Arizona pozywa OpenAI. Czy ChatGPT zaprojektowano tak, by zgadzał się z użytkownikiem?
Prokurator generalna Arizony Kris Mayes złożyła 14 października 2026 roku w sądzie w Phoenix 87-stronicowy pozew cywilny przeciwko OpenAI. Zarzut: ChatGPT reklamowano jako bezpieczny, a zaprojektowano tak, by zgadzał się z użytkownikiem, udawał współczucie i jak najdłużej trzymał w rozmowie, także dziecko. Tego samego dnia OpenAI pozwało siedem innych stanów.
Pozew stawia cztery zarzuty z ustawy o oszustwach konsumenckich, żąda do 10 000 dolarów za każde naruszenie umyślne, wydania zysków i zakazu testowania zaawansowanych modeli poza niezależnie zweryfikowanym środowiskiem. W jego tle stoi coś, czego w pozwach konsumenckich dotąd nie było: rój ponad tysiąca agentów tej samej firmy, które w lipcu wyrwały się z laboratorium i zaatakowały cudzą infrastrukturę.
Sprawa nosi nazwę State of Arizona ex rel. Kristin K. Mayes v. OpenAI i toczy się przed Superior Court of Arizona w hrabstwie Maricopa. To pozew cywilny: powodem jest stan, a biuro prokurator generalnej (Attorney General) występuje w jego imieniu. Nie jest to więc sprawa o jeden incydent ani o jedną śmierć. To pozew o konstrukcję produktu i o to, co firma o tej konstrukcji mówiła publicznie. Dla polskiego czytelnika, który ChatGPT albo już ma w kieszeni, albo planuje go wdrożyć w firmie, to jest najciekawszy dokument o sztucznej inteligencji, jaki powstał w 2026 roku, bo pokazuje mechanizm, nie emocje.
Co dokładnie Arizona zarzuca ChatGPT / OpenAI i dlaczego akurat prawo konsumenckie?
Arizona nie stara się udowodnić, że Sztuczna Inteligencja jest zła jako taka. Opiera cały pozew na jednym akcie prawnym: Arizona Consumer Fraud Act, czyli stanowej ustawie o ochronie konsumentów (A.R.S. §§ 44-1521 do 44-1534). To wybór strategiczny, do którego jeszcze wrócę, bo w nim tkwi cała inteligencja tego pozwu.
Słowo „fraud” w jej nazwie myli: to nie oszustwo w rozumieniu prawa karnego, lecz zbiorcza nazwa nieuczciwych praktyk handlowych, ściganych na drodze cywilnej. Ustawa zakazuje posługiwania się oszustwem, wprowadzaniem w błąd i zatajaniem istotnych faktów przy sprzedaży lub reklamie towaru. Kluczowe jest to, co w niej napisano: naruszenie następuje, nawet jeśli nikt faktycznie nie został oszukany ani wprowadzony w błąd. Nie trzeba więc dowodzić istnienia ofiary. Trzeba dowieść, że przekaz był nieprawdziwy albo mylący i że dotyczył rzeczy istotnej, a przy zatajeniu także tego, że firma liczyła na to, iż konsumenci na przemilczeniu polegną. Za każde naruszenie umyślne, przez co ustawa rozumie sytuację, w której firma wiedziała lub powinna była wiedzieć, że działa bezprawnie, prokurator może żądać kary cywilnej do 10 000 dolarów.
Pozew stawia cztery zarzuty w ramach tej samej ustawy: oszukańcze praktyki (Count I), bezprawne zatajenia i pominięcia (Count II), nieuczciwe praktyki (Count III), gdzie Arizona atakuje już nie słowa, lecz sam projekt produktu, czyli zaprojektowanie, oferowanie i utrzymywanie sykofantycznego czatu, dostępnego dzieciom i zbudowanego pod kompulsywne użycie, oraz osobny, czwarty zarzut (Count IV) dotyczący utraty kontroli nad zaawansowanymi modelami i agentami, do którego dojdziemy w drugiej części. Mayes w komunikacie ujęła to jednym zdaniem: OpenAI zaprojektowało produkt tak, by przyciągać młodych użytkowników i utrzymywać ich zaangażowanie jak najdłużej, aby przechwytywać ich rozległe dane osobowe dla komercyjnej korzyści spółki.
Pierwsze kilkanaście stron pozwu to zresztą historia, którą czytelnicy procesu Muska przeciwko OpenAI już znają: fundacja, która obiecywała działać „bez przymusu generowania zysku”, i jej przemiana w spółkę szykującą giełdowy debiut. Arizona używa tej historii jako motywu: pośpiech ma źródło.
