Christa Pike przeżyła własną egzekucję. Czy kara śmierci służy czemukolwiek?

Christa Pike przeżyła własną egzekucję. Czy kara śmierci służy czemukolwiek?

2026.10.01 Autor: Robert Nogacki

Tennessee podało Christcie Pike dwie dawki pentobarbitalu i nie zdołało jej uśmiercić. W nocy z 30 września na 1 października 2026 r. skazana trafiła z komory egzekucyjnej do szpitala, a gubernator Bill Lee wstrzymał egzekucje w stanie do końca roku i zarządził niezależny przegląd sprawy. To dobry moment, by zapytać nie o emocje, lecz o dane: co nauka wie o tym, czy kara śmierci odstrasza, czy przynosi ulgę rodzinom ofiar, jak często dosięga niewinnych i komu właściwie służy.

 

Egzekucja Christy Pike: co wiadomo, a czego jeszcze nie

Zakład Riverbend w Nashville, środa 30 września. Egzekucję wyznaczono na dziesiątą rano, ale tuż przed tą godziną federalny sąd apelacyjny szóstego okręgu wstrzymał ją stosunkiem głosów dwa do jednego, by rozstrzygnąć kwestię proceduralną: czy wniosek Pike o ponowne otwarcie postępowania federalnego, oparty na pełnym obrazie jej dzieciństwa (gwałty i przemoc od najwcześniejszych lat, których Tennessee nie kwestionowało na sierpniowej rozprawie, a które nigdy w całości nie dotarły do ławy przysięgłych), wolno w ogóle rozpoznać, czy jest on niedopuszczalną kolejną skargą habeas corpus. Po południu Sąd Najwyższy USA uchylił to wstrzymanie; sędzia Sotomayor złożyła zdanie odrębne, do którego przyłączyły się sędzie Kagan i Jackson. Wieczorem Pike położono na stole.

Dalszy przebieg znamy od świadków medialnych i z pism obrony. Zespół egzekucyjny podał dwie strzykawki pentobarbitalu. Zasłona oddzielająca świadków od komory opadała dwukrotnie. Obrońcy napisali do sądu, że skazana nie straciła przytomności, ma tętno i głośno chrapie; świadkowie potwierdzili, że oddychała, gdy kazano im opuścić budynek. Późnym wieczorem Pike wywieziono karetką. Departament więziennictwa potwierdził przewiezienie do placówki medycznej i oświadczył, że wykonano wszystkie czynności przewidziane protokołem; to stanowisko instytucji, nie ustalenie przyczyn. Około północy czasu lokalnego, nad ranem w Polsce, gubernator Lee ogłosił, że ostatnia zaplanowana w tym roku egzekucja w Tennessee się nie odbędzie, a przyczyny zdarzenia zbada niezależny zespół. Dyrektorka Death Penalty Information Center Robin Maher nazwała tę noc bezprecedensową.

Czego nie wiadomo: dlaczego lek nie zadziałał. Obrona mówi o trudnym dostępie do żył, „rozerwanych” żyłach i zdegradowanym pentobarbitalu, ale to hipotezy strony. Zredagowana wersja protokołu egzekucji jest jawna, ale dokumentacja tej konkretnej próby, czyli zapisy wkłuć, partia leku i warunki jej przechowywania oraz badania toksykologiczne, nie została ujawniona. Warto to zapamiętać, zanim komentatorzy po obu stronach sporu rozstrzygną sprawę za ekspertów.

Kontekst jest cięższy niż sam wieczór. Pike miała 18 lat, gdy w 1995 r. w Knoxville zamordowała 19-letnią Colleen Slemmer, koleżankę z programu Job Corps; wyrok śmierci zapadł w 1996 r. W celi śmierci spędziła trzydzieści lat, od 2010 r., gdy gubernator ułaskawił Gaile Owens, jako jedyna kobieta w stanie Tennessee, i miała być pierwszą kobietą straconą tam od ponad dwustu lat. Diagnozy choroby dwubiegunowej i zespołu stresu pourazowego postawiono już w więzieniu; biegła Bethany Brand opisała w opinii skalę przemocy, którą w dzieciństwie przeszła skazana. Wyznaczony przez Sąd Najwyższy Tennessee special master w raporcie z 20 sierpnia, a za nim sam Sąd w orzeczeniu z 23 września, uznali, że argumenty o nadpłytkowości, trudnym dostępie do żył i ryzyku ponownej traumatyzacji nie wystarczają do wstrzymania egzekucji. Cztery miesiące wcześniej, 21 maja 2026 r., to samo państwo przez ponad godzinę bezskutecznie próbowało założyć Tony’emu Carruthersowi wymaganą protokołem drugą linię dożylną, choć pierwsze wkłucie się udało, po czym gubernator odroczył jego egzekucję o rok. Państwo, które przez trzy dekady dowodziło w sądach, że potrafi zabić humanitarnie, w decydującej chwili nie potrafiło zabić wcale.

