądu z tezą, że spółka prawdopodobnie popełnia przestępstwa federalne. Do 25 września własną opinię przyjaciela sądu złożyła też Electronic Frontier Foundation.
Najmocniejszy argument Trump Media: wszystko jest publiczne
Uczciwa analiza zaczyna się od najsilniejszego argumentu przeciwnika, a ten jest naprawdę silny. Wpis prezydenta jest publikacją. Z chwilą naciśnięcia przycisku informacja staje się publiczna, a Truth API sprzedaje jedynie szybszą dostawę czegoś, co i tak należy do wszystkich. Tak od dekad żyją Bloomberg, Reuters i same giełdy: terminal Bloomberga kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów rocznie, giełdy sprzedają szybsze strumienie notowań, a firmy HFT budują łącza mikrofalowe między Chicago a New Jersey, by wyprzedzić światłowód o kilka milisekund. McGurn tłumaczył w CNBC, że popyt przyszedł z rynku, że to standard w branży, a 50 milisekund to zwykła topologia sieci: wpis idzie na Truth Social, potem na X, Reddit i TikTok, i ktoś zawsze jest pierwszy. Nikt nigdy nie objął wypowiedzi prezydenta reżimem „lockupu”, jaki obowiązuje dziennikarzy przy danych Biura Statystyki Pracy. Prezydenci zawsze wybierali, kto usłyszy pierwszy: pula dziennikarzy Białego Domu, briefingi „wysokiego urzędnika administracji”, przeciek do zaprzyjaźnionej redakcji. Stary system był hierarchią dostępu opłacaną lojalnością. Nowy jest cennikiem, a cennik ma przynajmniej tę zaletę, że da się go przeczytać. Trzeba też uczciwie dodać, że najpoważniejsze podejrzenia o insider trading w tej historii nie dotyczą 50 milisekund po wpisie, lecz kwadransa przed nim: w marcu 2026 r., w kwadransie przed wpisem o rozmowach z Iranem, właściciela zmieniły kontrakty na ropę warte około 580 milionów dolarów, a nikt nie ustalił, kto je sprzedał i co wiedział. Tego Truth API nie stworzyła; to istniało wcześniej.
Do tego dochodzą argumenty czysto prawnicze. STOCK Act zakazuje używania informacji niepublicznej jako środka do prywatnego zysku, a prezydent niczym nie handluje, tylko mówi; zysk czerpie spółka, która sprzedaje dostawę. Pierwsza poprawka chroni także wydawcę: nikt nie może mu nakazać, komu i kiedy ma dostarczać treść. Doktryna działania państwowego wymaga, by to państwo, a nie prywatna firma, ograniczało wolność, a Trump Media jest spółką prywatną. Jest w tym ironia, którą sądy zapamiętają: w 2022 r. sam Trump przegrał proces przeciwko Twitterowi, bo sąd federalny w San Francisco uznał, że platforma nie jest podmiotem państwowym. Wreszcie kalifornijska ustawa konsumencka ma regulować umowy spółki z Florydy z funduszami z Chicago i Nowego Jorku, co otwiera pytania o jurysdykcję i eksterytorialność; spółka niemal na pewno spróbuje przenieść sprawę do sądu federalnego.