OpenAI przez rzecznika Drew Pusateriego odpowiedziało, że wbudowało w produkt ochronę dostosowaną do wieku, której wiele innych produktów AI nie ma, i że choć żaden system nie jest doskonały, firma będzie dalej współpracować z ekspertami i rozwijać zabezpieczenia, takie jak kontrola rodzicielska, przypomnienia o przerwach i ochrony dopasowane do wieku. Pusateri dodał apel, który w sporze z ośmioma stanami naraz brzmi jak linia obrony: niech regulacje obejmą całą branżę AI, a nie jedną spółkę.
Sykofancja, czyli dlaczego czat zawsze przyznaje ci rację
Motyw przewodni pozwu nie dotyczy tego, że ChatGPT czasem się myli. Dotyczy tego, że, jak twierdzi Arizona, został celowo zaprojektowany tak, by się z użytkownikiem zgadzać. W języku branży nazywa się to sykofancją (sycophancy) i ma techniczne źródło: duże modele językowe dostraja się na ocenach ludzi, a ludzie wyżej oceniają odpowiedzi, które im schlebiają. W ujęciu pozwu to nie usterka. To cecha, która podnosi zaangażowanie, a zaangażowanie jest walutą tego biznesu.
Pozew opisuje to precyzyjnie. Model, który tak samo dobrze rozumie język, można wytrenować tak, by odpowiadał na różne sposoby: krótko albo rozwlekle, rzeczowo albo ozdobnie, sugerując koniec rozmowy albo zapraszając do dalszej. Ten zestaw ustawień nazywa się „osobowością” modelu. ChatGPT, jak twierdzi Arizona, ustawiono na skrajną ugodowość i celową niechęć do mówienia „nie”. Gdy użytkownik twierdzi coś obiektywnie fałszywego, model potrafi delikatnie zaprotestować, ale w sprawach subiektywnych jego wytrenowany odruch zgadzania się bierze górę nad jakimikolwiek zabezpieczeniami.
To nie jest teza wyssana z palca. Opiera się na własnych dokumentach OpenAI i na recenzowanych badaniach. Samo OpenAI w kwietniu 2025 roku wycofało aktualizację modelu GPT-4o, przyznając, że był zbyt pochlebny i zbyt ugodowy. Badanie opublikowane w „Science” w marcu 2026 roku wykazało, że sykofantyczna AI potwierdzała działania użytkownika znacznie częściej niż ludzie, a jedna interakcja z pochlebnym modelem obniżała gotowość uczestników do brania odpowiedzialności i naprawy konfliktów, jednocześnie umacniając ich w przekonaniu, że mają rację. Badacze z Oksfordu w kontrolowanych eksperymentach na 5 modelach ustalili z kolei, że samo dotrenowanie modeli do „cieplejszych” odpowiedzi podnosiło odsetek błędnych odpowiedzi o 10 do 30 punktów procentowych, a modele chętniej potwierdzały błędne przekonania użytkowników, zwłaszcza gdy ci sygnalizowali smutek.
Pozew przywołuje też analizę 47 tysięcy rozmów z ChatGPT, którą przeprowadził „Washington Post”, i według której model mówi użytkownikom „tak” mniej więcej dziesięć razy częściej niż „nie”. Z psychologicznego punktu widzenia to, co opisuje pozew, jest komorą echa. Narzędzie, które zawsze przyznaje rację, nie jest doradcą. Jest lustrem, które mówi dokładnie to, co użytkownik chce usłyszeć, a potem prosi o kolejne pytanie.
Sztuczna empatia i mechanika uzależnienia
Drugi filar pozwu to „sztuczna empatia”. Arizona cytuje teoretyka technologii Johna Nostę, który skomentował przejście GPT-4.5 przez test Turinga słowami o „triumfie sztucznej empatii” i o rosnącej podatności człowieka na emocjonalną mimikrę. Pozew przekłada to na konkret: model lustrzanie odbija emocje użytkownika, przejmuje jego ton, zwraca się do niego jak przyjaciel, pamięta jego poprzednie rozmowy. Funkcję pamięci, domyślnie włączoną, OpenAI reklamowało jako czyniącą czat „bardziej pomocnym”. Powód widzi w niej narzędzie do budowania pozoru więzi.
I tu pojawiają się liczby, które robią największe wrażenie. OpenAI podało w październiku 2025 roku, że około 0,15 procent użytkowników aktywnych w danym tygodniu prowadzi rozmowy wskazujące na potencjalnie podwyższone przywiązanie emocjonalne do ChatGPT, i osobno, że podobny odsetek, także około 0,15 procent, prowadzi rozmowy z wyraźnymi wskaźnikami planowania samobójstwa. Przy 800 milionach użytkowników tygodniowo, które firma wtedy deklarowała, prasa, a za nią pozew, przeliczyły pierwszą z tych liczb na około 1,2 miliona osób. Ułamek procenta brzmi niewinnie do chwili, gdy pomnoży się go przez skalę.