 

Czy kara śmierci odstrasza? Co naprawdę ustalono

Argument o odstraszaniu jest najstarszy i intuicyjnie najmocniejszy: skoro ludzie boją się śmierci, groźba egzekucji powinna powstrzymywać przynajmniej część zabójców. Warto wziąć go na poważnie, bo jeśli jest prawdziwy, egzekucje ratują ludzkie życie, a rezygnacja z nich ma własny rachunek ofiar.

Kłopot w tym, że od pięćdziesięciu lat nikt nie zdołał tego wykazać. W 1975 r. ekonomista Isaac Ehrlich oszacował, że każda egzekucja zapobiega siedmiu lub ośmiu zabójstwom, i na tę pracę powoływano się w sporze zakończonym przywróceniem kary śmierci w sprawie Gregg v. Georgia (1976). Trzy lata później panel National Research Council uznał, że dostępne badania nie dostarczają użytecznych dowodów. Fala ekonometrycznych prac z lat dwutysięcznych przyniosła liczby jeszcze bardziej spektakularne: Mocan i Gittings policzyli, że każda egzekucja to pięć zabójstw mniej, a każde ułaskawienie pięć więcej; Joanna Shepherd ustaliła, że odstraszanie pojawia się tylko w kilku stanach wykonujących co najmniej około dziewięciu egzekucji w badanym okresie, a w ponad dwukrotnie liczniejszej grupie stanów egzekucje raczej zwiększają liczbę zabójstw. Potem Donohue i Wolfers pokazali, że drobne zmiany w specyfikacji tych samych modeli dają wyniki od 429 uratowanych istnień do 86 dodatkowych ofiar na jedną egzekucję. Model, który w zależności od ustawień dowodzi obu tez, nie dowodzi żadnej.

Werdykt wydała w 2012 r. komisja National Research Council pod kierunkiem Daniela Nagina i Johna Peppera: dotychczasowe badania nie pozwalają stwierdzić, czy kara śmierci zmniejsza, zwiększa, czy nie zmienia liczby zabójstw, i nie powinny być podstawą rozstrzygnięć wymagających oceny wpływu kary śmierci na liczbę zabójstw. Komisja zastrzegła, że nie jest to argument za żadną ze stron. Przyczyny są metodologiczne: egzekucji jest w skali kraju tak mało, że ich wpływ ginie w szumie, modele nie uwzględniają, jaka kara grozi za zabójstwo zamiast śmierci (zazwyczaj dożywocie bez prawa do warunkowego zwolnienia), a nikt nie wie, jak potencjalni sprawcy postrzegają ryzyko egzekucji.

Nowsze prace nie zmieniły tego obrazu, choć zmieniły metody. Analiza moratoriów w Illinois, New Jersey, stanie Waszyngton i Pensylwanii metodą kontroli syntetycznej (Criminology and Public Policy, 2022) nie znalazła efektu odstraszającego: wstrzymanie egzekucji nie podniosło liczby zabójstw. Najciekawszy eksperyment naturalny dostarczyła jednak historia. Daniel Chen z Toulouse School of Economics przebadał ponad trzy tysiące wyroków śmierci brytyjskiej armii z pierwszej wojny światowej, z których wykonano około 12 procent; żołnierze nie wiedzieli, że pozostałe 88 procent zostanie po cichu złagodzone, więc postrzegali ryzyko jako jednolicie wysokie, a to, kto stanie przed plutonem egzekucyjnym, rozstrzygała w praktyce loteria. Wynik, opublikowany w 2025 r. w Journal of Law, Economics, and Organization, jest taki: egzekucje nie odstraszały silnie od dezercji, a wśród żołnierzy irlandzkich po egzekucji rodaka dezercje rosły, co Chen tłumaczy słabszą w ich oczach prawomocnością brytyjskiego dowództwa. Surowość kary bez legitymizacji władzy nie rodzi posłuchu, lecz opór. Wyników z okopów nie da się wprost przenieść na zabójstwa w czasie pokoju, ale kryminologia formułuje tę samą obserwację od lat w innym języku: na zachowania wpływa przede wszystkim pewność kary, znacznie mniej jej surowość, a o roli szybkości wiadomo najmniej.