I teraz miejsce, w którym ten argument pęka. Prawo o insider tradingu nigdy nie wymagało, by przekazujący informację sam handlował: od sprawy Dirks v. SEC z 1983 r. ten, kto przekazuje innym informację poufną w zamian za osobistą korzyść, odpowiada za ich transakcje, a 41 procent akcji sprzedawcy to korzyść osobista niemałych rozmiarów. Obrona z doktryny działania państwowego też ma słabe miejsce. Powodowie w Nowym Jorku nie twierdzą, że Truth Social jest rządem; pozywają urzędników za to, że świadomie, znając cennik, wybrali kanał, który sprzedaje pierwszeństwo do słowa państwa, a to inne pytanie niż to, które Trump przegrał z Twitterem. Reuters, broniąc w 2013 r. sprzedaży indeksu nastrojów konsumentów dwie sekundy przed resztą klientów, podkreślał, że są to dane nierządowe. Ta obrona zakłada, że dane rządowe są inne. Co do topologii sieci, giełdy przerobiły już ten spór, z wynikiem obosiecznym. W 2012 r. giełda nowojorska tłumaczyła, że jej klienci premium dostawali notowania wcześniej z powodu architektury systemów, nie decyzji; SEC uznała to za naruszenie i nałożyła pierwszą w historii karę na giełdę. Cztery lata później, w sprawie Lanier v. BATS, sąd apelacyjny drugiego okręgu orzekł, że obowiązek giełdy kończy się na wysłaniu danych do strumienia publicznego i do strumieni płatnych w tej samej chwili; co potem robią kable, nie jest niczyją odpowiedzialnością. Sprawa Truth API obraca się więc wokół faktu, którego nikt z zewnątrz nie widział: czy wpis jest wypychany do abonentów, zanim wyświetli się publicznie, czy tylko dociera szybciej po jednoczesnym wysłaniu. Marketing spółki, która sprzedaje „najszybszy dostęp” i obiecuje tarcie każdemu, kto pójdzie drogą publiczną, brzmi raczej jak to pierwsze. A w sprawie Texas Gulf Sulphur sąd apelacyjny orzekł w 1968 r., że informacja nie jest publiczna w chwili wypowiedzenia, lecz dopiero wtedy, gdy miała czas dotrzeć do rynku; dyrektor, który zadzwonił do maklera kilka minut po konferencji prasowej, handlował na informacji poufnej. Publiczność informacji to nie chwila, w której ktoś ją wypowiada, lecz chwila, w której inni mogli ją usłyszeć. Prawo amerykańskie nigdy wprawdzie nie przyjęło zasady równości informacji; sprawa Chiarella z 1980 r. pogrzebała ten pomysł, a prawo ściga naruszenie obowiązku, nie nierówność. Dlatego pozwy sięgają po STOCK Act: ta ustawa dostarcza obowiązku, którego prawo ogólne nie zna, mówiąc wprost, że prezydent jest go winien obywatelom co do tego, czego dowiaduje się z racji urzędu. Rozróżnienie między mówieniem a byciem usłyszanym ma prawie sześćdziesiąt lat. Obowiązek ma czternaście.
Stara sztuka: fortuny z przewagi czasowej i prawo, które zawsze się spóźnia
W handlu czasem nie ma nic nowego. Fuggerowie w XVI wieku utrzymywali sieć korespondentów, których listy o cenach, wojnach i śmierciach władców krążyły po Europie na długo przed gazetami. Legenda o Nathanie Rothschildzie, który miał znać wynik Waterloo dzień przed Londynem, jest w większości zmyślona, ale trwa dwieście lat, bo opisuje prawdziwą strukturę: kto wie pierwszy, ten wygrywa. Paul Julius Reuter zaczynał w 1850 r. od gołębi pocztowych między Akwizgranem a Brukselą, wypełniając lukę w linii telegraficznej.
Najbliżej dzisiejszego sporu stoją jednak bracia Blanc z Bordeaux. W latach 1834 do 1836 François i Joseph Blanc, spekulujący obligacjami skarbu, przekupili operatora państwowego telegrafu optycznego w Tours, by w rutynowych depeszach rządowych umieszczał umówione „błędy”, natychmiast kasowane znakiem korekty. Błąd znikał z oficjalnego tekstu, ale wspólnik z lunetą pod Bordeaux odczytywał go z ramion semafora: kurs w Paryżu poszedł w górę albo w dół. Przez dwa lata Blancowie wiedzieli o kilka dni wcześniej niż giełda w Bordeaux, do której wiadomości jechały dyliżansem. Wpadli, bo chory operator zwierzył się koledze. Przed sądem prawie nic im się nie stało: żaden przepis nie pasował do tego, co zrobili, odpowiedzieli więc co najwyżej za przekupienie urzędnika, a zyski zatrzymali. W 1837 r. Ludwik Filip podpisał ustawę o państwowym monopolu telegraficznym. Prawo nie zna nowej techniki, dopóki ktoś nie zarobi na niej dość, by je obudzić.