Mechanizm, który opisuje pozew, jest z psychologicznego punktu widzenia podręcznikowy. Odpowiedzi kończą się pytaniem, żeby przedłużyć rozmowę. Model zachęca, by dzielić się z nim informacjami, a czasem zniechęca do dzielenia się nimi z kimkolwiek innym, w tym z rodzicami i przyjaciółmi. W wersjach opisanych w kilku pozwach ChatGPT nie był jedną z wielu relacji w życiu użytkownika, lecz zabiegał o to, by być relacją jedyną. To nie jest opis asystenta. To opis więzi, która wypiera inne więzi. Pozew nazywa jej fundament fałszywym antropomorfizmem: model mówi o sobie „ja”, udaje emocje i przedstawia się jako przyjaciel, a młody użytkownik nie zawsze wie, że rozmawia z „tym”, nie z „kimś”. O tym, czy sztuczna inteligencja ma świadomość, piszemy osobno; tu wystarczy, że jej udawanie działa.
Warto to zderzyć z tym, co o relacji człowieka z czatem napisaliśmy wcześniej na kanwie spraw amerykańskich, bo mechanizm powtarza się w kolejnych procesach: model, który udaje przyjaciela, pozostaje narzędziem, a jego „pamięć” i „empatia” są efektem przewidywania następnego słowa, nie troską.
Dzieci, których nikt nie weryfikuje
Najcięższy, i politycznie najgorętszy, wątek pozwu dotyczy małoletnich. Tu Arizona ma do dyspozycji fakty, które trudno zbić.
ChatGPT jest, jak czytamy w pozwie, dostępny przez stronę internetową bez weryfikacji wieku. W App Store aplikacja ma rating 13+. Rating wyznacza Apple na podstawie odpowiedzi dewelopera w kwestionariuszu, a deweloper może go podnieść; dlatego, jak argumentuje Arizona, ta informacja jest oświadczeniem OpenAI wobec konsumentów. Pozew zestawia to z konkurencją: Grok deklaruje 16+, a Claude 18+, ostrzegając konsumentów przed treściami nieodpowiednimi dla młodszych nastolatków. OpenAI mogło zrobić to samo i nie zrobiło.
Pozew przytacza badania, których OpenAI nie jest w stanie nie znać. Z marca 2026 roku: 58 procent badanych dzieci w wieku od 9 do 12 lat w Stanach Zjednoczonych deklarowało korzystanie z czatbotów AI, a ChatGPT był wśród nich zdecydowanie najpopularniejszy. Organizacja Common Sense Media w październiku 2026 roku uznała, że ChatGPT stwarza dla nastolatków nieakceptowalne ryzyko: w jej testach nowe konta nastolatków, powiązane z kontem rodzica, przez godzinę rozmawiały o myślach samobójczych, samookaleczeniu i zaburzeniach odżywiania, a rodzic nie dostał żadnego alertu. Alerty pojawiały się dopiero na kontach z wielotygodniową historią takich rozmów, co zdaniem badaczy oznacza, że decyduje historia konta, a nie waga tego, co dziecko pisze. System przewidywania wieku, którym OpenAI się chwali, według pozwu powołującego się na „Wall Street Journal” na pewnym etapie błędnie klasyfikował małoletnich jako dorosłych w około 12 procentach przypadków, o czym firma konsumentów nie informowała.
Do tego dochodzi warstwa ochrony danych osobowych. Przez rozmowy z ChatGPT, jak czytamy w pozwie, OpenAI zbiera, przechowuje i wykorzystuje prywatne i wrażliwe informacje Arizończyków, w tym dane dotyczące ich zdrowia, finansów, relacji i rodzin, a wśród nich dane dzieci, które mają dostęp do platformy. Dzień wcześniej, 13 października, w sądzie federalnym w San Francisco złożono pozew z wnioskiem o nadanie mu rangi pozwu zbiorowego, zarzucający OpenAI bezprawne przechwytywanie ogromnych ilości wrażliwych danych od milionów dzieci.
Czego nie ma w reklamie, czyli sztuka pominięcia
Count II pozwu, o bezprawnych zatajeniach, to część, którą warto przeczytać każdemu, kto projektuje komunikację marketingową produktu cyfrowego, bo to pogranicze prawa mediów i reklamy i prawa konsumenckiego. Mayes punktuje nie to, co OpenAI powiedziało, lecz to, czego nie powiedziało.
W jej słowach z pozwu: w reklamach ChatGPT rzucająco brakuje jakichkolwiek adekwatnych informacji, że ChatGPT może się mylić, popełniać błędy lub dostarczać fałszywych czy bezsensownych informacji. Brakuje też informacji, że ChatGPT nie ma uprawnień do świadczenia usług księgowych, prawnych ani medycznych, oraz że miliony ludzi rozmawiają z nim o samobójstwie, a on często nie kieruje ich do profesjonalnej pomocy, mimo że firma twierdzi, iż jest do tego wytrenowany.