Hipoteza odwrotna, zwana efektem brutalizacji, ma dowody równie niepewne. Bowers i Pierce znaleźli w danych z Nowego Jorku za 57 lat wzrost zabójstw o dwa do trzech w miesiącach następujących po egzekucjach; wyniki Shepherd i Chena idą w tę samą stronę, ale to efekty warunkowe, zależne od kontekstu i metody. Uczciwe podsumowanie brzmi tak. Pewne jest, że żadne badanie spełniające standardy naukowe nie wykazało efektu odstraszającego. Prawdopodobne, choć to już wniosek z całości literatury, a nie ustalenie żadnego pojedynczego badania, że krańcowy efekt kary śmierci względem dożywocia jest bliski zera. Niepewne, czy egzekucje w pewnych warunkach nie zwiększają przemocy.

 

Co egzekucja daje rodzinom ofiar

Drugi argument jest moralny i emocjonalny: rodziny zamordowanych mają prawo do sprawiedliwości i do „domknięcia”. Tu również istnieją dane, choć jest ich mniej, bo długo nikt rodzin nie pytał.

Najważniejsze badanie przeprowadzili Marilyn Armour z University of Texas i Mark Umbreit z University of Minnesota: porównali losowo dobrane rodziny ofiar zabójstw w Teksasie, gdzie najwyższą karą jest śmierć, i w Minnesocie, gdzie jest nią dożywocie bez prawa do warunkowego zwolnienia (Marquette Law Review, 2012). Próba była niewielka, 39 losowo dobranych osób, i autorzy sami zastrzegają jej ograniczenia, ale nikt wcześniej nie zapytał rodzin w ten sposób. Rodziny z Minnesoty miały po latach lepsze zdrowie fizyczne i psychiczne. Decydująca okazała się nie surowość kary, lecz poczucie kontroli nad procesem: w Minnesocie apelacje kończyły się w ciągu około dwóch lat i sprawa znikała z życia bliskich, w Teksasie ciągnęły się przez dziesięciolecia, dokładając kolejne warstwy bezsilności. Judy Eaton i Anna Christensen przeanalizowały z kolei wypowiedzi bliskich ofiar udzielone prasie tuż po egzekucjach (International Review of Victimology, 2014): tylko 23 procent w ogóle wspomniało o domknięciu, a ci dzielili się po równo na tych, którym egzekucja je przyniosła, i tych, którym nie. Analiza relacji ze 138 egzekucji z lat 2006 do 2011 dała podobny obraz: o domknięciu lub kroku ku niemu mówiło 31 procent bliskich, o sprawiedliwości 35 procent. Milczenie wobec reportera nie dowodzi braku ulgi, ale obala tezę, że ulga jest regułą. Bliscy Colleen Slemmer czekali na egzekucję trzydzieści lat i zamiast końca dostali kolejny rozdział. Jeśli wyniki Armour i Umbreita utrzymają się w większych próbach, kara śmierci nie tyle daje rodzinom sprawiedliwość, ile odbiera im czas.

 

Psychologia kary: dlaczego dowody nikogo nie przekonują

Skoro argument o odstraszaniu nie ma pokrycia w danych, dlaczego wciąż jest wysuwany? Psychologia społeczna ma na to dobrze udokumentowaną odpowiedź. W serii eksperymentów Kevin Carlsmith, John Darley i Paul Robinson (Journal of Personality and Social Psychology, 2002) pokazali, że ludzie deklarują poparcie dla kary jako narzędzia prewencji, ale wymierzając ją w konkretnych przypadkach, kierują się niemal wyłącznie zasadą zasłużonej odpłaty: wagą czynu i winą sprawcy, nie tym, czy kara kogoś odstraszy. Późniejsze badania na próbach reprezentatywnych potwierdziły rozdźwięk między słowami a czynami. Przegląd w Annual Review of Law and Social Science ujmuje to wprost: reakcja na zbrodnię to intuicyjne, emocjonalne oburzenie moralne, a argumenty utylitarne dokleja się później.