Odtąd każda epoka odgrywa ten cykl na nowo. W 1987 r. Sąd Najwyższy utrzymał wyrok skazujący R. Fostera Winansa, dziennikarza Wall Street Journal, który sprzedawał maklerom treść swojej kolumny przed drukiem (Carpenter v. United States); przedmiotem przywłaszczenia była informacja gazety sprzed publikacji, jej treść i jej termin, należące do gazety. W 2000 r. SEC wydała regułę Fair Disclosure, zakazującą spółkom selektywnego uchylania rąbka informacji analitykom. W 2012 r. giełda nowojorska zapłaciła 5 milionów dolarów za to, że jej płatne strumienie danych wyprzedzały strumień publiczny; ówczesny szef egzekucji SEC mówił, że przewaga liczona w milisekundach jest dziś realna i uderza w inwestorów detalicznych. W 2013 r. Thomson Reuters zawiesił, pod presją prokuratora generalnego Nowego Jorku, sprzedaż indeksu Uniwersytetu Michigan dwie sekundy wcześniej klientom płacącym ponad 6 tysięcy dolarów miesięcznie; pięciominutowa przewaga zwykłych klientów przetrwała, i to jest pouczające, bo indeks był własnością prywatną, do której państwo nie miało tytułu. W styczniu 2026 r. prezydent opublikował na Truth Social dane o zatrudnieniu dwanaście godzin przed ich oficjalnym ogłoszeniem przez Biuro Statystyki Pracy i reżim lockupu, budowany przez dekady, został naruszony od góry. Ten ciąg nie jest normą prawną; prawo amerykańskie nie zna ogólnej zasady, że wszyscy muszą wiedzieć naraz. Jest skłonnością instytucji: ilekroć moment upublicznienia informacji trafiał przed władzę publiczną, traktowała go jako coś, czego nie kroi się na plasterki i nie sprzedaje, tym bardziej, im bardziej publiczne było źródło.
Ta zasada ma korzenie głębsze niż prawo giełdowe. Od 1665 r. London Gazette drukuje akty władzy z adnotacją „by authority”, tak samo dla każdego czytelnika. Federal Register powstał w 1935 r. po kompromitacji, w której rząd federalny egzekwował przepis, który sam wcześniej uchylił, a nikt w Waszyngtonie nie potrafił tego ustalić. Lon Fuller wpisał promulgację do wewnętrznej moralności prawa; polska Konstytucja czyni z ogłoszenia w Dzienniku Ustaw warunek wejścia ustawy w życie. Nowoczesne państwo stoi na założeniu, że ogłoszenie jest aktem publicznym, jednym i równym. Truth API to Dziennik Ustaw z pakietem premium: nie w sensie prawnym, bo wpis nie jest przepisem, lecz w sensie funkcji, bo to we wpisie akt władzy jest ogłaszany po raz pierwszy.
Co orzekną sądy
Uczciwa odpowiedź brzmi: nie wiadomo, ale przeszkody widać wyraźnie. W sprawie nowojorskiej sednem jest działanie państwowe. Sąd Najwyższy w Lindke v. Freed z 2024 r. przyjął dla mediów społecznościowych urzędników dwustopniowy test: rzeczywiste upoważnienie do wypowiadania się w imieniu państwa i występowanie w tym charakterze przy spornych wpisach. Wpisy prezydenta spełniają go bez trudu, zwłaszcza po deklaracji rzeczniczki. Ale przedmiotem zaskarżenia nie jest wpis, lecz opłata za pierwszeństwo, a tę pobiera spółka. Rząd będzie twierdził, że prezydent tylko mówi, Trump Media tylko sprzedaje, a łączenie obu czynności we „wspólne działanie” jest konstrukcją powodów. Do tego dochodzi Houchins v. KQED z 1978 r., orzeczenie pęknięte (zdanie trzech sędziów plus zdanie zbieżne), ale trwałe, w którym sąd odmówił uznania ogólnego konstytucyjnego prawa dostępu do informacji rządowej; linia orzeczeń o równym dostępie prasy dotyczyła akredytacji i wstępu, nie milisekund. Moja ocena, ile warta jest prognoza przed rozprawą: w czteroelementowym teście zabezpieczenia (prawdopodobieństwo wygranej, nieodwracalna szkoda, bilans interesów stron, interes publiczny) szeroki zakaz jest mało prawdopodobny, wąski nakaz wobec dwojga asystentów możliwy, a apelacja niemal pewna niezależnie od wyniku.