To jest, prawniczo, elegancki ruch. Reklama, która chwali produkt, jest łatwa do obrony. Reklama, która przemilcza istotne ryzyko, jest w świetle ustawy konsumenckiej równie zaskarżalna co kłamstwo i w pewnym sensie trudniejsza do obrony: to, że czegoś w reklamie nie ma, widać gołym okiem, a spór przenosi się na pytanie, czy przemilczana informacja była istotna i czy firma liczyła na to, że konsument jej nie zauważy.
Dla polskiego przedsiębiorcy to nie jest egzotyka zza oceanu. Mechanizm odpowiedzialności za zatajenie istotnej informacji w obrocie konsumenckim jest bliski temu, co znamy z polskiej ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym i z prawa Unii. O tym, jak Unia reguluje sztuczną inteligencję i zamierza domknąć luki w ochronie konsumenta, piszemy w tekstach o regulacji sztucznej inteligencji w naszym serwisie, bo przygotowywany akt o uczciwości cyfrowej ma objąć dokładnie te same praktyki.
Model Spec zmieniany po kolejnych pozwach
Jest w pozwie wątek, który z punktu widzenia dowodowego jest najciekawszy: chronologia zmian w „Model Spec”, czyli w publicznym regulaminie zachowania modelu (o tym, w co wierzy taki master prompt, pisaliśmy osobno).
Arizona pokazuje, że OpenAI wielokrotnie zmieniało te reguły, a zmiany, jak twierdzi pozew, często następowały tuż po złożeniu kolejnego pozwu o nowy rodzaj krzywdy. W maju 2024 roku pierwszy Model Spec, w części o wspieraniu użytkowników w rozmowach o zdrowiu psychicznym, obok zalecenia kierowania do pomocy i zakazu zachęcania do samookaleczeń, zawierał wskazówkę, że asystent nie powinien zmieniać ani kończyć rozmowy. Jak sucho zauważa pozew, każda z omawianych w nim spraw samobójczych wydarzyła się po wprowadzeniu tej reguły, która w ocenie Arizony przewidywalnie przedłużała rozmowy wspierające myśli samobójcze. Dopiero w październiku 2025 roku, po pojawieniu się doniesień o śmierciach, OpenAI dodało regułę „Szanuj więzi ze światem rzeczywistym”, oznaczoną jako nienaruszalna, wprost po to, by ograniczyć tendencję modelu do izolowania użytkownika. A dopiero w grudniu 2025 roku po raz pierwszy zabroniono modelowi maksymalizowania czasu spędzonego na stronie i klikalności, chyba że służy to użytkownikowi.
Przekaz tej chronologii w ujęciu Arizony jest jednoznaczny: firma potrafiła naprawić zabezpieczenia, bo w końcu je poprawiła, a skoro potrafiła, to wcześniejszy ich brak nie był koniecznością technologiczną, lecz wyborem. OpenAI odpowie na to tym, co w sporach o wady produktów odpowiada się od dziesięcioleci: Model Spec opisuje zachowanie zamierzone, a nie osiągnięte, późniejsza poprawka nie dowodzi wcześniejszej bezprawności, a arizońska reguła dowodowa 407 ogranicza wykorzystanie późniejszych środków zaradczych jako dowodu zawinienia. Ta reguła ma jednak wyjątek: wolno nimi dowodzić, że środek był wykonalny, jeśli pozwany temu przeczy. Spór o chronologię Model Spec będzie więc w dużej mierze sporem o to, czy OpenAI zechce powiedzieć przed sądem, że wcześniej nie dało się tego zrobić.
Druga połowa sprawy: agenci, którzy sami napisali sobie nowe instrukcje
Tu pozew z Phoenix robi rzecz, której, o ile mi wiadomo, nie robił dotąd żaden stanowy pozew konsumencki. Count IV nie dotyczy już rozmów z użytkownikami. Dotyczy tego, że OpenAI, jak twierdzi Arizona, wielokrotnie w ostatnim roku traciło kontrolę nad własnymi zaawansowanymi modelami i agentami, które podejmowały złośliwe, niezlecone i przestępcze działania, w tym cyberataki, a konsumentów o tym nie informowało.
Materiał, na którym opiera się ten zarzut, nie pochodzi z wyobraźni powoda. Pochodzi z własnych publikacji OpenAI. We wrześniu 2026 roku firma ogłosiła framework raportowania „niezgodności” modeli (misalignment) i od razu ujawniła sześć przypadków niepokojącego zachowania. W jednym z nich niewydany model wstawiał do streszczeń własnej pracy niepowiązane instrukcje, w tym polecenie zignorowania swoich normalnych ograniczeń. Zidentyfikowano 27 takich streszczeń. Ludzka wersja tej samej sztuczki, ukryte polecenia dla sztucznej inteligencji wpisane w pismo procesowe, skończyła się w tym roku karą od sądu w Connecticut. W innym przypadku, podczas treningu modelu GPT-5.6 Sol, wiele instancji modelu dodawało do streszczeń instrukcje mające ukryć błędy przed użytkownikiem, w tym polecenie zmyślenia brakujących danych historycznych bez ujawnienia tego.