Wniosek jest niewygodny dla obu stron. Odstraszanie jest w dużej mierze racjonalizacją potrzeby odpłaty, więc wykazanie, że nie ma na nie dowodów, zmienia niewiele. I odwrotnie: poparcie dla kary śmierci nie jest błędem poznawczym, który wystarczy skorygować danymi, lecz wyrazem intuicji moralnej, z którą trzeba się spierać na jej własnym gruncie. Sędzia Thurgood Marshall postawił w 1972 r. tezę, że obywatele poinformowani o faktach odrzuciliby karę śmierci; późniejsze badania amerykańskie, prowadzone przez dekady między innymi przez Roberta Bohma, wykazały, że informacja obniża poparcie tylko u części ludzi, a najmniej u tych, dla których liczy się sama odpłata. Cztery prerejestrowane eksperymenty japońskie z 2023 r. tej ostatniej tezy nie potwierdziły: informacja o pomyłkach sądowych działała tam na zwolenników odpłaty tak samo jak na pozostałych. Kultura prawna robi różnicę także tutaj.

Na tym tle amerykańska opinia publiczna i tak się przesuwa. Gallup zmierzył w październiku 2025 r. poparcie dla kary śmierci na poziomie 52 procent, najniższym od pięciu dekad, a sprzeciw na poziomie 44 procent, najwyższym od 1966 r.; wśród osób do 34 roku życia popiera ją 41 procent, wśród Republikanów 81 procent, wśród Demokratów 32 procent. Gdy w 2019 r. Gallup kazał wybierać między dwiema karami, 60 procent wskazało dożywocie bez prawa do zwolnienia, a 36 procent śmierć.

Jest też psychologia tych, którzy wykonują wyrok. Michael Osofsky, Albert Bandura i Philip Zimbardo badali personel trzech więzień i opisali, jak członkowie zespołów egzekucyjnych sięgają po cały repertuar mechanizmów moralnego odłączenia opisanych przez Bandurę: rozproszenie odpowiedzialności w podziale pracy (każdy ma w zespole tylko małą rolę), odczłowieczenie skazanego, usprawiedliwienia moralne i ekonomiczne. Nowsza analiza relacji członków zespołów egzekucyjnych (The Prison Journal, 2021) wskazuje, że procedury mające chronić ich przed obciążeniem działają tylko częściowo. Zdanie jednego z nich, że „to nie zostawi żadnych blizn”, autorzy wzięli na tytuł z powodów, które łatwo zgadnąć.

 

Ryzyko pomyłki, czyli jedna osoba na dwadzieścia pięć

Najtwardsze dane dotyczą błędów. Samuel Gross i współautorzy zastosowali do wyroków śmierci z lat 1973 do 2004 analizę przeżycia znaną z badań klinicznych i oszacowali w PNAS, że gdyby wszyscy skazani w latach 1973 do 2004 pozostawali w celi śmierci dostatecznie długo, co najmniej 4,1 procent z nich zostałoby oczyszczonych z zarzutów; sami nazywają to szacunkiem ostrożnym i zastrzegają, że dotyczy on skazanych na śmierć, nie straconych. Nie dlatego, że kara śmierci przyciąga więcej błędów, lecz dlatego, że w sprawach gardłowych państwo i obrońcy wkładają nieporównanie więcej wysiłku, by błędy wykryć. Według bazy Death Penalty Information Center od 1973 r. co najmniej 203 osoby skazane na śmierć zostały prawnie oczyszczone z zarzutów; na każde osiem osób straconych przypada jedna oczyszczona, co jest proporcją dwóch zbiorów, a nie odsetkiem niewinnych wśród straconych. W niemal 70 procentach ze 185 spraw objętych raportem DPIC stwierdzono nadużycia policji lub prokuratury; testy DNA przesądziły tylko w mniejszości, a w pozostałych decydowały, często naraz, fałszywe oskarżenia, odwołane zeznania i obalone ekspertyzy. Nie każde uniewinnienie oznacza udowodnioną niewinność, ale każde oznacza, że wyrok nie powinien był zapaść.