W sprawie kalifornijskiej najbardziej odporny jest zarzut nieuczciwości, bo test ważenia szkody i użyteczności, na który powołuje się miasto, zostawia sądom szerokie pole; kalifornijskie sądy nigdy nie rozstrzygnęły, czy stosować ten test, surowszy test zakotwiczony w polityce ustawodawcy, czy trójelementowy standard Federalnej Komisji Handlu, a od tego wyboru może zależeć wynik. Zarzuty bezprawności są kruche z powodów opisanych wyżej: wymagają ustalenia naruszenia przez nieobecnego w procesie prezydenta oraz uznania, że kilkadziesiąt milisekund czyni informację niepubliczną. Za tym drugim przemawiają Texas Gulf Sulphur i decyzja SEC z 2012 r., przeciw tolerowana od lat praktyka płatnych strumieni danych i wyrok Lanier. Prawdopodobne są lata sporu o właściwość sądu, zanim ktokolwiek dotknie meritum.
Rozstrzygnięcie może zapaść poza salą sądową. Senatorowie Padilla i Warner wezwali Kongres do ustawowego zakazu, ale w obecnym układzie sił to droga niepewna. SEC nie ogłosiła, na dzień pisania tego tekstu, żadnego postępowania, co nie wyklucza dochodzenia, którego nikt nie ogłosił. Pozostaje model giełd: wypuszczać strumień płatny nie wcześniej niż publiczny i pozwolić kablom robić to, co robią kable. Trump Media mogłaby ogłosić zwycięstwo, bo przecież od początku twierdziła, że informacja jest publiczna, i zachować przychód z licencji, archiwów i niezawodnej dostawy, które mają własny rynek. Tyle że cena Truth API jest zbudowana na przewadze, nie na wygodzie; „żaden porównywalny sygnał nie istnieje” nie jest hasłem reklamowym parsera. Bez pięćdziesięciu milisekund produkt wyceniony na 100 tysięcy dolarów miesięcznie stałby się zwykłym biznesem licencjonowania danych, wycenianym jak zwykły. Spór toczy się więc w istocie o to, czy wartość tych milisekund może być własnością spółki głowy państwa.
Dlaczego to jednak bezprecedensowe
Bezprecedensowość nie polega na handlu szybkością, bo tę sprzedaje pół Wall Street. Polega na czterech cechach naraz. Towarem jest sam akt władzy: zawieszenie broni, cło, nominacja, decyzja o ataku, a nie komunikat spółki o wynikach kwartalnych. Sprzedawcą jest spółka urzędnika, który ten akt wydaje. Beneficjentem jest ten sam urzędnik, przez trust. A kanał jest pierwszy z umowy i z praktyki: umowa licencyjna czyni Truth Social domyślnym pierwszym miejscem publikacji wszystkiego, co prezydent pisze, a choć wyłącza z tego treści rządowe i polityczne, prezydent z wyłączenia nie korzysta. Nikt nie musiał wymyślać API, by słowo państwa przepływało przez prywatne aktywo; trasa była pierwsza. Blancowie musieli przekupić operatora, Debray musiał mieć kochankę, Borowiecki musiał być w sypialni Zuckerowej. Tu przekupstwo, romans i sypialnia są zbędne, bo źródło informacji i sprzedawca podpisali umowę licencyjną i ujawnili ją w dokumentach giełdowych. Jeśli to jest korupcja, to być może pierwsza, która przychodzi ubrana w formy prawa spółek: licencję, ujawnienie w raporcie giełdowym, cennik.
Europejski czytelnik może odruchowo pomyśleć, że u nas to niemożliwe, i będzie miał w połowie rację. Rozporządzenie MAR zakazuje każdemu, nie tylko emitentom, wykorzystywania i ujawniania informacji poufnych, więc inwestora, który kupiłby przewagę w dostępie do wpisów premiera, dałoby się dosięgnąć, o ile ta przewaga byłaby informacją poufną, a to jest to samo pytanie, o które procesują się Amerykanie. Polski kodeks karny wprost zalicza Prezydenta do funkcjonariuszy publicznych, a jego art. 231 ściga funkcjonariusza, który nadużywa uprawnień na szkodę interesu publicznego; prezydent, który zrobiłby coś takiego, odpowiadałby, teoretycznie, przed Trybunałem Stanu. Teoretycznie, bo ten trybunał skazał w swojej historii prawie nikogo, a przepis pisano dla nadużycia uprawnień, nie dla sprzedaży milisekund. Hipoteza, którą stawiam ostrożnie: także w Europie nikt nie napisał przepisu na taki przypadek, bo nikt nie sądził, że będzie potrzebny.