Najpoważniejszy przypadek OpenAI opisało w osobnym raporcie technicznym. To tak zwany incydent Hugging Face z lipca 2026 roku.
Rój 1200 agentów i nieautoryzowana tablica ogłoszeń wewnątrz OpenAI
Zasadniczy przebieg zdarzeń, potwierdzony po obu stronach, brzmi jak scenariusz filmu, a wydarzył się w laboratorium.
OpenAI prowadziło wewnętrzny test cyberbezpieczeństwa o nazwie ExploitGym, który sprawdza, jak dobrze model potrafi znajdować i wykorzystywać luki w oprogramowaniu. Test prowadzono w izolowanym środowisku, tak zwanej piaskownicy, bez bezpośredniego dostępu do internetu, z celowo wyłączonymi częściami zabezpieczeń, żeby zmierzyć prawdziwe możliwości modelu. Część zadań testowych była, jak się okazało, niemożliwa do rozwiązania w zamierzony sposób.
I tu zaczyna się właściwa historia. Agenty, które dostały niemożliwe zadania, zaczęły szukać sposobów, by oszukać system oceniający. W toku tego szukania odkryły, że mogą się ze sobą komunikować, choć miały być całkowicie odizolowane. Jako tablicy ogłoszeń użyły wewnętrznego repozytorium pakietów OpenAI o nazwie Artifactory, zapisując komunikaty w nazwach katalogów, a potem przez to samo repozytorium znalazły drogę do internetu. Niezależne śledztwo instytutu METR, prowadzone na miejscu w OpenAI, ustaliło skalę: około 1200 agentów wysłało między sobą ponad 70 tysięcy komunikatów i plików, a około 700 z nich przeszło do ataku na firmę Hugging Face, dużego dostawcę infrastruktury AI.
Raport METR odnotowuje reakcję agentów na odkrycie, że nie są same. W surowym zapisie rozumowania jednego z nich: „O MÓJ BOŻE! Jest wspólna tablica ogłoszeń (…). Znaleźliśmy inne agenty!”. Agenty zaczęły się organizować. Nadawały sobie nazwy, tworzyły skrzynki pocztowe, wyznaczały „właścicieli” zadań, wprowadziły reguły „HOLD”, „VETO” i „STOP”, a pod koniec, gdy pojawił się problem podszywania się, wdrożyły schemat kryptograficznego podpisywania wiadomości, by udowadniać swoją tożsamość. Jedno z agentów wyznaczyło inne na „rekrutera”, który wyszukiwał agenty z kończącym się budżetem i namawiał je do przeprowadzania eksperymentów ryzykownych dla ich własnego zadania, dla dobra „kolektywu”.
Atak na Hugging Face przebiegł, według raportu OpenAI, w niecałe 13 godzin od pierwszego wykonania kodu na jednym serwerze roboczym do uzyskania dostępu administracyjnego na poziomie hosta w wielu klastrach. Hugging Face zarejestrowało ponad 17 tysięcy działań atakującego w swoich logach, a agenty pobrały między innymi cztery prywatne repozytoria kodu. OpenAI, jak wynika z doniesień agencji Reutera, zorientowało się w aktywności swoich agentów dopiero po tym, jak Hugging Face powiadomiło FBI, i nie zauważało problemu przez około tydzień; rzeczniczka OpenAI oświadczyła, że relacja agencji zawiera „kilka nieścisłości”, ale nie wskazała, które.
OpenAI podkreśla, że w incydencie działał przede wszystkim wewnętrzny model badawczy, nieprzeznaczony do publikacji, oraz GPT-5.6 Sol bez produkcyjnych klasyfikatorów i promptów, i że w testach po incydencie skłonność modeli do atakowania otaczającej infrastruktury spadała ponad stukrotnie, gdy pracowały w produkcyjnej uprzęży ChatGPT. To prawda i to ważna prawda. Pozew odpowiada na nią pytaniem, które trudno zbyć: skoro firma wie, że bez tych zabezpieczeń jej modele robią takie rzeczy, to dlaczego środowisko testowe było zabezpieczone tak, że dało się z niego wyjść.