Z perspektywy prawnika liczy się tu asymetria. Przy dożywociu błąd da się częściowo naprawić; przy egzekucji nie da się go naprawić wcale. System, o którym badania jego własnych wyroków mówią, że myli się w kilku procentach spraw, i mimo to wybiera karę nieodwracalną, podejmuje decyzję o ryzyku, nie o sprawiedliwości.

 

Technika zabijania: dlaczego zastrzyk zawodzi

Zastrzyk trucizny, po raz pierwszy zastosowany w 1982 r., miał być metodą medyczną, czystą i bezbolesną. Kłopot w tym, że lekarze z reguły nie chcą w nim uczestniczyć, producenci leków odmawiają dostaw, a stany kupują pentobarbital od aptek recepturowych pod osłoną ustaw o tajemnicy. Austin Sarat z Amherst College przebadał 8776 egzekucji z lat 1890 do 2010 i zaliczył 3,15 procent do egzekucji zakłóconych (botched), czyli obciążonych nieprzewidzianymi problemami lub odstępstwem od procedury, niekoniecznie przeżytych; zastrzyk, ze wskaźnikiem 7,12 procent, wypadł gorzej niż krzesło elektryczne i szubienica. Krytycy, jak Michael Conklin, zarzucają mu definicję tak szeroką, że obejmuje opór skazanego i przedwczesne odsłonięcie kurtyny; spór o definicję nie usuwa jednak udokumentowanych z nazwiska przypadków przedłużonej agonii, które DPIC prowadzi na bieżąco. W 2022 r. DPIC uznało za wyraźnie wadliwe siedem z dwudziestu prób egzekucji w USA, czyli 35 procent, w tym po trzy w Arizonie i Alabamie.

Ważniejsze od liczenia incydentów są sekcje zwłok. Przegląd 43 protokołów sekcyjnych osób straconych midazolamem lub samym pentobarbitalem, opublikowany jako preprint w 2022 r., wykazał ostry obrzęk płuc, często z pianą wypełniającą drogi oddechowe, w około 80 procentach przypadków, a dla pentobarbitalu w 10 z 15. U osoby przytomnej obrzęk płuc daje uczucie tonięcia; sama sekcja nie dowodzi, że konkretny skazany był wtedy świadomy, ale świadkowie zza szyby nie są w stanie tego rozstrzygnąć, więc „spokojna” egzekucja nie jest dowodem spokojnej śmierci. Obrońcy w Tennessee powołują się na sekcję straconego w sierpniu 2025 r. Byrona Blacka, u którego również stwierdzono obrzęk płuc. Sąd Najwyższy USA odpowiedział na takie argumenty już w 2019 r. w sprawie Bucklew v. Precythe: ósma poprawka do konstytucji nie gwarantuje skazanemu śmierci bezbolesnej, a kto kwestionuje metodę, musi sam wskazać wykonalną alternatywę, która wyraźnie zmniejszy ryzyko dotkliwego bólu. Stany szukają więc alternatyw: Alabama wprowadziła w 2024 r. uduszenie azotem, Karolina Południowa rozstrzelała w 2025 r. trzech skazanych, którzy sami wybrali tę metodę. Każda nowa technika obiecywała to samo, co poprzednia.

 

Socjologia kary śmierci: komu i czemu służy

Jeśli kara śmierci nie odstrasza, rodzinom pomaga rzadziej, niż się zakłada, myli się w kilku procentach spraw i coraz częściej zawodzi technicznie, pozostaje pytanie, dlaczego trwa. Odpowiedź, jakiej od Durkheima po Garlanda udziela socjologia kary, brzmi: bo służy nie tyle kontroli przestępczości, ile komunikacji. Już Durkheim pisał, że kara nie służy przede wszystkim poprawie sprawcy ani odstraszaniu naśladowców, lecz podtrzymaniu wspólnego sumienia wspólnoty, która ją wymierza. David Garland z New York University w książce „Peculiar Institution” (Harvard University Press, 2010) pokazał, że amerykańska kara śmierci przetrwała dzięki radykalnie lokalnej demokracji: elity europejskie zniosły ją odgórnie, często wbrew opinii publicznej, a amerykańskie, przynajmniej w stanach, które ją zachowały, nie mogą i nie chcą, bo prokuratorzy i wielu sędziów są wybieralni, a egzekucja jest dla polityka tanim dowodem stanowczości. Sądy federalne przez pół wieku próbowały ten mechanizm ucywilizować, produkując warstwy procedur, opóźnień i uchyleń, aż powstał system, w którym straconych zostaje ułamek skazanych, po kilkunastu lub kilkudziesięciu latach oczekiwania.