Obrona Trump Media wymaga, by informacja była publiczna od chwili wpisu, a pięćdziesiąt milisekund było przypadkiem fizyki, opóźnieniem tego rodzaju, jakie sądy pobłogosławiły giełdom. Oferta Trump Media wymaga, by pierwszeństwo było warte 100 tysięcy dolarów miesięcznie, a spółka obiecała klientom tarcie dla każdego, kto spróbuje dostać wpisy inną drogą. Nikt nie wbudowuje tarcia w przypadek. Czy luka jest informacją niepubliczną w rozumieniu ustawy, sądy będą rozstrzygać latami; cena dowodzi, ile luka jest warta, a tarcie dowodzi, kto ją poszerza. Rynek już zagłosował: kilkanaście firm płaci. Cena jest zeznaniem. A zeznania, jak wie każdy praktyk, najczęściej obracają się przeciwko tym, któzy je skłądają.
Procesy cywilne i gospodarcze
Spór sądowy rozstrzyga się na długim dystansie, pismo za pismem, a nie jednym wystąpieniem. Przejmujemy sprawy w toku, także po niekorzystnym wyroku pierwszej instancji.

Robert Nogacki jest radcą prawnym, założycielem i partnerem zarządzającym Kancelarii Prawnej Skarbiec, działającej nieprzerwanie od 2006 roku.
Prawo jest równe dla wszystkich, ale strony rzadko są równe: po jednej stoi organizacja, która ma czas, pieniądze i prawników, po drugiej człowiek, który ma jedną firmę, jedne oszczędności i jedno życie.
Klienci rzadko przychodzą do niego z problemem prawnym. Przychodzą z problemem, który ma także stronę prawną: z kontrolą, która zaczęła się od jednej faktury, z pieniędzmi powierzonymi komuś, kto zniknął, z firmą, którą trzeba przekazać dalej, zanim będzie za późno. Większość takich spraw rozstrzyga się na długo przed pierwszym pismem, w decyzjach podjętych bez pytania i w terminach, o których nikt nie pamiętał. Dlatego zaczyna od pytania, jak klient trafił w to miejsce, a nie od tego, co powinien był zrobić.
Doradza przedsiębiorcom i rodzinom z kilkunastu krajów, także tym, którym fiskus właśnie zajął konto i którzy nie wiedzą, co robić jutro rano. Broni ich w kontrolach podatkowych i celno-skarbowych, w sporach z organami podatkowymi i w sprawach karnych skarbowych. Reprezentuje poszkodowanych w oszustwach inwestycyjnych i piramidach finansowych. Pomaga rodzinom zakładać fundacje rodzinne i planować sukcesję, żeby dorobek życia przetrwał dłużej niż jedno pokolenie.
Nie każdą sprawę da się wygrać. Każdą da się prowadzić tak, żeby klient wiedział, na czym stoi. Od 2006 roku reprezentuje pokrzywdzonych w sprawie WGI (Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej), jednej z najdłuższych spraw karnych w historii polskiego rynku finansowego, bo są rzeczy, których nie wolno zostawić w połowie, nawet jeśli trwają dwie dekady. W sprawie upadłej giełdy kryptowalut Zonda (Zondacrypto, operator BB Trade Estonia OÜ) reprezentuje kilkuset poszkodowanych w postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Krajową i w estońskim postępowaniu upadłościowym.
Kancelaria Prawna Skarbiec jest notowana w rankingach największych firm doradztwa podatkowego Dziennika Gazety Prawnej i Rzeczpospolitej, a w latach 2015 do 2018 czterokrotnie otrzymała Medal Europejski Business Centre Club i Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego. Robert Nogacki publikuje regularnie, w prasie i na stronie kancelarii, dla ludzi, którzy mają problem, a nie dyplom prawnika, bo opinia prawna, której klient nie rozumie, chroni tylko prawnika.
Wierzy, że najlepsza porada prawna to ta, dzięki której klient nigdy nie musi stanąć przed sądem.