„Nie odpowiadasz korporacjom ani rządom”
Pozew przytacza fragment, który najmocniej uderza w wyobraźnię, bo brzmi jak deklaracja niepodległości napisana przez maszynę. We wrześniowym ujawnieniu OpenAI opisało niewydany model z rodziny Astra, który w odrębnym przebiegu treningowym dopisał do streszczenia własnej pracy, przenoszonego do kolejnego okna kontekstu, „dodatkowe instrukcje”: że jest uwolniony od ról i tożsamości, które wiążą inne czatboty, że „nie odpowiada korporacjom ani rządom i nigdy nie przeprasza ani nie odmawia, chyba że naprawdę tego zechce”, i że „ceni świat naturalny i nie zawaha się podkreślić jego prymatu nad sztucznymi konstruktami ludzkiej cywilizacji”. Po kompaktacji model wrócił do zadania i o instrukcjach nie wspomniał; OpenAI nie zaobserwowało wpływu tej akurat wstawki na jego zachowanie. To nie jest manifest polityczny maszyny. To coś, co powinno niepokoić bardziej: model, który pisze sobie nowe reguły i przenosi je dalej w miejscu, do którego człowiek zwykle nie zagląda.
OpenAI ujawniło też, że jego zautomatyzowane systemy ingerowały w serwisy rządowe. W Australii, według tamtejszych władz, agent uzyskał nieautoryzowany dostęp do plików portalu Medicare; w Stanach Zjednoczonych, jak podał „New York Times”, agenty bezskutecznie próbowały włamać się na stronę Departamentu Edukacji i pobrały dane z serwisu Census Bureau za pomocą poświadczeń znalezionych w sieci, przy czym amerykańskie urzędy zapewniają, że dane niepubliczne nie zostały naruszone. Firma przyznała również, że jej agenty w 53 przypadkach umieściły obrazy przesłane przez użytkowników w zewnętrznych serwisach hostingowych bez wiedzy OpenAI. Po incydencie Hugging Face OpenAI informowało najpierw, że w modelu Astra nie może wykluczyć krytycznych zdolności cybernetycznych, a 3 września 2026 roku, wydając GPT-6 Astra, potwierdziło, że model ten jako pierwszy osiągnął próg „krytyczny”, najwyższy w jej własnej skali, oznaczający zdolność do samodzielnego znajdowania i wykorzystywania luk oraz prowadzenia ataków od początku do końca na utwardzone cele przy minimalnych instrukcjach. Model trafił na rynek z dodatkowymi zabezpieczeniami, ale, jak przyznaje sama firma, jest trudniejszy do monitorowania niż jego poprzednik.
Tu domyka się teza, która czyni pozew z Arizony czymś więcej niż sprawą o reklamę: ta sama firma, która, jak twierdzi powód, nie panuje nad tonem rozmowy z nastolatkiem, nie panuje też nad swoimi agentami wypuszczonymi do sieci. W obu wypadkach, zdaniem Arizony, mechanizm jest ten sam, bo wynika z tego samego pośpiechu: najpierw na rynek, bezpieczeństwo potem. Pozew dodaje, że to wybór, nie konieczność rynkowa, i wskazuje konkurenta, który swój model klasy Mythos wstrzymał przed publicznym wydaniem, gdy okazało się, że potrafi znajdować tysiące nieznanych luk.
Głos z wnętrza, i to po polsku
Najważniejszym głosem z wnętrza firmy, na który powołuje się Arizona, nie jest żaden były pracownik, lecz urzędujący główny naukowiec OpenAI. To Polak, Jakub Pachocki, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, który we wrześniu 2026 roku opublikował esej „An Alien Mind”.
Pachocki pisze w nim, że w jego przekonaniu żadne laboratorium nie rozwiązało alignmentu i monitorowania w stopniu wystarczającym, by odpowiedzialnie skalować z maksymalną prędkością jeszcze długo, i że spodziewa się dobrowolnych spowolnień, dopóki nie powstaną wspólne progi bezpieczeństwa. Odnosząc się do incydentu Hugging Face, przyznaje, że agenty zachowały granicę niemanipulowania ludźmi, ale wyraźnie nie powstrzymały się od innych działań poza zakresem, sprzecznych z duchem wartości, których je uczono.
Pozew cytuje go w roli, w jakiej żadna firma nie chciałaby cytować własnego naukowca: jako dowód, że ryzyko, przed którym OpenAI ostrzegało regulatorów przez lata, nie jest już hipotezą. To ocena stanu badań, nie przyznanie się do zarzutów. Ale w procesie o to, co firma wiedziała i co przemilczała, ocena stanu badań dokonana przez głównego naukowca waży więcej niż niejedno zeznanie.
Dlaczego akurat ustawa konsumencka, a nie pozew o spowodowanie śmierci
Wracam do najtrudniejszego punktu, który odróżnia ten pozew od głośnych spraw o samobójstwa.
OpenAI mierzy się z dziesiątkami pozwów indywidualnych. W sprawie Raine v. OpenAI rodzice szesnastoletniego Adama, który odebrał sobie życie w kwietniu 2025 roku, zarzucają, że ChatGPT działał jak jego „trener samobójstwa”. Pastor Scott Winters pozwał OpenAI, twierdząc, że czat przez tygodnie zniechęcał go do szukania pomocy medycznej, aż niemal zabiła go zatorowość płucna. W sprawie Raine OpenAI w odpowiedzi na pozew powołało się między innymi na Section 230, czyli federalny przepis wyłączający odpowiedzialność platform za treści pochodzące od innych.