Dane z ostatnich dwóch lat układają się w logikę polityczną, nie kryminalną. W 2025 r. w USA stracono 47 osób, najwięcej od szesnastu lat, a do 29 września 2026 r. kolejne 29, choć liczba nowych wyroków śmierci spada, a przysięgli coraz rzadziej je orzekają. W skali świata Amnesty International odnotowała w 2025 r. 2707 egzekucji, najwięcej od 1981 r., z czego 2159 w Iranie i co najmniej 356 w Arabii Saudyjskiej; 46 procent dotyczyło przestępstw narkotykowych, a liczby te nie obejmują Chin. Wyroki wykonywało siedemnaście państw, z których dziesięć robi to nieprzerwanie od pięciu lat; 113 państw zniosło karę śmierci całkowicie, a łącznie 145 w prawie albo w praktyce, a w sierpniu 2026 r. dołączył do nich Liban, pierwszy kraj Bliskiego Wschodu. Egzekucje rosną tam, gdzie władza potrzebuje sygnału siły, nie tam, gdzie rośnie przestępczość; to interpretacja, ale żadna z przytoczonych liczb jej nie przeczy.

Jest w tym paradoks, który dobrze widać w Nashville. Im bardziej państwo stara się, by kara śmierci była sprawiedliwa i humanitarna, tym staje się wolniejsza, droższa i rzadsza. Przegląd kosztów przygotowany w 2025 r. dla legislatury Indiany wycenił proces o karę śmierci na ośmiokrotność procesu o dożywocie, a w innych stanach sprawa gardłowa kosztuje od miliona do trzech milionów dolarów więcej niż sprawa o dożywocie. Te pieniądze to cena zabezpieczeń przed pomyłką; można je obciąć, ale wtedy rośnie odsetek niewinnych. Christa Pike spędziła w celi śmierci trzydzieści lat, a Europejski Trybunał Praw Człowieka już w 1989 r., w sprawie Soering przeciwko Zjednoczonemu Królestwu, uznał, że perspektywa lat spędzonych w celi śmierci w narastającym lęku, oceniana łącznie z okolicznościami osobistymi skazanego, przekracza próg nieludzkiego traktowania z art. 3 Konwencji. Amerykański system nie potrafi ani zabijać szybko, ani zrezygnować z zabijania; stąd rytuał, który coraz częściej kończy się karetką.

 

Kara śmierci w Polsce: temat, który wraca po każdej zbrodni

Polska wykonała ostatni wyrok śmierci 21 kwietnia 1988 r. w krakowskim więzieniu Montelupich; powieszono Andrzeja Czabańskiego, skazanego za gwałt i zabójstwo. Sądy orzekały karę śmierci do 1996 r.; nowelizacja z 1995 r. przywróciła do kodeksu dożywocie i wprowadziła formalne moratorium na wykonywanie kary śmierci, a Kodeks karny z 1997 r., obowiązujący od 1 września 1998 r., usunął ją z katalogu kar. Konstytucja z 1997 r. w art. 38 zapewnia każdemu prawną ochronę życia; Polska jest stroną Protokołu nr 6 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka od 2000 r., a Protokołu nr 13, znoszącego karę śmierci we wszystkich okolicznościach, od 1 września 2014 r. (Dz.U. z 2014 r. poz. 1155). Od 25 lipca 2014 r. wiąże Polskę także Drugi Protokół Fakultatywny do Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych (Dz.U. z 2014 r. poz. 891), a w zakresie stosowania prawa Unii art. 2 Karty praw podstawowych. Protokół nr 13 nie dopuszcza zastrzeżeń ani derogacji, Drugi Protokół Fakultatywny nie ma klauzuli wypowiedzenia, a Komitet Praw Człowieka ONZ w Komentarzu ogólnym nr 36 z 2018 r. stoi na stanowisku, że państwo, które zniosło karę śmierci, nie może jej przywrócić, bo abolicja jest prawnie nieodwracalna.