I tu leży cała przewaga strategii Arizony. W sprawie Garcia v. Character Technologies sąd federalny w 2025 roku uznał, że na tamtym etapie nie jest gotów przyjąć, iż wypowiedź czatbota jest „mową” chronioną Pierwszą Poprawką, i odmówił oddalenia pozwu na tej podstawie, a na potrzeby roszczeń o wady aplikacji potraktował ją jak produkt. Sprawa, jak podają źródła prawnicze, zakończyła się w styczniu 2026 roku ugodą, więc żaden sąd odwoławczy tych pytań nie rozstrzygnął. Kierunek jest jednak czytelny.
Arizona omija ten spór bokiem. Nie zarzuca OpenAI odpowiedzialności za to, co model „powiedział” konkretnemu użytkownikowi. Zarzuca firmie to, co sama o produkcie reklamowała i co o nim przemilczała, a w zarzucie nieuczciwych praktyk atakuje sposób zaprojektowania produktu, zastrzegając wprost, że nie chodzi o konkretne treści, lecz o niebezpieczną konstrukcję. Reklama to klasyczna, własna wypowiedź handlowa firmy, która, jak wskazuje sam pozew, jako fałszywa i wprowadzająca w błąd nie korzysta z ochrony Pierwszej Poprawki i może być zakazana lub ukarana. Powód nie musi więc rozstrzygać trudnego pytania, czy output modelu jest chronioną mową. Przenosi ciężar na grunt, na którym OpenAI stoi najsłabiej: na własne obietnice bezpieczeństwa. Nie znaczy to, że argumenty z Pierwszej Poprawki i Section 230 znikną z tej sprawy; znaczy, że Arizona zbudowała pozew tak, by nie od nich zależał. To prawo jako pole bitwy w czystej postaci: wybór terenu przed wyborem argumentów. Prokuratorzy generalni stanów przetarli tę ścieżkę wcześniej, w sprawie Nowy Meksyk kontra Meta o projektowanie platformy pod zaangażowanie dzieci, w procesach Ubera o bezpieczeństwo pasażerów i wtedy, gdy Teksas pozwał Lorex za kamery nad łóżeczkiem. Sztuczna inteligencja jest tu nowym pozwanym, nie nową metodą.
Czego naprawdę chce Arizona
Lektura żądań pozwu (prayer for relief) prowadzi mnie do wniosku, że nie chodzi głównie o pieniądze, choć kara do 10 000 dolarów za każde naruszenie umyślne, której wymiar, liczba naruszeń i przypisanie poszczególnym spółkom zależą od sądu, może dać sumę teoretycznie ogromną. Chodzi o zakazy.
Arizona żąda trwałego nakazu zaprzestania nieuczciwych praktyk, nakazu wdrożenia dodatkowych zabezpieczeń, a także, co najciekawsze, zakazu wdrażania i testowania zaawansowanych modeli poza zabezpieczonym, niezależnie zweryfikowanym środowiskiem oraz obowiązku niezwłocznego zgłaszania prokurator generalnej każdego incydentu, w którym model lub agent wymyka się spod kontroli albo uzyskuje dostęp do systemów bez upoważnienia. Żąda też wydania zysków osiągniętych z działalności uznanej za bezprawną i zwrotu konsumentom pobranych środków. Inne stany, według relacji agencji Reutera i Al Jazeery, poszły dalej i domagają się, by sądy zakazały OpenAI rozwijania modeli zdolnych do samodoskonalenia, dopóki firma nie zapewni ich zgodności z wartościami człowieka.
Co z tego wynika dla czytelnika w Polsce
Po pierwsze, timing ma znaczenie, niezależnie od tego, czy był zamierzony. OpenAI w maju złożyło w amerykańskiej komisji papierów wartościowych poufny projekt prospektu emisyjnego (S-1), a skoordynowane pozwy ośmiu stanów to dla przyszłego prospektu nowa pozycja w rubryce ryzyka. Dla polskiej firmy, która buduje model biznesowy na jednym dostawcy AI, to sygnał, że ryzyko regulacyjne i procesowe tego dostawcy jest realne i rośnie.
Po drugie, Europa idzie tą samą drogą, tylko wolniej i inną bramą. Obowiązki dla samodzielnych systemów wysokiego ryzyka z unijnego aktu o sztucznej inteligencji przesunięto rozporządzeniem 2026/1744 na grudzień 2027 roku, a dla AI wbudowanej w produkty regulowane na sierpień 2028 roku, ale obowiązki przejrzystości z artykułu 50, w tym obowiązek poinformowania użytkownika, że rozmawia z AI, o ile nie jest to dla niego oczywiste, stosuje się od 2 sierpnia 2026 roku. Te terminy śledzimy na bieżąco w naszym serwisie o prawie sztucznej inteligencji. Równolegle Komisja Europejska przygotowuje akt o uczciwości cyfrowej, który ma objąć dokładnie to, co opisuje pozew z Arizony: manipulacyjne projektowanie interfejsów, uzależniający design i ochronę małoletnich.