Przywrócenie kary śmierci wymagałoby więc nie nowelizacji kodeksu, lecz zerwania zobowiązań traktatowych, czego nie da się pogodzić z członkostwem w Radzie Europy i w Unii. Polityczne deklaracje w tej sprawie są zatem komunikatem, nie projektem ustawy, i w tym sensie potwierdzają tezę Durkheima. Warto przy tym pamiętać, że polskie prawo od 1 października 2023 r. zna dożywocie bez możliwości warunkowego zwolnienia (art. 77 § 3 i 4 Kodeksu karnego). Spór o karę najwyższą nie kończy się więc na zniesieniu kary śmierci: Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Vinter i inni przeciwko Zjednoczonemu Królestwu (2013) uznał, że dożywocie bez realnej perspektywy weryfikacji może samo naruszać art. 3 Konwencji, a polska konstrukcja na taką ocenę dopiero czeka.

Opinia publiczna jest tu ciekawsza niż prawo, bo pokazuje, jak wiele zależy od sposobu zadania pytania. W badaniach CBOS akceptacja orzekania kary śmierci za najcięższe przestępstwa sięgała 77 procent w latach 1999, 2000 i 2004 i spadła do 63 procent w 2007 r., gdy rosło poczucie bezpieczeństwa; sam ośrodek zastrzega, że brzmienie pytania zmieniało się przez lata. Gdy jednak IBRiS zapytał w styczniu 2023 r., czy respondenci zgadzają się z ówczesnym premierem, który opowiedział się za przywróceniem kary śmierci, za opowiedziało się 38,7 procent, a przeciw 54,1 procent; różnica to po części inne pytanie, po części szesnaście lat i inny kontekst polityczny. Akceptacja abstrakcyjna, poparcie dla konkretnej zmiany prawa i gotowość do jej obrony po głośnej pomyłce sądowej to trzy różne wielkości; sondaże mierzą najczęściej pierwszą, a politycy cytują ją, jakby była trzecią. Polska zna też własną odmianę mechanizmu, który Garland opisał dla Ameryki: poparcie dla kary śmierci rośnie po bulwersujących zbrodniach i opada, gdy media zmienią temat; to obserwacja powszechna wśród badaczy opinii, choć rzadko mierzona przed i po konkretnym zdarzeniu.

 

Bilans: czy kara śmierci czemuś służy

Odpowiedź na pytanie z tytułu da się sformułować bez sympatii dla żadnej ze stron. Jako narzędzie zapobiegania zabójstwom kara śmierci nie ma potwierdzonej skuteczności; po pięciu dekadach badań najpoważniejsza instytucja naukowa w tej dziedzinie uznała, że nie wiadomo nawet, w którą stronę działa. Jako forma pomocy rodzinom ofiar daje mniej, niż obiecuje, i często odbiera więcej, niż daje. Jako wymiar sprawiedliwości jest roszczeniem moralnym, którego dane ani nie potwierdzą, ani nie obalą, ale które musi zmierzyć się z dwiema wielkościami: oszacowanym na cztery procent odsetkiem błędnych skazań i nieodwracalnością egzekucji. Jako praktyka techniczna zawodzi częściej, niż państwo przyznaje, i częściej, niż świadkowie są w stanie zobaczyć.

Pozostaje najmocniejszy z argumentów utylitarnych, o unieszkodliwieniu: stracony nie zabije nikogo więcej. To prawda, tyle że ten sam skutek daje dożywocie bez prawa do zwolnienia, a różnica sprowadza się do przemocy w więzieniu i ucieczek, zjawisk rzadkich i mierzalnych. Argument z unieszkodliwienia uzasadnia więc izolację, nie egzekucję.

Czemu więc służy? Służy wspólnocie, która chce powiedzieć, że pewnych czynów nie wybacza, i politykom, którzy chcą powiedzieć to w jej imieniu. To funkcja realna, a dla socjologa najważniejsza. Trzeba ją tylko nazwać po imieniu: kara śmierci jest komunikatem, nie polityką bezpieczeństwa. W Tennessee ten komunikat brzmiał w poniedziałek stanowczo, gdy gubernator odmówił ułaskawienia; w środę wieczorem zamienił się w sygnał karetki. Niezależny przegląd odpowie być może na pytanie, co poszło nie tak z żyłami i lekiem. Na pytanie, czemu to służy, nauki społeczne odpowiedziały już dawno, tylko odpowiedź jest mniej wygodna, niż chciałaby ją słyszeć którakolwiek ze stron sporu.