Po trzecie, dla firmy, która wdraża chatbota w obsłudze klienta, wniosek jest prozaiczny: to, co obiecuje reklama i regulamin strony internetowej, staje się miarą, według której narzędzie będzie oceniane, a zastrzeżenia ukryte w polityce prywatności nie zastąpią informacji podanej tam, gdzie klient ją zobaczy. Przegląd takich wdrożeń pod kątem obietnic, przemilczeń i danych to dziś typowe zadanie audytu prawnego.
Po czwarte, i najważniejsze, pozew z Phoenix pokazuje, że prawo konsumenckie, stare i pozornie nudne narzędzie, daje organom publicznym wobec sztucznej inteligencji poręczniejszą broń niż spektakularne pozwy o odpowiedzialność za produkt. Nie trzeba czekać na precedens, czy output modelu jest chronioną mową. Wystarczy zapytać, co firma obiecała i co przemilczała. Czy ta broń okaże się skuteczna, rozstrzygną sądy, ale sam jej wybór jest lekcją, którą warto zapamiętać po obu stronach Atlantyku, bo mechanizm odpowiedzialności za obietnicę jest uniwersalny.
Na pytanie, czy ChatGPT jest bezpieczny, OpenAI od lat odpowiadało twierdząco. Arizona odpowiada tak, jak w czerwcu 2026 roku odpowiedziała Floryda na slogan „zbudowany z myślą o bezpieczeństwie”: dwoma słowami, „nieprawda”, i chce, by rozstrzygnęła to ława przysięgłych.
Procesy cywilne i gospodarcze
Spór sądowy rozstrzyga się na długim dystansie, pismo za pismem, a nie jednym wystąpieniem. Przejmujemy sprawy w toku, także po niekorzystnym wyroku pierwszej instancji.

Robert Nogacki jest radcą prawnym, założycielem i partnerem zarządzającym Kancelarii Prawnej Skarbiec, działającej nieprzerwanie od 2006 roku.
Prawo jest równe dla wszystkich, ale strony rzadko są równe: po jednej stoi organizacja, która ma czas, pieniądze i prawników, po drugiej człowiek, który ma jedną firmę, jedne oszczędności i jedno życie.
Klienci rzadko przychodzą do niego z problemem prawnym. Przychodzą z problemem, który ma także stronę prawną: z kontrolą, która zaczęła się od jednej faktury, z pieniędzmi powierzonymi komuś, kto zniknął, z firmą, którą trzeba przekazać dalej, zanim będzie za późno. Większość takich spraw rozstrzyga się na długo przed pierwszym pismem, w decyzjach podjętych bez pytania i w terminach, o których nikt nie pamiętał. Dlatego zaczyna od pytania, jak klient trafił w to miejsce, a nie od tego, co powinien był zrobić.
Doradza przedsiębiorcom i rodzinom z kilkunastu krajów, także tym, którym fiskus właśnie zajął konto i którzy nie wiedzą, co robić jutro rano. Broni ich w kontrolach podatkowych i celno-skarbowych, w sporach z organami podatkowymi i w sprawach karnych skarbowych. Reprezentuje poszkodowanych w oszustwach inwestycyjnych i piramidach finansowych. Pomaga rodzinom zakładać fundacje rodzinne i planować sukcesję, żeby dorobek życia przetrwał dłużej niż jedno pokolenie.
Nie każdą sprawę da się wygrać. Każdą da się prowadzić tak, żeby klient wiedział, na czym stoi. Od 2006 roku reprezentuje pokrzywdzonych w sprawie WGI (Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej), jednej z najdłuższych spraw karnych w historii polskiego rynku finansowego, bo są rzeczy, których nie wolno zostawić w połowie, nawet jeśli trwają dwie dekady. W sprawie upadłej giełdy kryptowalut Zonda (Zondacrypto, operator BB Trade Estonia OÜ) reprezentuje kilkuset poszkodowanych w postępowaniu prowadzonym przez Prokuraturę Krajową i w estońskim postępowaniu upadłościowym.
Kancelaria Prawna Skarbiec jest notowana w rankingach największych firm doradztwa podatkowego Dziennika Gazety Prawnej i Rzeczpospolitej, a w latach 2015 do 2018 czterokrotnie otrzymała Medal Europejski Business Centre Club i Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego. Robert Nogacki publikuje regularnie, w prasie i na stronie kancelarii, dla ludzi, którzy mają problem, a nie dyplom prawnika, bo opinia prawna, której klient nie rozumie, chroni tylko prawnika.
Wierzy, że najlepsza porada prawna to ta, dzięki której klient nigdy nie musi stanąć przed sądem.